Sodom – M-16
2001, Steamhammer
Żyjemy i przybywamy z klasyką sprzed ćwierć wieku. Płytą pomnikiem. Wjeżdżamy
w błoto, dym i zapach napalmu. Mamy rok 2001 i świat nie jest przyjaznym
miejscem dla thrash metalu. Ale jeśli myśleliście, że Sodom po eksperymentach z
lat 90 i lekkim błądzeniu w punkowych oparach zapomniał, jak kręci się rzeźnię,
to "M-16" było tym momentem, w którym Tom Angelripper wybił
wam te głupoty z głowy kolbą karabinu.
Co jest w tej płycie fajne? Wszystko. To jest album totalny, gdzie motyw
przewodni - wojna (nie tylko w Wietnamie) - nie jest tylko tanim chwytem
marketingowym, ale fundamentem, na którym postawiono solidny łomot, który nie
śmierdzi kiczem. Ta płyta na długie lata będzie orać prawie każdy debiut
nowothrashowych składów. Sekretem jest jej monolityczność – każdy utwór tutaj
mógłby grać pierwsze skrzypce i być tym „highlightem” promującym płytę. Riffy i
brutalne melodyki w „Among the Weirdcong”,
Minoskoczku („Minejumper”), „Little Boy”, „Lead Injection”,ikonicznym „Napalm
in the Morning”, rzeźnickim „Cannon
Fodder” czy tytułowym „M-16” to
jest podręcznikowy przykład tego, jak destylować thrashową agresję.
M-16 trzyma za gardło i nie puszcza. W przeciwieństwie do wielu premier z
tamtego okresu, ten album nie zestarzał się ani o dzień. Produkcja dźwięku jest
potężna, przestrzenna, organiczna i pozbawiona tej plastikowej sterylności,
którą tak bardzo kochają dzisiejsze nowomodne
stulejarze, brandzlujący się nad każdym cyfrowym wyrównywaniem ścieżynek
w Pro Toolsach. Tutaj czuć brud, dym i autentyzm.
Tak na podsumowanie, wiadomka, że Sodom jest głównie uwielbiany za
Persecution Mania i Agent Orange: chaos, opętanie i kwintesencja thrashu. M-16
jako płyta nagrana później brzmi przy nich raczej jako precyzyjna egzekucja, ale
nie gubi swych korzeni. Iskra geniuszu i kompozycyjna spójność, którą tutaj
osiągnięto na długo przykryje późniejsze albumy Sodom.
Ocena: 5,8/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz