Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Savage Grace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Savage Grace. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2015

Masters of Disguise - wywiad



PRĘŻNI I ZRÓŻNICOWANI
Nazwa tej kapeli kojarzy się bezpośrednio z klasycznym albumem Savage Grace, jednej z najbardziej charakterystycznych i kultowych formacji starego dobrego amerykańskiego power metalu. I słusznie, bo mamy tutaj do czynienia z właściwie bezpośrednim dziedzicem tego zespołu. Tak naprawdę pod tą nazwą kryją się muzycy z dość znanej kapeli Roxxcalibur, będących już właściwie swoistymi „artystami do wynajęcia” dla muzyków kapel, którzy chcą zreaktywować swój stary zespół, ale niekoniecznie mają ochotę robić to ze swymi poprzednimi kolegami. Tak samo było z Savage Grace, które w 2009 roku zostało poskładane na nowo po siedemnastu latach. Założyciel tego zespołu, czyli Chris Logue, postanowił położyć lachę na wszystkich muzyków, z którymi dotychczas współpracował i zatrudnił gości z Roxxcalibur, by móc na nowo wystartować kapelę. Bądź co bądź, z reaktywacji Savage Grace wyszło niewiele, ale na szczęście muzycy z Roxxcalibur tak bardzo się wkręcili w speed/power metalowy styl tego amerykańskiego klasyku, że postanowili kontynuować ich dziedzictwo w nowym projekcie muzycznym – Masters of Disguise. Masters of Disguise dość jasno i wyraźnie nawiązuje do starego stylu Savage Grace. Mimo to muzyka tej kapeli nie boi się obracać też w trochę innych klimatach, poszerzając styl, którym operują. Warto było machnąć wywiad z Kallim, gitarzystą Mastersów, by rzucić nieco światła na ten krótkotrwały zryw Savage Grace oraz to, co po nim nastąpiło. W tle będą się przewijać afery prawne, filmy pornograficzne, oszustwa i heavy metal. A co!

Zacznijmy od początku. W 2009 roku Chris Logue, założyciel Savage Grace, zdecydował się zreaktywować swój zespół. Był w nim jedynym członkiem z dawnego składu – resztę zespołu uzupełnili muzycy z Roxxcalibur. Jak to się stało, że złączyliście siły z Chrisem na te kilka koncertów?

Kalli Coldsmith: Okej, no to ruszamy! W 2009 roku dostaliśmy propozycję dołączenia do Chrisa na koncert Savage Grace na Keep It True w 2010 roku. Potem zainteresowanie wskrzeszonym Savage Grace zaczęło coraz bardziej rosnąć i w krótce doprowadziło to do stworzenia trasy koncertowej po Europie. Przedyskutowaliśmy to i jak najbardziej się na to pisaliśmy, ponieważ strasznie jarało nas granie starych utworów Savage Grace. Nie mogliśmy się doczekać! Wkrótce przekonaliśmy się, że nowy skład tej klasycznej kapeli naprawdę wymiata! (śmiech) Chris bardzo szybko wyszedł do nas z propozycją, byśmy stali się permanentnymi członkami kapeli, a nie tylko gośćmi z którymi gra koncerty.

Ponoć były już konkretne plany na nagranie nowego albumu Savage Grace. Dlaczego nie został on ukończony? Co się stało pomiędzy wami a Chrisem?

No owszem, był plan nagrania nowego albumu z zupełnie nowym materiałem. Mieliśmy przygotowane już kilka pierwszych riffów na których chcieliśmy pracować. Jednak koniec końców do niczego nie doszło. Dogadaliśmy się z Chrisem, że najpierw nagramy nowy album Roxxcalibura, a po trzech miesiącach usiądziemy nad nowym materiałem Savage Grace. Nagle jednak Chris poczuł jakby zaczął go gonić czas i postanowił nająć innych muzyków sesyjnych do nagrania tego albumu.

Jak wyglądało samo wasze rozstanie z Chrisem?

Gdy dowiedzieliśmy się, że Chris zamierza wejść do studia bez nas, postanowiliśmy odejść z zespołu. No proszę, typ czekał 20 lat na nagranie albumu, a nie może poczekać jeszcze raptem trzech miesięcy dłużej? Wydawało mi się to szyte grubymi nićmi. Chyba po prostu skończył mu się hajs i chciał jak najszybciej podpisać kontrakt z jakąś wytwórnią. Najlepsze jest to, że podpisał dwa osobne kontrakty z dwoma różnymi wytwórniami. No i zwiał z Niemiec, bo do jego drzwi już pukała policja.

Wiecie co się z nim teraz dzieje?

Niezbyt. Nie odpowiada na moje maile. Doszły do mnie słuchy, że udaje lekarza na Karaibach. Był już w więzieniu w Stanach za podszywanie się pod lekarza medycyny, którym najwyraźniej nie jest. Brał też udział w kręceniu filmów porno, jako aktor i jako reżyser. Czego można się jeszcze po nim spodziewać? (śmiech)

Następnie zdecydowaliście, że założycie nowy projekt muzyczny, oparty na stylu Savage Grace?

Mieliśmy już gotowych kilka utworów na ten nowy album Savage Grace, który mieliśmy nagrywać. Dlatego, gdy Chris opuścił niemiecką ziemię, stwierdziliśmy, że popracujemy nad tym materiałem, który składaliśmy na to wydawnictwo. Te riffy były za dobre, by je tak po prostu zaorać. Mieliśmy już świetnego wokalistę w Roxxcalibur, który mógłby zastąpić Chrisa. I tak już poszło!

„The Savage and the Grace” będzie waszym drugim albumem studyjnym. Co możesz nam o nim powiedzieć?

Cholerny Heavy Metal, nic innego! (śmiech) Mamy kilka speed metalowych ścigaczy jak „The Enforcer” i „Heavens Fall”. Nagraliśmy też cover Savage Grace „Sins of the Damned” oraz cover Flotsam & Jetsam „Hammerhead”. Wrzuciliśmy trochę epickiego syfu jak „Conquering the World”, „New Horizons” i „War of the Gods (Part I)”, co zdecydowanie rozwija zakres naszych kompozycji. Mamy też solidny wałek w średnim tempie „Barbarians at the Gate”, który pierwotnie stworzył Chris w 2010 roku. Najbardziej niezwykłym utworem może być „The Scavenger’s Daughter”. Jest w nim bardzo dużo emocji oraz gitar klasycznych. Alexx za to przeszedł samego siebie za mikrofonem. Mogę więc powiedzieć, że stworzyliśmy bardzo zrównoważoną mieszankę szybkości, mocy i emocji.

Na początku w Masters of Disguise udzielał się cały Roxxcalibur, jednak w zeszłym roku z projektu odszedł Neudi i Roger. Dlaczego?

Neudi ma teraz szansę bębnić w swej ukochanej Manilla Road, więc kto byłby w stanie go od tego odwieść? (śmiech) Ponieważ jest z nimi bardzo zajęty, a nie chciał nas hamować, więc postanowił opuścić szeregi kapeli. Nadal gramy razem w Roxxcalibur. Roger miał za to swoje powody na gruncie osobistym i zawodowym.

Neudiego zastąpił Jens Gellner, który bębni na nowym albumie. Kto jednak zajmie miejsce drugiego gitarzysty?

Już mamy nowego wioślarza! To Wolfgang „Wolle” Buchinger. Pasuje do nas idealnie, zarówno pod względem charakteru jak i umiejętności muzycznych.

Jak Jens trafił do zespołu?

Jens jest starym kumplem Maria, naszego basisty. Gdy Mario zaproponował mu grę w speed metalowym projekcie, tamten się natychmiast zgodził. Zagraliśmy z nim próbę, na której wypadł o wiele lepiej niż się spodziewaliśmy, więc zaprosiliśmy go do naszych szeregów. Dość szybko, bo jakoś po trzech utworach i kilku piwach. (śmiech)

Nagraliście wszystko to, co skomponowaliście, czy też ostało się kilka riffów, które zamierzacie zostawić sobie na sesję nagraniową trzeciego pełniaka?

Szczerze, to nagraliśmy jeden utwór, który nie trafił na płytę. Może użyjemy go jako bonus do wydania winylowego albo jeszcze do czegoś innego. Mamy też jeden numer, który zostawił po sobie Chris, możliwe że go jeszcze nagramy. Oprócz tego nie ma żadnych innych pozostałości, które moglibyśmy użyć na następnym albumie. Nic jeszcze na niego nie stworzyliśmy.

Duch Savage Grace jest bardzo silny w Masters of Disguise. Odniesienia do tego zespołu są widocznie nie tylko w waszej muzyce, ale też w nazwie zespołu, stylizacji logo i okładek, a także w obecności postaci policjanta Knutsona. Nie uważasz, że nazwanie nowego albumu „the Savage and the Grace” może być już lekką przesadą?

Jako Masters of Disguise chcemy jedynie tworzyć godnych następców klasycznych albumów Savage Grace, razem ze wszystkimi charakterystycznymi elementami z nimi związanymi. To wszystko jednak dostrzegą jedynie fani Savage Grace. Świeżaki w ogóle tego nie zczają, dlatego dajemy im pewne wyraźne wskazówki. (śmiech)

Nie obawiasz się, że ktoś może niesłusznie posądzić was o klonowanie Savage Grace i jazdę na ich dorobku?

