wtorek, 9 stycznia 2018

Witchkiller – Day of the Saxon





Witchkiller – Day of the Saxon
1984, Metal Blade

W latach osiemdziesiątych pełno było fenomenalnych EPek. Ten format cieszył się niezwykłą popularnością – z wielu różnych powodów – i prawdę powiedziawszy, jest to jeden z reliktów dawnych czasów, którego mi niezmiernie teraz brakuje. Choć trzeba jasno zaznaczyć, że EP i mini-LP nie poszło kompletnie w zapomnienie i wiele kapel nie pozwala odejść temu formatowi do lamusa. O poziomie heavy metalowych wydawnictw tego typu z lat osiemdziesiątych można o tym walnąć osobny artykuł (a nawet pracę doktorską), jednak nie będziemy się zagłębiać aż tak głęboko w odmętach starego, dobrego metalu z tamtego okresu. Przynajmniej nie teraz. W każdym razie, obok EP Warlord, Villain, Medieval Steel, Obsession, Ivory Tiger, Traitors Gate, Crucifixion, Ruthless…. hehe, i tak dalej, i tak dalej – nie sposób nie wspomnieć także o w sumie jedynym większym owocu pracy zespołu Witchkiller: epce „Days of the Saxon”.

Słuchając tego typu nagrań boleśnie zdajemy sobie sprawę z tego, jak niskie są aktualne standardy muzyczne. „Days of the Saxons” to raptem pięć utworów, które się nie składają nawet na dwadzieścia minut grania, a mimo to Witchkiller na tym nagraniu pokazał bardzo zróżnicowane podejście do zagadnienia heavy metalu. Jedno łączy wszystkie kompozycje – prawdziwa epicka atmosfera, ultymatywna szczerość oraz pełen majestatu klimat. Atmosfera tego krążka jest nieziemska. Jest to jasna zasługa świetnie zaaranżowanych kompozycji, którym ton nadają gryzące niczym stado rozwścieczonych psów riffy i straceńcze wokale Douglasa Langa Adamsa. Wszystko ze sobą współgra w niesamowitej harmonii, wydobywając przez to z muzyki to, co najlepsze.

Brzmienie spokojnie można oddać porównaniem do innego zespołu, który działał w tym samym okresie, jednak zupełnie na drugim krańcu ziemi – do belgijskiego Scavenger. Podejrzewam, że oba zespoły na bank nie wiedziały o swoim istnieniu, ani o tym, że ich wokaliści brzmią do siebie bardzo podobnie, ani też w końcu o tym, że muzycznie także stoją blisko siebie. Choć tu należy przyznać, że Scavenger nagrywał o wiele szybsze numery, podczas gdy Witchkiller bardziej obracał się w klimatach Medieval Steel i Jag Panzer, potrafiąc uderzyć szybko, ale także zwolnić, gdy wymaga tego nastrój utworu.

Można dodać, że goście także mieli bezbłędną stylówę, jak się patrzy po ich fotach. W każdym razie, niestety Witchkiller poza demówkami, splitem i rzeczoną epką nic więcej nie nagrał. Po rozpadzie kapeli, co prawda miał miejsce reunion w 2012 roku, jednak… nie widać jego efektów. Podobno ma być nagrywany jakiś album, ale tutaj chyba nie ma co trzeć udami z niecierpliwości, bo wszyscy wiemy jak to z takimi powrotami bywa – nawet wśród legend undergroundu. Mimo to, na zawsze puścizną Witchkiller pozostanie fenomenalne „Days of the Saxons” i nieśmiertelna chwała prawdziwej sztuki.

„Days of the Saxons” to prawdziwa perełka i legendarny kult. Tym, którym mało, mogą także dokopać się do demówek Witchkiller, na których jest równie świetne „Rage of Angels” (generalnie, historia pokazuje, że kawałek z taką nazwą musi być dobry, patrz: Liege Lord) czy „Fear the Dawn”. „Riders of Doom” i do przodu!


Ocena: 5,5/6

piątek, 29 grudnia 2017

Professor Emeritus – Take Me To The Gallows





Professor Emeritus – Take Me To The Gallows
2017, No Remorse

Kolejna smakowita płytka anno domini 2017. Nie sposób nie zainteresować się tym wydawnictwem, wiedząc że udzielają się tutaj typki z Satan's Hallow – kapeli, której tegoroczny debiut należy do jednych z najlepszych nagrań 2017 roku.

