poniedziałek, 13 lutego 2017

Misanthropy – Prelude to Execution





Misanthropy – Prelude to Execution
2017

Dość interesujący wyziew z hiszpańskiego undergroundu. Złowrogi death/thrash ze wściekłą laską na wokalu. Warsztatowo dość poprawny, a przy tym potrafiący zainteresować słuchacza. W debiutanckiej EP dostajemy sześć fajnych kawałków, które w swej formie i brzmieniu przywodzą na myśl takie nazwy jak Cancer, Ripping Corpse, Massacra czy Armoured Angel. W bardziej thrashowych momentach odzywa się Holy Moses - skojarzenia z nim potęguje także niezwykle agresywny wokal Danieli Venery. 

Całość troszeczkę skrzypi w wolniejszych, smolistych momentach – tam gdzie deathowe inklinację są najbardziej widoczne. Mimo wszystko jest w nich za mało żywiołu i mocy. Zwłaszcza z takim brzmieniem talerzy, które jest średnie. Na szczęście wszystkie inne instrumenty oraz sam wokal brzmią naprawdę dobrze, zwłaszcza jak na takie niezależne wydanie. 

Fajna ciekawostka, niby nic takiego oryginalnego, a jednak widać, że zespół potrafi pokazać, że ma na siebie interesujący pomysł. Szału nie ma, ale poziom został zachowany. Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie, póki co można obadać i mieć ostrożną nadzieje, że Misanthropy się po drodze nie zebździ.

Ocena: 4/6

Kreator – Gods of Violence





Kreator – Gods of Violence
2017, Nuclear Blast

Nie wiem po co traciłem czas na to wydawnictwo. W skrócie: Kreator nie schodzi ze ścieżki, którą obrał w 2005 roku na „Enemy of God”, a w dodatku jeszcze bardziej się na niej gubi. I o ile „Enemy of God” było całkiem niezłą płytką (choć nie tak dobrą jak „Violent Revolution” z 2001 roku, w którym Niemcy wrócili do tego całego „dobrego grania") i tak samo późniejsze „Hordes of Chaos” oraz „Phantom Antichrist”, to wyczuć można było jasno równie pochyłą jaką się stacza Kreator. Dobry cios w postaci „Violent Revolution” z czasem począł być rozmieniany na drobne.

No i teraz dostajemy „Gods of Violence”. Spoko, jest tutaj kilka fajnych thrashowych zagrywek i riffów, dalej Petrozza agresywnie męczy gardło, co dalej mu zresztą dobrze wychodzi, ale co z tego, jak każda kompozycja - i to każda, dosłownie KAŻDA - jest zamęczona przez skandynawskie melodyjki, metalcore'owe patenty i dziwnie dobrane udziwnienia. Gdyby to jeszcze miało ręce i nogi… Ja wiem, że Fin na gitarze prowadzącej zobowiązuje do dużej dawki melodyki, ale można to zrobić z jajem, zamiast rozmemływać się w pipczeniu, które gryzie się z agresywnymi riffami jak tylko może.

Fakt faktem, rozpoczynające album intro, w postaci „Apocalypticon” prezentuje się o wiele lepiej od „Mars Mantra” z poprzedniej płyty. I jest to jedna z niewielu rzeczy, której się przyjemnie słucha na tej płycie. Inną jest następujący po nim „World War Now”, lecz im dalej w las, tym gorzej. Trafimy na kilka fajnych riffów w stylu znanym już z „Enemy of God" i „Hordes of Chaos” (jak w „Totalitarian Terror” czy „Army of Storms”), które jednak zostały poprzeplatane z takimi motywami, że aż się przykro robi słuchając tej zlewni.

A słyszeliście kiedyś folkowego Kreatora? Odpalcie sobie „Hail to the Hordes”. Nie jest to jednoznacznie złe, ale śmieszy w chuj.

Generalnie dostajemy album, który jest mokrym snem januszy thrash metalu urodzonych nie później niż w 1985 roku – glaniarzy, dorastających w latach 90tych, nieprzyzwyczajonych do pogłębiania swojego gustu i poszerzania odbioru estetyki (i to mimo łatwo dostępnych narzędzi i powszechnego dostępu do owoców undergroundu), z brzuchem, wyleniałym zarostem, pałujących się do największego metalowego mainstreamu pokroju Pantery, Sepultury czy Metalliki. O – ci to tutaj będą mieli takiego dojenie kapucyna jak nigdy. Jednak ci, którzy poszukują tutaj agresji „Pleasure To Kill”, barbarzyństwa „Endless Pain”, thrashującego crunchu „Terrible Certainty” czy choćby wizjonerstwa „Violent Revolution”, czy w ogóle czegoś zupełnie nowego, lecz nie będącego przy tym żenującym wysrywem, mogą sobie to wydawnictwo darować. Naprawdę – średniawka i nic ciekawego. W przypływie desperacji można sobie puścić. I jak najszybciej później zapomnieć.