Hej, jesteśmy członkami ostatniego składu Savage Grace i jako jedyni mieliśmy jako takie pojęcie w jakim kierunku zespół miał się zwrócić. Niektórzy mogą nie zauważyć, że w gruncie rzeczy to my jesteśmy Savage Grace, tylko z innym wokalistą. Z powodu prawnych Chrisa Logue nie będzie żadnego albumu Savage Grace. Przynajmniej przez kilka następnych lat. Wszystko teraz zależy od nas! Jeżeli skoncentrujesz się na muzyce, to zauważysz, że jesteśmy o wiele bardziej prężni i zróżnicowani niż Savage Grace kiedykolwiek było. „The Scavenger Daughter” czy „War of the Gods (Part I)” nigdy nie byłoby regularnym materiałem Savage Grace.
Świetnie, że postanowiliście używać wizerunek Knutsona jako charakterystycznego elementu na swoich okładkach. Zastanawia mnie w sumie dlaczego Savage Grace jakoś o nim zapomniało po albumie „Master of Disguise”. Przecież on idealnie się nadaje na maskotkę zespołu.

To samo pytanie zadałem Chrisowi Logue w 2010 roku. Myśl o tym, by dołączyć jakiś charakterystyczny element do wizerunku Savage Grace nigdy jakoś mu nie przemknęła przez głowę. Chciał po prostu mieć obrazoburczą okładkę na swojej debiutanckiej płycie. W ten sposób został powołany do życia gliniarz o nazwisku Knutson, którego uczynki zostały opisane w tekście tytułowego utworu.

Czy odczuwaliście jakąś presję z powodu oczekiwań fanów, gdy nagrywaliście nowy album?

Byliśmy odprężeni i nie wisiało nad nami żadne ciśnienie, prócz terminów. Potrzebowaliśmy kompletnych nagrań do końca 2014 roku, by album został wydany przed naszą trasą europejską z Omen.

Wszyscy udzielacie się w różnych projektach muzycznych. Jak udaje wam się znaleźć odpowiednią ilość czasu dla Masters of Disguise?

Po prostu wszystkie nasze zespoły nie pracują równocześnie. Jeżeli jeden jest w trasie lub w studio, drugi sobie odpoczywa. Wszyscy mamy rodziny i normalne prace, więc inaczej się nie da. Dlatego zawsze jest to jeden lub dwa projekty naraz.

Czy zamierzacie grać utwory Savage Grace podczas swoich koncertów?

Jasna sprawa! Chcemy godnie reprezentować spuściznę Savage Grace także podczas naszych występów. Obecnie gramy „Into the Fire” i „Bound to be Free”. Wcześniej graliśmy „Sins of the Damned”. W końcu są to utwory z jednego z najlepszych speed metalowych albumów wszechczasów – „Master of Disguise” Savage Grace!


Przeprowadzono: marzec 2015

Savage Grace - biografia

 
SAVAGE GRACE
Amerykański power metal, który nota bene nie ma nic wspólnego ze zniewieściałymi rytmami w stylu europejskich patatajowych metalowych remiz, stanowił ważny element sceny muzycznej ówczesnej epoki, a jego echa i scheda wybrzmiewa nawet w dniu dzisiejszym. Takie kapele jak Metal Church, Helstar, Vicious Rumors, Crimson Glory, Riot, a także między innymi Savage Grace, zapisały się na stałe złotymi zgłoskami na cokole metalowej supremacji. Większość z nich nie jest znana przeciętnemu zjadaczowi ciężkich brzmień, który chadza radośnie na koncerty Huntera i Luxtorpedy, nosi aluminiowe kastaniety na nadgarstki z internetowych metalshopów i twardo upycha swe za duże bojówki w nowiutkich glaniszczach. Prawdziwi fani muzyki metalowej jednak je szanują, a przynajmniej wyraźnie kojarzą. Właśnie na jednej z kapel nurtu amerykańskiego power metalu z lat osiemdziesiątych się dzisiaj na krótko skupimy, a mówiąc konkretnie, właśnie na Savage Grace - kapeli która położyła jeden z kamieni węgielnych amerykańskiego power/speed metalu i której debiutancki album do dziś stanowi nieśmiertelny klasyk.
 
    Początki zespołu sięgają roku 1981, w którym kapela została założona w Los Angeles pod nazwą Marquis de Sade. Grupa przechrzciła się niedługo potem na Savage Grace przy okazji wybrania ich utworu „Scepters of Deceit” do pojawienia się na kultowej kompilacji wytwórni Metal Blade, zatytułowanej „Metal Massacre II”. Współpraca z Metal Blade Records zaowocowała wkrótce potem nagraniem elektryzującej podziemie EPki „The Dominatress” w 1983 roku, do której swą rękę przyłożył także Bill Metroyer, znany ze współpracy z innymi znakomitymi zespołami. Potencjał kapeli został dostrzeżony i zabłysła pierwsza flara nad przyszłością zespołu. Niestety, jej blask został przygaszony przez mgłę spowodowaną częstymi zmianami personalnymi w szeregach grupy. Niestabilność składu kapeli była podyktowana głównie osobą lidera, gitarzysty Chrisa Logue i z perspektywy czasu możemy jasno stwierdzić, że był to gwóźdź do trumny Savage Grace.