W telegraficznym skrócie – Professor Emeritus łoi bardzo dobrze skrojony heavy metal, w którym unoszą się echa epickiego doomu ścierającego się w bezlitosnym pojedynku z amerykańskim power metalem. To już samo w sobie brzmi dobrze, a żeby tego było mało, muzyka emerytowanego psora bardzo dobrze odnajduje się w różnorakich tempach, co jednoznacznie przekłada się na dużą różnorodność muzyczną. Dostaniemy tutaj smoliste doomowe zagrywki z monumentalnym i majestatycznym zacięciem, pełne mocy hymny, a także i szybsze uderzenia, którym nie w głowie branie jeńców. To wszystko upstrzone pięknymi melodiami, które idealnie wpasowują się w konwencje i nie łamią atmosfery całości, oraz ognistymi solówkami, z których kapie pasja i pełne oddanie.

Professor Emeritus na swym debiutanckim albumie uchwycił pełną szczerość heavy metalu, a przy tym nie wpadł w sidła odtwórstwa i tej całej "mody na retro". Brzmienie nie jest postarzane na siłę, ale mimo to ma w sobie pewną dozę starej klasyki. A w tym wszystkim świetnie odnajduje się mocny i potężny wokal MP Papai. Te jego wysokie, lecz głębokie zaśpiewy, niosą w sobie coś z Wotan i Atlantean Kodex – może nawet trochę akcentów z DoomSword. Przy tym nie stronią od agresywnych wycieczek w górę skali. Spokojna głowa, nie uświadczymy tu piania, lecz prawdziwy, zadziorny tarnik w gardle.

Muzycznie „Take Me To The Gallows” można ustawić gdzieś pomiędzy nagraniami wspomnianego już Atlantean Kodex, a „The New Dark Age” Solstice. Najbliżej mu chyba jednak do fenomenalnego albumu Argus z 2013 roku, czyli „Beyond The Martyrs”. Można się sprzeczać, jednak wydaje mi się, że debiut Professor Emeritus nie jest aż tak dobry jak on, ale niewiele mu brakuje do jego wyśrubowanego poziomu.

Warto wspomnieć także o warstwie lirycznej. Tutaj jest naprawdę bogato – i to nie tylko pod kątem zróżnicowania tematyk utworów. Wszystkie teksty (zwłaszcza te dłuższe) są bardzo dobrze napisane. Dotykają ciekawych płaszczyzn i niosą w sobie pewną nutkę filozoficznego zamyślenia. Słychać to w elegii w stylu Candlemass w utworze tytułowym, słychać w muzycznej adaptacji pełnej odrazy końcówki opowiadania Lovecrafta w „Rats in the Walls”, słychać to również w desperackim i wzniosłym „He Will Be Undone”. Ten kunszt słowny można także wychwycić w utworach dotykających tematyki historycznej. Trzeba przyznać, że Professor Emeritus robi to ciekawiej i bardziej elegancko od takiego Sabaton, pierwszej nazwie kojarzonej wśród laików tej kwestii, mimo monotematycznego i miernego poziomu liryk. Professor Emeritus o wiele bardziej zgrabniej, ciekawiej i bez cienia taniego kabotyństwa dotknął tematu obrony Bastogne w „Burning Grave”. Dzięki temu, w połączeniu z odpowiednią oprawą muzyczną, z tego utworu wręcz bije desperacja, beznadzieja i poczucie nieuchronnej zguby. Umiejętnie podjęto także temat bitwy pod Decius w „Decius” oraz historii Rosamundy żony Alboina w „Rosamunde”. I, co najlepsze, słucha się tego bez przewracania oczami, jak w przypadku przaśnych potupajek Szwedów.

Słowo na koniec – polecam. Nie jest to ultymatywnie wybitne dzieło, ale bardzo dobrze nagrany kawał solidnego metalu. To nie jest raptem jakieś tam poprawne granie, lecz album, który na pewno usatysfakcjonuje wysublimowanego słuchacza. Także zapraszam serdecznie do napawania się doomowymi „Decius”, „Take Me To The Gallows” i „He Will Be Undone”, heavy metalowymi klimatycznymi fist-bangerami „Rats In The Wall” i „Burning Grave”, szybkim ścigaczem w postaci „Chaos Bearer” oraz pełnym mocy „Rosamund”. Każdy z tych numerów to klasa i sumiennie wykonana kompozycja.

