czwartek, 10 maja 2018

Old Serpent – Time-Intact



Old Serpent – Time-Intact
2018

Co jakiś czas – tak ni z gruchy, ni z pietruchy – pojawia się jakieś małe wydawnictwo zespołu, o którym wcześniej nikt nie słyszał, które to niemalże poraża swym poziomem. Tym razem jakiś obskurny wąż wychynął z greckiej ziemi, przynosząc nam naprawdę porządne nagranie, pełne heavy metalowej energii i epickiego patosu. Nie są to, co prawda, jakieś niestworzone cuda na kiju, niemniej nadal ta płytka jest warta naszej uwagi.

Old Serpent w pełni hołduje klasykom heavy metalu pokroju Omen i Attacker. Fajnym motywem są organy Hammonda, które co jakiś czas przebijają się wśród riffów i solówek; zupełnie jak w projekcie Marka Sheltona Hellwell. Jeżeli mam jakieś zastrzeżenia do tego nagrania, to może zbytnia powtarzalność kwadratowych motywów stanowi tutaj tę przysłowiową łyżkę dziegdziu. Ja wiem, że stylistyka zobowiązuje, a i sam zespół starał się przeciwdziałać monotonii poprzez różnorakie leady wstawiane tu i ówdzie, ale nadal czuć, że można było tu zrobić więcej. No i sam wokal też nie powala. Można było z niego wydobyć więcej. Ale nie obciąża to za bardzo odbioru debiutanckiej EP Old Serpent. Nadal jest to solidne ujęcie tematu heavy metalu.

Ocena: 4/6

czwartek, 26 kwietnia 2018

Hellbringer – Awakened From The Abyss



Hellbringer – Awakened From The Abyss
2016, High Roller Records

Jeżeli klasyczne wydawnictwa Slayera przemawiają do twojego serduszka, a nowszy dorobek tej kapeli wprawia cię w migotanie przedsionków, to Hellbringer jest dla ciebie odpowiednim lekarstwem. O ile na swym genialnym debiucie „Dominion of Darkness” Hellbringer prezentował jakoś bardziej swój własny styl i uskuteczniał w nim dużo black/thrashowych mariaży, tak „Awakened From The Abyss” jest już tak bardzo slayerowy, jak tylko się da. Nie jest to w sumie żaden zarzut, ale cały czas ma się wrażenie jakby ktoś tutaj robił wariacje na temat „Altar of Sacrifice”, „Captor of Sin” i „Necrophiliac”. Nie zmienia to faktu, że jednak typki z Hellbringera pokazują bardzo dobry warsztat i zaryzykuję nawet tutaj stwierdzenie, że ich umiejętności kompozycyjne są lepsze od tego, co prezentował Slayer.

Hellbringer gra dziko jak galopujące tarpany. To nie jest jakaś tam przaśna emulacja klasycznego thrashu z połowy lat 80tych, lecz prawdziwe zatracenie w tej konwencji. Australijczycy odnajdują się w tym klimacie perfekcyjnie, a „Awakening From The Abyss” stanowi swoiste credo, które jasno mówi „my potrafimy to zrobić lepiej niż oni wtedy”. Czy im się udało? Kogo to obchodzi, ważne że album jest naprawdę porządny!

Ocena: 4,5/6

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Destroyer 666 – Call of the Wild



Destroyer 666 – Call of the Wild
2018, Season of the Myst

Nazwa Destroyer 666 pewnie niejednej osobie wiele powie już na samym wstępie. Zespół, u którego steru dzielnie i nieprzerwanie czuwa KK Warslut, praktycznie zawsze prezentował muzykę najwyższej klasy. Można powiedzieć, że z EP „Call of the Wild” nie jest inaczej.

Na nowej EP dostajemy trzy nowe utwory oraz, o czym trochę pod koniec, nagrany na nowo „Trialed By Fire”. Z nowych utworów najsłabiej wypada w sumie otwierający „Violence Is Golden” – na niego też chyba najwięcej pomyj wylali black metalowi fanboje na różnego rodzajach portalach społecznościowych. Fakt faktem, kawałek może nie jest  najwyższych lotów, ale bardzo przyjemnie się go słucha. Znajdziemy w nim bardzo dobrze dopracowane, zróżnicowane wokale: tak że momentami jest trochę czyściej, gdzie indziej jest brudniej i agresywniej, i jakoś to razem ze sobą nawet dobrze współgra. Ponadto zaserwowano w nim fajne motywy muzyczne, momentami nawet nieco heavy metalowe i to w stylu Mercyful Fate - więc jest naprawdę grubo. „Stone By Stone” to kompozycja zaaranżowana w bardzo „destroyerowy” sposób, z gęsta atmosferą i diabelską dynamiką. Wałek prezentuję się znakomicie i buja niemiłosiernie. Trzeci utwór z EP, czyli tytułowy „Call of the Wild”, nie odbiega stylistycznie od tego, do czego przyzwyczaił nas Destroyer 666 na przestrzeni lat. W efekcie otrzymujemy szybkie riffy, rozpędzoną perkusja, melodyjne i tętniące wewnętrznym pulsem zniszczenia solówki, które tremolują na równi z gitarą rytmiczną. W refrenie dostajemy dużo klimatu z ostatniej płyty „Wildfire” – skandowanie, monumentalność i pięknie dopracowany klimat wilczych szańców w świetle kryształowe nocy.