    Intensywne zmiany personalne towarzyszyły Savage Grace niemalże od samego początku. Pierwszy skład kapeli w 1981 roku stanowił Kelly Rhoads za mikrofonem, Steve Wittig za bębnami, Brian East na basie oraz gitarzysta Chris Logue. Pierwszych dwóch muzyków nie zagrzało w kapeli nawet kilku miesięcy. Steve został zastąpiony Danem Finchem, a nowym wokalistą zostałem Dwight Cliff. Dwight jednak miał okazję nagrać swe wokale tylko do dema z 1982 roku, z którego to właśnie pochodzi utwór, który trafił na wspomnianą wcześniej kompilację Metal Blade. W 1983 roku jego miejsce zajął osiemnastoletni wówczas John Birk. Skład uzupełnił także drugi gitarzysta Kenny Powell. Dodatkowy wioślarz miał poszerzyć brzmienie Savage Grace, wprowadzając do niego harmonie i mocniejszą grę solową, podążając śladem brzmienia swoich idoli z Judas Priest, Accept, Saxon i Iron Maiden. 

    Młody zespół był gotowy do nagrania swojej EPki, będącej zaczątkiem i swoistym posmakiem tego, co zespół jest w stanie dostarczyć. Przeszywające wokale Johna Birka zniszczyły podczas sesji nagraniowej w studiu Track Record kilka membran mikrofonowych, tak potężnym gardłem dysponował ówczesny wokalista Savage Grace. John posiadał moc i barwę, którą praktycznie nikt wtedy w okręgu L.A. nie dysponował. Mimo tego, że nagrywanie materiału na „The Dominatress” było jego pierwszym doświadczeniem studyjnym, Birk odwalił kawał świetnej roboty. Jednak po wydaniu płyty oraz po odbyciu pierwszej małej trasy koncertowej został on wyrzucony z zespołu przez Chrisa Logue. Podobno John był problematycznym członkiem, zbyt niedojrzałym i niezdyscyplinowanym. Przesłuchania jego następców nie przyniosły żadnych efektów, gdyż żaden z potencjalnych kandydatów nie sprostał wyśrubowanym oczekiwaniom Chrisa, który w Savage Grace chciał widzieć wokalistę światowej klasy, a nie pierwszego lepszego gardłowego. Stanowisko wokalisty jednak niezbyt długo pozostało puste. Wkrótce zajął je Michael John Smith, który został Chrisowi polecony przez ich wspólnego przyjaciela. Michael był wokalistą kilku cover bandów z okolic Phoenix, nigdy jednak nie był częścią kapeli piszącej autorski materiał. Chrisowi jednak spodobała się charyzma Smitha oraz jego maniera śpiewania, wpadająca momentami w klimaty Gary’ego Bardena z MSG. 

    Gdy kapela szykowała materiał na swój pierwszy album długogrający, ze składu odszedł Kenny Powell. Powodem zapewne był fakt, że praktycznie całość materiału chciał stworzyć Chris Logue, co niesamowicie blokowało kreatywność i twórcze zacięcie Kenny’ego. Kenny jeszcze w tym samym roku założył Omen, a jego kompozycje same wpisały się do kanonu amerykańskiego heavy metalu, świadcząc o tym, że decyzja o odejściu z toksycznej atmosfery Savage Grace była dobrym wyborem. W dodatku do Omen trafia także stary perkusista Savage Grace – Steve Wittig. Lukę po Kennym wypełnił Kurt Phillips z kanadyjskiego Witchkillera. Zaproponowanie Kurtowi posady w Savage Grace było pomysłem Briana Slagela z Metal Blade. Po rozmowie jaką Kurt odbył z Chrisem Logue, Kurt przekroczył nielegalnie kanadyjsko-amerykańską granicę „z gitarą, uśmiechem i z praktycznie niczym więcej” i pojechał do Los Angeles. Po pierwszych koncertach w nowym składzie wyglądało na to, że wszystko będzie w porządku. Kurt nie był ponoć najlepszym gitarzystą, jednak nadrabiał swym oddaniem i pasją. Zdawało się, że gitarowy duet Chrisa i niższego od niego o prawie dwie głowy Kurta zda egzamin. Sprawa zaczęła wyglądać diametralnie inaczej w studio nagraniowym. Kurt miał duże problemy z nagrywaniem równych ścieżek i trzymaniem szybkiego tempa utworów Savage Grace, a zwłaszcza solówek. Chris odesłał Phillipsa z powrotem do Kanady i samodzielnie nagrał wszystkie ścieżki gitarowe na „Master of Disguise”. 