Warto dodać, że Nuclear Blast próbuje spylić „Gods of Violence” w podwójnym digipaku z zarejestrowanym koncertem z Wacken z 2014 roku. Koncertowo Kreator praktycznie zawsze kosi, a że setlista zawierała kilka fajnych momentów, takie nagranie stanowi fajny dodatek. Ponadto, czuć tutaj tę energię koncertową i bezkompromisową naturę niemieckiego giganta thrashu. Naturalnie cena takiego albumiku jest dwukrotnie większa, bo nie ma nic za darmo, biedaki. Sama koncertówka jest spoko i tutaj lipy nie ma. Wiadomo, znalazło się na niej sporo kawałków z "Phantom Antichrist", gdyż był to czas promowania tamtej płyty, ale dostajemy także sztandarowe kreatorowe ciosy z różnych okresów twórczości zespołu, dostarczone w niezłej formie. Choć bez czegokolwiek z „Coma of Souls” i „Extreme Aggressions” z wyjątkiem pierwszych trzydziestu sekund tytułowego wałka z "Comy...". Nie zalewam - zagrali pierwszy riff i tyle.

Jako smaczek, który chyba najlepiej podsumowuje nowy album niemieckiej legendy, dorzucam sytuacyjny dialog z wieczorowej pory:
- Co to za dziwny cover band Sabatonu tam puszczasz?
- To nowy Kreator.
- CO?!

Ocena: 3/6

czwartek, 5 stycznia 2017

Fury – Lost in Space



Fury – Lost in Space
2016

Fury przybyło ze swym drugim albumem, zaopatrzonym w okładkę z chomikiem wpisanym w statek w kosmiczny. Dobra, ale tak na serio, na „Lost in Space” dostajemy nawet całkiem przyjemną muzykę, biorąc pod uwagę, że Fury to nachalnie melodyjny thrash. Riffy są fajnie poskładane, w niektórych utworach dostajemy kilka nieźle wkomponowanych patentów, które urozmaicają całokształt, a samo brzmienie albumu jest dobrze wyważone. Do oczywistych zalet można jeszcze dorzucić przyjemną dla ucha grę solową, która nie dość że prezentuje mistrzowski warsztat gitarzystów, to jeszcze zwyczajnie dobrze się wpasowuje w poszczególne wałki.

„Lost in Space” ma jednak kilka poważnych mankamentów. Przede wszystkim ten album jest zdecydowanie za długi biorąc pod uwagę jego zawartość. Trwa godzinę i piętnaście minut – i jak na tak rozwleczony czas trwania jest mimo wszystko za mało urozmaicony i interesujący. No i jeszcze te wokale… Julian Jenkins umie śpiewać i posiada dobry głos, jednak jego nudna, zniewieściała i pozbawiona agresji barwa potwornie męczy już po dwóch dowolnych kawałkach odsłuchanych pod rząd. Nie da się przy takich wokalach wysiedzieć dłużej bez zażenowania. Przypomina mi to trochę w tym momencie wokalistę z Forensick, który także ma głos odarty z jakiejkolwiek ostrości i agresji. I nie mówię tutaj o gniewnych thrashowych piskach, lecz chociaż o jakimś ciężarze charyzmy. Przez to można ze świecą szukać na „Lost in Space” interesujących aspektów wokalnych.

Pod kątem kompozycyjnym znajdziemy tutaj cały przekrój. Mamy kawałki, które naprawdę są świetne (może prócz ewentualnych wokali) jak „Space Trippin’” i tytułowy otwieracz – mamy kawałki zwyczajnie słabe jak „When The Hammer Falls” czy „Valhalla” – i koniec końców natrafiamy także na kawałki, które są w gruncie rzeczy średnimi wypełniaczami: „Dragon’s Song”, „Nebula” czy „The Battle of Shadows Vale”. W sumie wspomniana „Nebula” miała niezwykły potencjał, bo to chyba miał być taki instrumentalny wałek w stylu Vektor, ale wypadł miałko i bez emocji. Za to o kawałku, który zamyka album, to już nawet nie warto wspominać. 14 minut nudnej przejażdżki po średnim thrashu z motywami rodem z Running Wild i Iron Maiden spisanymi wokół melodii będących wariacjami „Auld Lang Syne” i… „Teutonic Steel” Desaster. The fuck? Gdyby to chociaż ciekawe było… a tak, to mamy album, który zaczyna się cudownie i kończy jak ścierwo.

Fury nie jest zespołem, w którego muzyce znajdziemy furię. Dostaniemy za to melodyjny i ugrzeczniony thrash z delikatnymi wokalami, wpisany w bardzo zróżnicowane jakościowo kompozycje. I w sumie tyle. Trochę mało, by wciągnąć na godzinę i dodatkowy kwadrans.

Ocena: 3/6