Płytkę zamyka „Trialed By Fire”, wałek który pierwotnie pojawił się na potępieńczej EP „Terror Abraxas”. Trochę sceptycznie podchodziłem do pomysłu nagrania tego utworu na nowo, w końcu to jedna ze sztandarowych kompozycji Destroyera 666 – co tu niby nagrywać na nowo? Przecież to klasyka i kult. Na szczęście okazało się, że w nowej wersji Warslut nie spierdolił tego wałka, a raptem zaprezentował jego troszeczkę inną wersję która może i nie dorównuje oryginałowi, ale nadal prezentuje się bardzo ładnie i grzecznie. Słuchałem z przyjemnością, nawet się nie krzywiąc.

Słowem podsumowania mogę spokojnie podkreślić, że Destroyer 666 nadal stoi twardo, wierny swoim ideałom – to nadal jest muzyka pełna energii, niezależności i buntowniczego ducha. Ich ekstremalna wypadkowa black/thrashu i melodyjnych elementów heavy/speed metalu nieprzerwanie prezentuje muzyczny kunszt i ciągle wygląda dobrze. „Call of the Wild” to dziesięć (przynajmniej!) dolarów dobrze wydanych.

Ocena: 5/6

wtorek, 9 stycznia 2018

Witchkiller – Day of the Saxon





Witchkiller – Day of the Saxon
1984, Metal Blade

W latach osiemdziesiątych pełno było fenomenalnych EPek. Ten format cieszył się niezwykłą popularnością – z wielu różnych powodów – i prawdę powiedziawszy, jest to jeden z reliktów dawnych czasów, którego mi niezmiernie teraz brakuje. Choć trzeba jasno zaznaczyć, że EP i mini-LP nie poszło kompletnie w zapomnienie i wiele kapel nie pozwala odejść temu formatowi do lamusa. O poziomie heavy metalowych wydawnictw tego typu z lat osiemdziesiątych można o tym walnąć osobny artykuł (a nawet pracę doktorską), jednak nie będziemy się zagłębiać aż tak głęboko w odmętach starego, dobrego metalu z tamtego okresu. Przynajmniej nie teraz. W każdym razie, obok EP Warlord, Villain, Medieval Steel, Obsession, Ivory Tiger, Traitors Gate, Crucifixion, Ruthless…. hehe, i tak dalej, i tak dalej – nie sposób nie wspomnieć także o w sumie jedynym większym owocu pracy zespołu Witchkiller: epce „Days of the Saxon”.

Słuchając tego typu nagrań boleśnie zdajemy sobie sprawę z tego, jak niskie są aktualne standardy muzyczne. „Days of the Saxons” to raptem pięć utworów, które się nie składają nawet na dwadzieścia minut grania, a mimo to Witchkiller na tym nagraniu pokazał bardzo zróżnicowane podejście do zagadnienia heavy metalu. Jedno łączy wszystkie kompozycje – prawdziwa epicka atmosfera, ultymatywna szczerość oraz pełen majestatu klimat. Atmosfera tego krążka jest nieziemska. Jest to jasna zasługa świetnie zaaranżowanych kompozycji, którym ton nadają gryzące niczym stado rozwścieczonych psów riffy i straceńcze wokale Douglasa Langa Adamsa. Wszystko ze sobą współgra w niesamowitej harmonii, wydobywając przez to z muzyki to, co najlepsze.

Brzmienie spokojnie można oddać porównaniem do innego zespołu, który działał w tym samym okresie, jednak zupełnie na drugim krańcu ziemi – do belgijskiego Scavenger. Podejrzewam, że oba zespoły na bank nie wiedziały o swoim istnieniu, ani o tym, że ich wokaliści brzmią do siebie bardzo podobnie, ani też w końcu o tym, że muzycznie także stoją blisko siebie. Choć tu należy przyznać, że Scavenger nagrywał o wiele szybsze numery, podczas gdy Witchkiller bardziej obracał się w klimatach Medieval Steel i Jag Panzer, potrafiąc uderzyć szybko, ale także zwolnić, gdy wymaga tego nastrój utworu.

Można dodać, że goście także mieli bezbłędną stylówę, jak się patrzy po ich fotach. W każdym razie, niestety Witchkiller poza demówkami, splitem i rzeczoną epką nic więcej nie nagrał. Po rozpadzie kapeli, co prawda miał miejsce reunion w 2012 roku, jednak… nie widać jego efektów. Podobno ma być nagrywany jakiś album, ale tutaj chyba nie ma co trzeć udami z niecierpliwości, bo wszyscy wiemy jak to z takimi powrotami bywa – nawet wśród legend undergroundu. Mimo to, na zawsze puścizną Witchkiller pozostanie fenomenalne „Days of the Saxons” i nieśmiertelna chwała prawdziwej sztuki.

„Days of the Saxons” to prawdziwa perełka i legendarny kult. Tym, którym mało, mogą także dokopać się do demówek Witchkiller, na których jest równie świetne „Rage of Angels” (generalnie, historia pokazuje, że kawałek z taką nazwą musi być dobry, patrz: Liege Lord) czy „Fear the Dawn”. „Riders of Doom” i do przodu!


Ocena: 5,5/6