    Prace nad „Master of Disguise” zakończyły się przed końcem 1984 roku. Czuwając nad strukturą brzmienia muzyki Savage Grace, Chris dopracował wszystkie solówki, akcenty oraz harmonie, by całość do siebie odpowiednio pasowała. Autorem wszystkich tekstów oraz riffów na płycie był Chris Logue, z wyjątkiem utworu „Lions Roar”, który został stworzony przez Briana Easta, stanowiąc wspaniałe intro do albumu, wprowadzające idealnie w klimat rozpierduchy spod znaku Savage Grace. Efektem sesji nagraniowej było prawdziwe opus magnum i album-pomnik amerykańskiego metalu. Ponadczasowy i nieścieralny przez czas „Master of Disguise” stanowi jeden z ważniejszych filarów US power metalu. Oprócz gitar zostały także idealnie dopracowane ścieżki wokalne oraz sekcja rytmiczna. Wszyscy, którzy słyszeli postępy studyjne Savage Grace byli naprawdę zelektryzowani, w tym sam Ronnie James Dio. Jedynym mankamentem tego albumu był fakt, że Chris sprawił, że perkusja oraz bas były bardzo schowane za wokalami i gitarami, choć James Sutton, dźwiękowiec sprawujący pieczę nad brzmieniem albumu, chciał wyraźnie dołożyć dołu nagraniom. Ta niefortunna niedoróbka została naprawiona ćwierć wieku później na zremasterowanych wznowieniach albumu, pokazując, że z odpowiednio wyważonym basem i perkusją to wydawnictwo jeszcze bardziej błyszczy. 

    Po premierze debiutanckiego albumu, wydanego przez Important Records, firmę pod której skrzydłami znajdowały się wtedy takie znane wytwórnie jak Combat czy Megaforce, zespół udał się w trasę promocyjną po Stanach i Europie, której zwieńczeniem był niesamowity występ na Metal Hammer Festival w Loreley 14 września 1985, z którego zachowało się bootlegowy album live „Time For Hard ‘n Heavy”. Na Stary Kontynent zespół pojechał jednak bez swojego wokalisty, który odszedł z zespołu tuż przed rozpoczęciem trasy. Jego obowiązki przejął wtedy sam Chris Logue, z trudem odnajdując się w trudnej roli jednoczesnego grania i śpiewania utworów Savage Grace, co zresztą słychać na wspomnianym bootlegu. Po powrocie do Stanów zespół zabrał się za przygotowanie materiału na drugi album, zatytułowany „After Fall From Grace”. Aczkolwiek w tym przypadku słowo „zespół” byłoby mocno naciągane, gdyż szeregi Savage Grace opuścili wszyscy dotychczasowi członkowie, z wyjątkiem Chrisa Logue i Briana Easta. Przy nagraniu nowej płyty tę dwójkę uzupełnił perkusista Mark Marcum oraz gitarzysta Mark Marshal z Agent Steel. Chris postanowił także przejąć na siebie już na stałe obowiązki wokalisty. Na nagraniu słychać, że Logue sam dysponuje świetnymi płucami i nie odstaje zbytnio od dotychczasowych wokalistów Savage Grace. Muzycznie drugi album nie odbiega stylem od poprzednich dokonań grupy. Jest to prawdziwy, energetyczny, szybki power metal z umiejętnie wyważonym ciężarem i melodyką. 

    Po wydaniu swej drugiej płyty Savage Grace znowu wyruszyło w trasę po USA i po Europie, tym razem z inną błyszczącą gwiazdą amerykańskiego power metalu – Heir Apparent. W czerwcu 1986 roku trasa US Speed + Power Tour uderzyła w Niemcy, znacząc swój szlak opadniętymi szczękami europejskich fanów metalu. Po powrocie do Stanów skład Savage Grace znowu uległ zmianie. Miejsce basisty, dotychczas piastowane przez Briana Easta, technicznie współzałożyciela grupy, zajął Derek Peace, basista niczego innego tylko właśnie Heir Apparent. W składzie Logue – Peace – Marshal – Marcum kapela nagrała w 1987 roku EP zatytułowaną „Ride Into The Night”. Krótki album, w którego skład wchodzą trzy utwory oraz cover Deep Purple, stanowił naturalne rozwinięcie stylu Savage Grace. Charakterystyczne rozmyte brzmienie gitar było nadal obecne, choć struktura utworów nosiła ślady wyraźnej ewolucji w zakresie aranżacji utworów. Niestety, jest to także wydawnictwo które oznaczało w praktyce, jak się później okaże, koniec Savage Grace. 

    Po nagraniu albumu zespół miał okazję zagrać długą trasę u boku Motorhead w USA. Niestety, w 1989 roku muzyczne koncepcje w zespole się wyczerpały. Kapelę opuścił wtedy Derek Peace, a samo Savage Grace borykało się z problemem określenia jasnego kierunku, w którym muzycznie miało podążać. Kapela zawiesiła wówczas działalność, a sam Chris przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie starał się wskrzesić Savage Grace przy współpracy z innymi muzykami. Degeneracja grupy oraz ciągłe zmiany stylu muzycznego nie zaowocowały niczym konkretnym. Jedynym namacalnym dowodem tego, jak wtedy wyglądały muzyczne eksperymenty Savage Grace, jest zarejestrowany w 1991 roku, AORowy utwór „Mainline Lover”, który znalazł się dwa lata później na kompilacji „American Metal – Heavy ‘n’ Dirty”. Koniec Savage Grace jest datowany przez samego Chrisa na rok 1992, w którym dał sobie spokój z nowojorską odsłoną zespołu i wrócił z powrotem do Los Angeles. Savage Grace jawiło się jako kolejna stracona nazwa w heavy metalowym świecie, która pozostawiła po sobie świetne albumy z tak samo charakterystycznym brzmieniem jak i charakterystycznymi okładkami. Wszystkie wydawnictwa Savage Grace z lat osiemdziesiątych nie miały malowanych lub rysowanych okładek, lecz ich przody zdobiły zdjęcia. Ten motyw był o tyle świetny, gdyż wszystkie z nich były bardzo dobrze przedstawione i zaaranżowane. Z dzisiejszego punktu widzenia te fotografie mogłyby wydawać się dość niefortunne, gdyż na ogół przedstawiały poniżanie kobiet oraz obrazowały je jako obiekty seksualne. To były jednak lata osiemdziesiąte, w których termin „poprawność polityczna” jeszcze nie bruździł tak bardzo w życiu codziennym i artystycznym jak dziś.

    W 2009 roku zespół został wskrzeszony z martwych. U boku Chrisa Logue, który ograniczył się tylko do roli wokalisty, pojawili się muzycy z Roxxcalibur uzupełniając skład kapeli. W 2010 roku został wydany ponownie zremasterowany cały dotychczasowy katalog zespołu, a także światło dzienne ujrzały nagrania demo z 1983 roku, które wydano na nowo na winylu pod nazwą „The Lost Grace”. Czteroutworowe wydawnictwo zawierało także nagrany numer „Die By The Blade” – jedyną kompozycje Savage Grace autorstwa Kenny’ego Powella, który nagrał ten utwór później ze swoim nowym zespołem Omen na płycie „Battle Cry”. Savage Grace uderzyło w trasę po Europie, grając na takich festiwalach jak Bang Your Head, Up The Hammers i Keep It True oraz pojawiając się na DVD z tego ostatniego. W tym czasie miały się także rozpocząć prace nad nowym albumem Savage Grace. Muzycy Roxxcalibur chcieli jednak zająć się wtedy nagrywaniem własnego albumu i przełożyć pracę nad materiałem Savage Grace, na co przystał Chris Logue. Niestety, po kilku tygodniach zniecierpliwiony lider Savage Grace postanowił poszukać innych muzyków, z którymi miał dokończyć swoje dzieło. On i muzycy Roxxcalibur rozmówili się jeszcze w październiku 2010 roku. Od tamtej pory los nowego nagrania Savage Grace, a także samej kapeli, jest niejasny. Podobno kilka tygodni po rozmówieniu się z Chrisem, muzycy Roxxcalibur dostali telefony z zapytaniem o aktualne miejsce pobytu Christiana Logue, który był wtedy poszukiwany przez prawo w związku ze złamaniem postanowień kontraktów muzycznych, podpisując dwie różne umowy na wyłączność. 


    Historia dziedzictwa Savage Grace jednak niekoniecznie kończy się w tym miejscu. Muzycy Roxxcalibur, którzy od kilku lat żyli postanowieniem nagrania nowego albumu Savage Grace i wiedząc, że jego los jest przesądzony, wzięli sprawy w swoje ręce, zakładając projekt Masters of Disguise. Efektem ich prac jest EP „Knutson’s Return” oraz studyjny album „Back With a Vengeance”. Projekt Masters of Disguise nie tylko samą muzyką i brzmieniem pokazuje, że jest w prostej linii dziedzicem spuścizny Savage Grace. Nazwa kapeli, jej logo, okładki, a także wykorzystanie motywu szalonego oficera Knutsona, widocznego na okładce pierwotnego „Master of Disguise” z 1985 roku – elementu, którego potencjału ówczesne Savage Grace jakoś nie wykorzystało – jasno pokazuje, że z Chrisem Logue czy bez niego, muzyka Savage Grace żyje nadal.