Ocena: 5/6

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Satan’s Hallow – Satan’s Hallow





Satan’s Hallow – Satan’s Hallow
2017, Underground Power Records

Jedna z mocniejszych pozycji roku 2017. Debiut zespołu, który wydawałoby się wyskoczył nagle i znikąd. W dodatku jasno pokazując, że tradycyjny metal można zagrać dobrze i z pasją, przepełniając swoją muzykę energetyczną i dynamiczną werwą. To nie jest enforcerowe pitu-pitu i słodkopierdzące melodyjki, a zbrojne ramię podwójnego uderzenia gitarowego, które nie pierdoli się w tańcu. Muzyka Satan's Hallow jest melodyjna – i o wszem – ale przy tym jaka potężna!

Spokojnie można zarekomendować to nagranie każdemu fanowi metalu. "Satan's Hallow” brzmi krzepko i mocarnie, a w tym wszystkim świetnie wiedzie prym ostry, melodyjny wokal, przecinający na wskroś mięsiste gitary i dudniące bębny. Niepozorna Mandy Martillo dysponuje głosem anioła, który spokojnie można postawić przy głębokich zaśpiewach Leather Leone czy Doro. Może nie uderza w zadziorne chrypki, jednak pięknie utrzymuje dźwięczność i moc w swych zaśpiewach.

Same kompozycje zostały poskładane bardzo umiejętnie. Dostajemy odpowiednią różnorodność bez zbędnego kombinowania - piękne riffy i równie piękne solóweczki, które nie stronią od wpadania co i rusz w harmonie. Heavy metal z dwiema gitarami w mocnych unisono – czy czegoś można chcieć więcej? Gitarzyści nie poszli na łatwiznę i nie zasypali nas generycznymi zagrywkami, przy których nie wiemy czy słuchamy jakiś nowszych kawałków Accept, Saxon czy Dio - co się chwali, bo dzięki temu z "jedynki" Satan's Hallow wybrzmiewa własny wypracowany styl.

Skoro już o nim mowa, sam styl pięknie wpisuje się konwencję klasycznego mocarnego heavy z lat osiemdziesiątych. Duchem siedzi mocno w old-schoolu, jednak przy tym nadal pozostaje dojrzałą ramą, a nie raptem miernym epigoństwem. Satan’s Hallow nie celuje w jakieś naśladownictwo, lecz niesie w swej muzyce własny pierwiastek nonszalancji i przebojowej kreatywności. Dominuje szybkość i energia, jednak muzycy nie uciekają od klimatycznych zwolnień i marszowych elementów. Dzięki temu choć album "Satan's Hallow" przelatuje prędko przez słuchacza, to jednak pozostawia wiele za sobą - zarówno przebojowe melodie, jak i bezkompromisową chęć wciśnięcia przycisku repeat.

Próżno tu szukać czczych wypełniaczy. Każdy z dziewięciu utworów jest skrojonym na miarę fenomenalnym konstruktem. Ten debiucik to hicior za hiciorem, bez dwóch zdań. Osobiście jednak, jeżeli miałbym wyróżnić najlepsze pozycje, to bezapelacyjnie byłby to „Beyond The Bells” (który jest w gruncie rzeczy kwintesencją tego albumu), „Reaching For The Night”, „Choir of the Cursed”, „Black Angel”, „Moving On” i klimatycznie wyważony „Still Alive”. Co nie zmienia faktu, że taką samą przyjemność czerpie się ze słuchania „The Horror”, „Satan’s Hallow” czy przywodzącego na myśl klimaty albumu „Fire Down Under” Riot „Hot Passion”.

Polecam także wydanie winylowe, które zostało przyozdobione w bardzo fajnie zaprojektowaną wkładkę, wiernie pasującą do całokształtu wydawnictwa i tej złowieszczej okładki. To jest właśnie kozackie w tego typu wydawnictwach – nie dość, że zadbano o dobrą muzykę, to jeszcze projekt graficzny cieszy resztę zmysłów.

Ocena: 5,5/6