poniedziałek, 4 maja 2026

Sodom – M-16

 


Sodom – M-16
2001, Steamhammer

Żyjemy i przybywamy z klasyką sprzed ćwierć wieku. Płytą pomnikiem. Wjeżdżamy w błoto, dym i zapach napalmu. Mamy rok 2001 i świat nie jest przyjaznym miejscem dla thrash metalu. Ale jeśli myśleliście, że Sodom po eksperymentach z lat 90 i lekkim błądzeniu w punkowych oparach zapomniał, jak kręci się rzeźnię, to "M-16" było tym momentem, w którym Tom Angelripper wybił wam te głupoty z głowy kolbą karabinu.

Co jest w tej płycie fajne? Wszystko. To jest album totalny, gdzie motyw przewodni - wojna (nie tylko w Wietnamie) - nie jest tylko tanim chwytem marketingowym, ale fundamentem, na którym postawiono solidny łomot, który nie śmierdzi kiczem. Ta płyta na długie lata będzie orać prawie każdy debiut nowothrashowych składów. Sekretem jest jej monolityczność – każdy utwór tutaj mógłby grać pierwsze skrzypce i być tym „highlightem” promującym płytę. Riffy i brutalne melodyki w „Among the Weirdcong”, Minoskoczku („Minejumper”), „Little Boy”, „Lead Injection”,ikonicznym „Napalm in the Morning”, rzeźnickim „Cannon Fodder” czy tytułowym „M-16” to jest podręcznikowy przykład tego, jak destylować thrashową agresję.

M-16 trzyma za gardło i nie puszcza. W przeciwieństwie do wielu premier z tamtego okresu, ten album nie zestarzał się ani o dzień. Produkcja dźwięku jest potężna, przestrzenna, organiczna i pozbawiona tej plastikowej sterylności, którą tak bardzo kochają dzisiejsze nowomodne stulejarze, brandzlujący się nad każdym cyfrowym wyrównywaniem ścieżynek w Pro Toolsach. Tutaj czuć brud, dym i autentyzm.

Tak na podsumowanie, wiadomka, że Sodom jest głównie uwielbiany za Persecution Mania i Agent Orange: chaos, opętanie i kwintesencja thrashu. M-16 jako płyta nagrana później brzmi przy nich raczej jako precyzyjna egzekucja, ale nie gubi swych korzeni. Iskra geniuszu i kompozycyjna spójność, którą tutaj osiągnięto na długo przykryje późniejsze albumy Sodom.

Ocena: 5,8/6


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz