poniedziałek, 18 maja 2020

Black Mass – Warlust




Black Mass – Warlust
2019, Iron Shield Records

Debiutancki krążek Black Mass z 2015 roku miał swoje momenty, jednak ginął gdzieś pod warstwą o wiele lepszych płyt. I nie chodzi o jakość produkcji czy brzmienie, a raczej o niezbyt zapadającą w pamięć formułę utworów. Na szczęście chłopaczki z Bostonu wyciągnęły prawidłowe wnioski i „Warlust” jest już albumem o wiele bardziej dojrzałym, a przy tym dalej kipiącym młodzieńczą, thrashową energią.

Ewidentnie panowie mają ciągotki do thrashu z Bay Area ale okraszają go barbarzyńskim speed metalem i chrapliwymi wokalami. Exodus tutaj mocno się buja z Dark Angel, ale znajdą się też wpływy Voivod (ten refren w tytułowym numerze), Evildead czy wczesnego Kreatora. Ta muzyka została stworzona po to by być nienawistna i złowroga, a przy tym stanowić prawdziwą erupcję energii. Idealnie to współgra z produkcją w stylu „all analog, no bullshit”. Black Mass przy tym unika monotonii przełamując konwencję, np. crustowymi naleciałościami w „Graveyard Rock”, co dodaje tylko głębi całemu albumowi.

„Warlust” jest satysfakcjonującą i zadowalającą płytą. Miewa czasem gorsze momenty, gdyż nie trzyma dobrego poziomu przez cały czas. Jest to jednak wybaczalne, bo cała reszta kopie dupsko z prędkością pendolino na kokainie. Jeszcze jakby nie było tego potwornie zbędnego Intro to już w ogóle byłoby superancko.

Ocena: 5/6

czwartek, 7 maja 2020

Cirith Ungol – Forever Black



Cirith Ungol – Forever Black
2020, Metal Blade


Mało jest takich zespołów jak Cirith Ungol. Aura niesamowitości i specyficznego mistycyzmu towarzyszyła ich epickiej muzyce od samego początku. Ich brzmienie, a także niesłychanie charakterystyczny wokal Tima Bakera były czynnikami, które odróżniały ich od innych kapel z tego okresu i które świadczyły o oryginalności i kunszcie. Unikalny styl Cirith Ungol był nie tylko ich inspirującą siłą, ale też niestety zmorą, gdyż z powodu bezlitosnych praktyk branży muzycznej zespół przestał istnieć krótko po wydaniu swego czwartego albumu „Paradise Lost”. Zadany wówczas cios był na tyle bolesny, że perkusista Rob Garven nawet sprzedał swój sprzęt poprzysięgając nie sięgać po pałki nigdy więcej.

I na tym sprawa by się zakończyła, „Frost and Fire” i „King of the Dead” nadal byłyby darzone uznaniem i traktowane z pietyzmem i namaszczeniem przez metalowe podziemie, ale nic nowego spod skrzydeł Cirith Ungol byśmy nie usłyszeli. Minęło jednak kilka lat, właściwie tak po prawdzie to kilkanaście, a rzeczywiście kilkadziesiąt. Przez bardzo długi czas Oliver Weinsheimer, organizator festiwalu Keep It True, kontaktował się ze starymi muzykami Cirith Ungol i namawiał ich bez ustanku na zreformowanie kapeli i przyjazd do Niemiec. Dołączył do niego basista Jarvis Leatherby z Night Demon, młodego metalowego zespołu z Ventura, skąd wywodzi się także Cirith Ungol. Po wielu namowach Tim Baker i Rob Garven zgodzili się w końcu odwiedzić festiwal Frost and Fire (amerykański festiwal, organizowany przez Jarvisa) i Keep It True, by rozdać kilka autografów, pogadać z fanami i takie tam, jednak nadal nie chcieli grać nowych koncertów. Panowie nie byli jednak przygotowani na to, co się tam odjaniepawliło. Kolejki na meet&greet sięgały kilkuset metrów, wypisywały się markery, plecy bolały od pozowania do zdjęć. Rob i Tim nie wiedzieli, że Cirith Ungol wywarł taki wpływ na młodą scenę metalową w XXI wieku, a ich muzyka żyje nadal i płonie w sercach wielu. To była iskra, która zapoczątkowała powrót.