Savage Grace – The Dominatress




Savage Grace – The Dominatress
1983/2008, Molten Metal Productions
Rok 1983 obfitował w wydania EP nagrane przez amerykańskie metalowe kapele. Swoje Extended Playe wydały Pretty Maids, Queensryche, D.R.I., Vixen, Armored Saint, Hellion. Wtedy też zaświeciły pierwsze tego typu wydawnictwa takich znanych power metalowych marek jak Jag Panzer i Warlord. W tym roku ukazało się także pierwsze poważne wydawnictwo innej kapeli pełnej power metalowego potencjału, mianowicie: Savage Grace. 
Z okładki straszy typowa labadziara z lat osiemdziesiątych, ubrana dość skąpo w gorset i kabaretki, wpisując się idealnie w ten specyficzny i równie spektakularny kicz z tego okresu. Pięć utworów, które znalazły się na tym wydawnictwie, stanowi zalążek rozpoznawalnego stylu tej kapeli oraz kunsztownie ukute metalowe kompozycje. Brzmienie całości było dość surowe, jednak jednocześnie także dobrze wyważone i czytelne. 
 Niestety, teraz dość trudno jest dostać oryginalny pressing tego winyla sprzed ponad trzydziestu lat. Na szczęście „The Dominatress” została wydana ponownie w 2008 roku oraz w 2010 razem z pierwszym studyjnym albumem Savage Grace „Master of Disguise”. W obu przypadkach jej brzmienie zostało bardzo sprawnie zremasterowane, bas i perkusja są głośniejsze, a w całość tchnięto nieco więcej mocy, przy jednoczesnym zachowaniu klasycznego kształtu dźwięku. Dzięki tej nieznacznej kosmetyce pięć utworów, składających się na tę płytę, żyje i przeszywa na wskroś swym pięknem. 
W album wprowadza perkusyjny taniec po tomach i kotłach na początku „Fight For Your Life”. Niezwykle energetyczna kompozycja została okraszona przebojowymi wokalami Johna Birka. Jego niezwykłej mocy śpiew doskonale pasuje do speed metalowych riffów, niejednokrotnie przeszywając uszy słuchacza swoimi wysokimi zaśpiewami. W sukurs idzie mu gitara, której barwne i techniczne solówki, sprawiają, że ten utwór to prawdziwy hymn metalu. 
Najdłuższy, trwający ponad pięć i pół minuty, utwór – „Curse the Night” – przypomina swymi riffami oraz aranżacjami instrumentalnymi dzieła Judas Priest. Urozmaicenie wprowadza niejednoznaczna, potykająca się perkusja w prechorusie oraz niesamowite, wysokie wokalizy Johna Birka. Mimo swych wysokich zaśpiewów, John uniknął piania, jak ma to w manierze bardzo wielu wokalistów, obdarzonych wysokim głosem.  Jego głos jest przyjemny, miły dla ucha i świetnie się komponuję z muzyką.
Eksplodujący utwór tytułowy stanowi kulminacyjny punkt wydawnictwa. Zdecydowane, mocne gitary i towarzyszący im bezkompromisowy wokal, wręcz wypluwający z siebie kolejne lubieżne wersy historii obcowania z tytułową dominą, to prawdziwa oldschoolowa metalowa uczta. Całości towarzyszy cudowna gra solowa. Savage Grace nie bawi się w ckliwe miłosne opowiastki, lecz dodaje wszystkiemu dużo pikanterii i swoistego sadystycznego bólu. 
Następny w kolejności „Live To Burn” nosi w sobie wyraźne znajome brytyjskiej szkoły gry metalowych riffów. Pobrzmiewają tu echa Saxon, Judas Priest a także wczesnego Tank. Ostatnim utworem, zamykającym całość, jest „Too Young To Die”. Epicki początek, szczodrze ociekający dostojeństwem i majestatem narzuca wyraźny rytm kompozycji. Monumentalne zwolnienie dodaje smaczku i stanowi idealne preludium do melodyjnej solówki i towarzyszącej jej melodii wyśpiewywanej przez wokalistę. Czyste piękno metalu skroplone na skórzanym bacie barbarzyńskiego poganiacza. 
Na „The Dominatress” całość zespołu stanęła na wysokości zadania. Ciekawe patenty gitarowe i basowe, niebanalna i nienużąca perkusja oraz przeszywający, dobrze dobrany do całości wokal, stanowią o sile tego nagrania. Pięć bardzo dobrych, zróżnicowanych, lecz jednocześnie utrzymanych w spójnym stylu utworów. Takie nagrania właśnie stawiały wysokie poprzeczki innym kapelom, podnosząc estetykę i poziom metalowej muzyki.
Ocena: 5,5/6