I teraz mamy jego owoc. „Forever Black” to piąty album studyjny, na którego powstanie przyszło nam czekać niemal trzydzieści lat. Obawiałem się, że – jak to często bywa z powrotami – z jego kondycją może być różnie. Na szczęście Cirith Ungol spełniło pokładane w nich nadzieje. Muzyka brzmi jak „Cyrici” w starym, dobrym stylu. Kawałki są zróżnicowane, poskładane z należytą precyzją i jasną wizją. Ciężar i energia sypią się tonami z każdego wałka, który wydobywa się z kręcącego się w odtwarzaczu placka. 

Co zasługuje na uznanie to fakt, że nie ma tutaj chamskiego jechania na nostalgii i odgrzewania kotleta. Cirith Ungol nie zjada własnego ogona – gra w swoim sprawdzonym stylu, ale nowa płyta rozszerza ich konwencję, zamiast gonić w piętkę. Jest lekki „fan service” w postaci „Legions Arise” (Cirith Ungol już miało taki hymn dla fanów w postaci „Join the Legion” swoją drogą), ale jest to absolutnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę przytoczony wcześniej fakt, iż to właśnie legiony ich oddanych fanów przyczyniły się bezpośrednio do przywrócenia zespołu do życia. Album nie nudzi, da się go spokojnie słuchać w całości, a potem jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze – tak jak inne płyty Cirith Ungol. To samo w sobie powinno służyć jako stosowna rekomendacja, bo właśnie taka powinna być muzyka – ma sprawiać przyjemność, a nie nużyć.

Kompozycje są o tyle świetnie zaaranżowane, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Mi osobiście najbardziej podpasował wspomniany „Legions Arise” z tą swoją galopadą (borze szumiący, jak ten wałek kosi!), ale „The Frost Monstreme” (wstawka a la Black Sabbath mega), „Nightmare”, „Fractus Promissum” i melancholijnie smolisty „Before Tomorrow” także rozgrzewają mi serduszko swym barwnym brzmieniem. Cieszą mnie też pozostałe kawałki, gdyż tutaj nie ma wypełniaczy. W sumie tak jak na poprzednich krążkach Cirith Ungol – i to zapewne stanowi jedną z podwalin ich kultu – każdy kawałek niszczy, ale każdy słuchacz ma swoich własnych ulubieńców. I tak jest w tym przypadku, nie zamierzam się z nikim spierać jeżeli to akurat „Stormbringer”, „The Fire Divine” czy wałek tytułowy stanowi dla nich najlepszy punkt programu „Forever Black”. Zwłaszcza, że Tim Baker brzmi jakby w ogóle się nie zestarzał, a te kilka nowych elementów, których wcześniej u Cirith Ungol nie słyszałem, bardzo dobrze dodają świeżości i głębi ich stylowi (mówię tutaj głównie o użyciu kaczuchy we „Fractus Promissum” i o acceptowych chórach w „Forever Black”). Nie zrozumcie tego jednak na opak – to nadal jest w stu procentach stare, dobre Cirith Ungol. I tak jak w starym, dobrym Cirith Ungol, także i na nowej płycie teksty stoją na wysokim poziomie. Chwalę sobie wyraźnie odniesienia do prozy Fritza Leibera i Michaela Moorcocka (kto je znajdzie wszystkie?), pionierów zachodniej literatury fantasy – u nas nadal o dziwo mało znanych, mimo iż niby mamy tylu czytelników literatury fantastycznej w kraju, zwłaszcza po komercyjnym sukcesie serii gier Wiedźmin. Jest moc.

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że do „Forever Black” będę wracał niejednokrotnie. Świetnie się ta płyta wpasowuje w historię Cirith Ungol i bez problemu można kręcić tym pięknym kolorowym plackiem przed czy po wrzuceniu klasycznego „King of the Dead” na odtwarzacz. Skoro już wspomniałem o kolorowym placku: wydanie na „marmurowym” winylu polecam każdemu, w środeczku znajdziemy jeszcze potężny plakat (co zawsze cieszy bo grafiki pana Whelana są zawsze na topie, zwłaszcza te przedstawiające Elryka z Melnibone, a ta jest świeżutka, raptem sprzed roku) i kod do ściągnięcia elektronicznej wersji albumu z bandcampu Metal Blade.

Ocena: 6/6

czwartek, 31 stycznia 2019

Deathhammer – Chained To Hell




Deathhammer – Chained To Hell
2018, Hells Headbangers Records

Deathhamer to załoga, która nie musi już nikomu nic udowadniać. Mimo to, dwaj bezkompromisowi Norwegowie nie spoczywają na laurach i raczą nas kolejnym, już czwartym, studyjnym albumem. Już po pierwszych minutach tego na grania można z pewnością stwierdzić, że ich najnowsze dzieło jest niewąską płytą.

Ci, którzy nie spotkali się jeszcze z twórczością Norweskiego duetu powinni przygotować się na iście diabelską furię i piekielną szybkość, wylewającą się nieprzerwanie z ostrych jak żyleta riffów. Deathhammer po raz kolejny pokazał, jak można łączyć black/thrashową brutalność z chwytliwymi patentami. To jest aż niesamowite, jak unikając tandety i mdłych elementów, ci goście montują hit za hitem.

Motywami przewodnimi są tutaj szybkość i agresja. Niemniej Deathhamer i tym razem unika dość powszechnej pułapki w jaką wpadają pokrewne im zespoły – mianowicie, nie grają monotonnie i na jedno kopyto. Kunszt aranżacji i budowania świetne zaprojektowanych partii muzycznych jest tutaj standardem tak powszechnie stosowanym, że aż ciężko w to uwierzyć, iż komuś może to przychodzić z taką łatwością.

Kanonady riffów i przeszywające potępieńcze wrzaski niemiłosiernie atakują raz po raz. Naprawdę, ten album ustępuje tylko nieznacznie „Evil Power” – poprzedniemu albumowi grupy – a podejrzewam, że pojawiają się głosy za tym, że to właśnie „Chained To Hell” wypada lepiej w tym zestawieniu. To bez znaczenia, gdyż oba krążki są wyśmienite.

To, co warte jest wzmianki to fakt, że Deathhammer nadal potrafi zaskoczyć. Osobiście podobał mi się motyw z chórami w „Satans Hell”, w momencie, w którym odbiorca zupełnie by się nie spodziewał takiego elementu. Podobnie sprawa się ma z „Into the Burning Pentagram”, w którym zespół pokazał, że potrafi zwolnić o te kilkadziesiąt uderzeń na minutę, wplatając dodatkowo subtelne ambientowe klawisze gdzieś tam w tle,  nie tracąc przy tym swojego stylu i tożsamości. A to i tak raptem mały smaczek przy bezkonkurencyjnych hiciorach pokroju „Tormentor”, „Black Speed Inferno”, „Rabid Maniac Force”, tytułowego „Chained To Hell”, niesamowicie przekonującego „Evil” czy ukrytej ścieżki, czającej się na samym końcu płyty.

Deathhammer nie zawodzi. A wy co, dalej pałowanie się batjuszką i krigsmaszine, by wasi kucowi koledzy nie wyrzucili was z metalowej paczki?

Ocena: 5/6

czwartek, 17 stycznia 2019

Visigoth – Conqueror’s Oath




Visigoth – Conqueror’s Oath
2018, Metal Blade Records

Trzy lata przyszło czekać, by „The Revenant King” dorobił się swojego dziedzica. Czy król doczekał się godnej sukcesji? Czy zdobywca okazał się odpowiednim następcą?

Pierwsza różnica, która niemal od razu rzuca się w oczy (czy też uszy): „dwójeczka” jest ponad jedną trzecią krótsza od debiutu. Na „Conqueror’s Oath” jest o wiele mniej doomowych wpływów. Utwory są też zbudowane bardziej w stylu konkretnych hiciorów niż rozbuchanych wielowątkowych kompozycji. Wielowątkowość jednak nie zniknęła zupełnie ze stylu Visigoth. Zespół pakuje nadal różne style i wpływy w swe utwory, nieml bawiąc się atmosferą i tempem swoich poszczególnych kawałków.

Epickość jest tu silna, jak nie momentami przesadnie mocna. Utwory są wyraziste i za przykład może posłużyć choćby „Warrior Queen” – numer w którym mocarne riffy są przetykane silnym kontrapunktem ognistych harmonicznych leadów, zupełnie jak u Jag Panzer. To naturalnie tylko przykład, gdyż w każdym kawałku można tu wskazać wiele ciekawych zabiegów i połączeń. „Outlive Them All” ze swoją omenowo-attackerową mieszanką jest kolejnym takim przykładem, który od razu przychodzi na myśl, po przesłuchaniu tego albumu. A tego jest o wiele, wiele więcej. Visigoth nie popada w jednostajność i monotonie.

Fakt faktem, więcej tu przebojowego heavy metalu w rockowym stylu niż doomowej smoły jak na „The Revenant King”. Czy to gorzej czy lepiej – rozstrzygnijcie sami, czy preferujecie jak kapele rozwijają swój styl w jakimś konkretnym kierunku czy też kurczowo trzymają się jednej niszy. Moim zdaniem, jeżeli Visigoth nie był w stanie napisać nic ciekawego w stylu pierwszego krążka, to wykonał dobry ruch, gdyż nadal muzyka jest dobra, a uniknięto męczenia buły. Może i jest trochę zbyt power metalowo miejscami – przyznaję, nie leży mi to do końca, ale jest coś takiego w muzyce Visigoth, że nie sposób na to narzekać.

Ale i tak „Hammerforged” napompuje wam bicki i zalesi rowa, bo Visigoth nadal krzewi podniosły majestat jebanego kunsztu stali.


Ocena: 4,5/6

środa, 2 stycznia 2019

Visigoth – The Revenant King




Visigoth – The Revenant King
2015, Metal Blade Records

Mimo iż od premiery  debiutanckiego krążka Visigoth minęło już trochę czasu (bagatela, cztery lata!), dopiero teraz zdecydowałem się zagłębić w tę podróż muzyczną – z całym dobrodziejstwem inwentarza, jaki może z niej wynikać. Wybór nie jest też przypadkowy: wielu osobników siedzących w epickim metalu zachwalało tę płytę. Ja jednak nie czułem się nigdy zachęcony na bliższe obcowanie z „The Revenant King”. Chciałem jednak mieć jakiś punkt odniesienia przed posłuchaniem niedawno wykutego na ołtarzu stalowej chwały „Conqueror’s Oath” – drugiego LP amerykańskich barbarzyńców.

Od twórczości Visigoth odstręczała mnie zbytnia (jak mi się zdawało) cukierkowość. Na podstawie ochłapów, które do mnie docierały, czułem się co najmniej zniechęcony, by dać tej płycie jakąkolwiek porcję swojej uwagi. Obawiałem się, że poziom melodyjności, który potencjalnie może dostarczyć ten album, jest jednak zbyt przesadzony i za bardzo rozpanoszony w rejonach słodkopierdzącego europoweru z niechlubnych lat 90tych. Obrzydzenie, że nie zdzierżę potoku lukru i cukrowych kaskad spierdolenia, trzymało mnie z dala skutecznie przez kilka lat, nim postanowiłem się ostatecznie przełamać.

O jak się myliłem.

„Pogrobowy Król” rzeczywiście nie stroni od melodii, ale nie idzie w przecukrzone patataje ani komiczne klawiszowe parapety. Większość melodyki i tak jest tutaj tworzona przez potężne wokale. Gitary są monumentalne niczym obsydianowe filary piekieł, a praca perkusji w przemyślany sposób urozmaica kompozycje zebrane na tej płycie, zamiast prostacko lecieć szesnastkowymi klikami na modłę Rhapsody of Fire. Jest to o tyle istotne, że całość „The Revenant King” trwa dobrą godzinę, a mamy na nim raptem 9 utworów. Kompozycje są długie i zróżnicowane, ale skonstruowane tak przemyślnie, że w ogóle się nie odczuwa ich długości – jak w najlepszych wałkach, które znamy spod egidy takich nazw jak Cirith Ungol czy Manilla Road.

Wokale tutaj wymagają osobnego ustępu. Ściskający mikrofon Jake Rogers ma taką barwę i manierę, że w istocie nie przypadnie ona do gustu każdemu maniakowi klasycznego epickiego heavy metalu. Czuć od niego ten swąd power metalowych ciągotek (trochę tak jak od Markusa Beckera z Atlantean Kodex). Jego tenorowy zaśpiew miota się w tę i z powrotem po skali, stroniąc na szczęście od piania i wyciągania wysokich nut. Może się wydawać, że Jake ma dość ograniczoną rozpiętość dźwięków, w których się obraca, ale wykorzystuje je wszystkie tak dobrze, że nie popada w monotonie, jednocześnie wprowadzając w utworach Visigoth interesujące polifonie.

Ogółem „The Revenant King” mnie nie powalił, jednak nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa na jego temat. Jest to bardzo udany debiut i płyta do której niejeden słuchacz wróci po kilkakroć. Moje obawy co do zbytniego przesłodzenia okazały się płonne. Jest tutaj co prawda sporo stereotypowych momentów, przy których pewnie grymas rozbawienia przetnie nasze oblicza, ale czym by był metal bez małej odrobiny „cheesyness”? Jest szczypta kiczu, jest trochę efekciarskich popisów, jak solówka w „Mammoth Rider”, ale bez zbytniej i tandetnej przesady.

Wspomniałem Atlantean Kodex – myślę, że określenie, że Visigoth to „taki trochę szybszy Atlantean Kodex” jest nawet całkiem trafne, by zwięźle opisać to, co możemy usłyszeć na „The Revenant King”. Także fani Argus, Gatekeeper, Eternal Champion powinni znaleźć tutaj nieco znajomego stylu. Visigoth potrafi też zwolnić, a także dorzucić nieco doomowej smolistości czy posągowej maniery hymnu – znak tego, że jest dobrze. Takich wrzutek jest tutaj sporo, więc z całą pewnością nie raz pokiwamy główkami z ukontentowaniem nad tym, jak Visigoth wykreował swoje spojrzenie na sztukę muzyczną.

Nie należy także pominąć coveru Manilla Road, który się tutaj znalazł. „Necropolis” w wykonaniu Visigoth może mnie nie powalił, ale i tak wypada lepiej niż to, co zrobił z tym kawałkiem Cauldron. W dodatku wykonania spod znaku Visigoth można słuchać bez jakiegokolwiek uczucia żenady. Bardzo tłusto tu zagrano jeden z największych hiciorów klasycznego heavy metalu. Aczkolwiek solówka, która odstaje nieco od oryginalnego gitarowego ataku Marka Sheltona, niezbyt tutaj leży. I to nie dlatego, że jest inna – po prostu nie ma w sobie takiej dozy dynamizmu i energetycznego terroru, co oryginał.

„The Revenant King” oferuje w sobie bardzo wiele i to wysokiej jakości. Szczena przy tym nie opadnie, ale jest to album warty wcielenia do swojej kolekcji i godny wielokrotnego odsłuchu. Polecam i aprobuję.


Ocena: 4,9/6

czwartek, 23 sierpnia 2018

Sign of the Jackal – Breaking the Spell




Sign of the Jackal – Breaking the Spell
2018, Wax Maniax

Dość odważny chwyt na start swojego drugiego studyjnego dzieła wybrali Włosi. Motyw z Egzorcysty kojarzy się bardzo mocno (prócz z samym filmem) raczej z klasycznym "Seven Churches” Possessed. Niemniej szybko się okazuje, że pasuje do tego albumu idealnie. Sign of the Jackal to dynamiczny i ognisty heavy metal ociekający okultyzm, więc dlaczego nie wprowadzić się w odpowiedni nastrój tym frenetycznie niepokojącym i zwiastującym zgubę motywem z klasyka filmu grozy?

Warto było poczekać pięć lat, bo aż tyle czasu minęło od fenomenalnego debiutanckiego „Mark of the Beast”. A „Breaking the Spell” brzmi, zarówno pod kątem brzmieniowym jak i aranżacyjnym jak naturalne przedłużenie i rozwój tamtego krążka, A przy tym nadal silnie obstaje przy klasycznych korzeniach i brzmieniu.

Skoro mowa o brzmieniu – bardzo podoba mi się to, co zostało dokonane tutaj w studio. Dźwięk jest organiczny i mięsny, jasno nawiązujący do złotej ery lat 80tych. Przy tym jest jasny i przejrzysty i nadzwyczaj selektywny. Wszystko tutaj dokładnie słychać, od poszczególnych elementów perkusji, przez bas i gitary, aż po świdrujący wokal Laury Coller, która brzmi jeszcze bardziej majestatycznie i jeszcze bardziej tętni nieujarzmioną energią. Jej zaśpiewy tak dudnią mocą i czystym trafianiem w dźwięki, że niech się Doro ze swoją ostatnią EP schowa. Naprawdę, trzeba tu wyraźnie docenić Laurę, bo nie jest łatwo wymodelować odpowiednie żeńskie wokale w muzyce heavy metalowej. Samo brzmienie głosu to jedno, ale niezwykle istotne są linie melodyczne, byśmy nie dostali drugiego Battle Beast. Laura tutaj stanęła na wysokości zadania i dostarczyła chyba najlepszy performance, jaki można by było sobie życzyć.

Brzmienie wokali, gitar i bardzo retro brzmiącej perkusji z tym mokrym pogłosem werbla to jedno, druga sprawa to same kawałki. Kompozycje są zaaranżowane tak smacznie, że nie sposób nie machać banią do tego krążka – i to od początku do końca. Przez trochę ponad pół godziny upakowano tutaj piękne i dynamiczne kompozycje, uzbrojone w ogniste riffy oraz rozrywające dusze solówki. Klasyczny heavy metal pełną parą i to bez siermięgi, toporności i generycznej chałtury.

Ocena: 5,3/6

czwartek, 2 sierpnia 2018

Candle – The Keeper’s Curse




Candle – The Keeper’s Curse
2018, Fighter Records

Jeżeli dobrze policzyłem (a liczyłem z pamięci, bo jestem leniwym grzdylem), minęło już 19 lat odkąd światło dzienne ujrzał ostatni studyjny krążek Mercyful Fate i 11 od czasu premiery ostatniego albumu Kinga Diamonda, a mimo to to ich wspaniałe dziedzictwo nadal żyje (o Denner/Shermann nie wspominam, bo i po co to komu). Żyje w postaci dokonań młodych zespołów, które bardzo mocno nawiązują do stylistyki Króla. Jednym z takich zespołów jest szwedzki Candle, którego debiutancki krążek ujrzał światło dzienne w tym roku. Nawet zanim go odpaliłem, pierwszy rzut oka na okładkę jasno dał mi do zrozumienia, że od wyraźnych konotacji z Mercyful Fate nie ucieknę.

I rzeczywiście, muzyka Candle bardzo mocno nawiązuje do klasycznego metalu spod znaku Mercyful Fate. Nie jest to jednak ślepe granie na rympał, byleby brzmieć jak „Don’t Break The Oath”. Muzyka Candle przyjmuje bardzo mocno pewną charakterystyczną manierę i szpera po jej zakamarkach, rozszerzając jej granice, ukazując że nadal można brzmieć świeżo i "a la King Diamond".

Muzyka na "The Keeper's Curse" jest niezmiernie urzekająca. Ten album jest bardzo gitarowy. Dużo się tutaj dzieje: mięsiste riffy przeplatają się ze sobą, dynamiczne leady elektryzują dokładnie te partie, które powinny, a całość została utkana w przemyślne i interesujące struktury. Utwory są napisane i zaaranżowane tak, by wydobyć z klasycznego heavy metalu jego prostotę, energię a przy tym wyeksponować ten pierwotny kunszt muzyki z duszą. Co i rusz słuchaczowi objawia się kompozytorski dryg Candle.

Chciałbym tutaj wyróżnić jakieś utwory, ale nie mogę się na nic zdecydować, gdyż każdy jeden kawałek ma w sobie pierwiastek doskonałości. Brak tutaj wypełniaczy czy jakieś generycznej siermięgi, od której już można rzygać. Fakt faktem, że od pierwszego „The Secret”, który wpada po niezwykle klimatycznym i złowieszczym intro, w tej muzyce można się zakochać i zatracić. A potem jest tak samo dobrze. „Light at the End”, „Betrayal” i „Embraced by Darkness” oraz, jak wspomniałem, cała reszta albumu, to prawdziwy tytan muzyczny.

Jest co prawda jedna rzecz, która może nieco irytować – mianowicie wokale. Jest coś takiego w szwedzkich wokalistach, którzy śpiewają wysoko, że nie da się ich na dłuższą metę słuchać. Tutaj na szczęście nie jest tak źle, w końcu za mikrofonem stoi Erik Nordkvist znany z debiutanckiego albumu Blazon Stone. Gość potrafi śpiewać i wysoko i nisko, choć jak na mój gust niskich wokali używa zdecydowanie za rzadko. Wpada jednak w pianie niemal w każdym kawałku, co nawet nie byłoby źle, gdyby może lepiej nagrano warstwę wokalną w studio. A tak jest nieco płasko. Warto nadmienić, że choć silnie tutaj kipi Kingiem Diamondem, to Erik nie śpiewa falsetem – jego głos bardziej mi podpada pod kogoś starającego usilnie brzmieć jak wokalista Hell. I w sumie dobrze, że nie ma tutaj falsetu, bo przy dość topornej jakości zarejestrowanych wokali, to by chyba nie brzmiało dobrze.

I tak nadal brzmi lepiej od dowolnego młodego polskiego wokalisty heavy/power metalowego.

Na koniec powiem, że jak komuś nie leży Attic, który jest bardzo „mercyfulowy”, to Candle może być lepszym trafem. Muzyka Szwedów nadal jest klasyczna, ale dużo tutaj elementów rodem z Savatage, Satan, Fates Warning, i tak dalej, które się w tej „mercyfulowej” stylistyce wybijają w większym stopniu niż u Attic. Nadal jest to bardzo silny kandydat do debiutu roku i zdecydowanie do tego krążka będzie się wracać. Tego się po prostu dobrze słucha.

Ocena: 5/6