Savage Grace – Master of Disguise




Savage Grace – Master of Disguise
1985/2010 Limb Music
Debiutancki album studyjny Savage Grace to dzieło nieprzeciętnej urody. Jest niczym doskonale skrojony garnitur, praktycznie bez skazy. Nie ma co ukrywać, ten album jest jednym z najlepszych i najważniejszych dzieł amerykańskiego Power Metalu. Bezkompromisowa rzeźnia – nawałnica szybkich i mocnych riffów idąca w parze ze świdrującymi wokalami i doskonale dopracowanymi melodiami oraz solówkami. 
Już od samego początku jesteśmy rozrywani na strzępy niezłomnym i wysokooktanowym intro „Lions Roar”. Dudniąca perkusja, która uruchamia tutaj całą siłę stopy, werbla i talerzy, ściga się swym okrucieństwem z mocnymi i podniosłymi gitarami. W rzeczy samej – Savage Grace na tym albumie to ryczące lwy ognia. Po wkręcającym się w krwioobieg intro atakują nas prawdziwe metalowe hity i hymny. „Bound To Be Free”, psychotyczny i majestatyczny „Fear My Way”, melodyjny i jednocześnie surowy „Into The Fire” oraz przekozacki „No One Left To Blame” to utwory, które na dłużej pozostaną w naszych głośnikach, umysłach i duszach. 
Savage Grace nie gra na jedno kopyto i urozmaica tempa i klimat swoich utworów. Na wyróżnienie zasługuje praktycznie każdy jeden utwór z tego albumu. Z początku niepokojący „Betrayer”, przechodzi w coraz bardziej poukładaną kompozycję, metodycznie toczącą się z prędkością nieuchronnej zagłady. Świetnie dopracowany refren i solówka należą do jednych z najbardziej rozpoznawalnych punktów na płycie. 
Zespół wspiął się na wyżyny swoich umiejętności w „Sons of Iniquity” tworząc niezwykle barwną i oryginalną kompozycję, w której prym wiedzie wyjątkowo trudny, lecz jednocześnie płynny riff. Galopująca perkusja, gęsto przeplatająca tomy ze stopą i progresywnym werblem dodaje dalszej pikanterii całości. Nie ukrywam, że jest to jeden z najlepszych numerów stworzonych przez Savage Grace. Warto jednak podkreślić, że całokształt „Master of Disguise” jest wybitną materią, ukutą z najczystszego metalu. Deszcz riffów i świszczących solówek jest nieomylny. W tym wszystkim bryluje charyzmatyczny i wyraźny wokal Mike’a Smitha, który zastąpił na tym wydawnictwie Johna Birka za mikrofonem. Nie ustępuje swojemu poprzednikowi nawet na milimetr, a można wręcz rzec, że z nim Savage Grace naprawdę rozkwitło. 
Brzmienie „Master of Disguise” jest niezwykłe i w dodatku bardzo charakterystyczne. Savage Grace zdołało wypracować własne brzmienie gitar, lekko rozmyte, miękkie na rogach, lecz przy tym niezwykle ostre i piorunujące megawatami mocy. Całość brzmienia ma jednak swoje mankamenty. Perkusja i bas są bardzo schowane za gitarami i wokalami. Zostało to na szczęście zniwelowane na remasterach. Ostatni, który został wydany w 2010 roku przez Limb Music zawiera na płycie także zremasterowaną wersję EP „The Dominatress” oraz cztery bonusowe nagrania z demówek, wśród których pierwsze skrzypce gra druzgoczący, zwłaszcza jak na rok 1982, „Scepters of Deceit”. 
Nic dodać nic ująć. Zarejestrowany w 1984 roku „Master of Disguise” to pomnik metalu sam w sobie, żywa legenda i kult. Szalony policjant, który szczerzy pod swym wąsem swe zęby oraz przykuta do jego motoru roznegliżowana cycata dziewoja to przykład świadectwa stylu lat osiemdziesiątych. Ta muza to kat na miałkie memeje i zwiastun pożogi wycelowanej w marne stulejarstwo, które płacze po kątach, wyżyma tłuszcz z włosów i kwili, że o gustach się nie dyskutuje.

Ocena: 6/6

Savage Grace - Time For Hard 'N' Heavy




Savage Grace - Time For Hard 'N' Heavy
1986, Steel Blade Inc.
Ten album live, choć jest nieoficjalnym wydawnictwem Savage Grace, stanowi bardzo ciekawe uzupełnienie dyskografii zespołu. Bootleg został zarejestrowany w Niemczech, podczas koncertu Savage Grace na Metal Hammer Festival w niemieckim Loreley. Album wydano w 1986 roku poprzez najprawdopodobniej fikcyjną firmę Steel Blade Records, która oprócz tego wydała bootlegi koncertów innych zespołów grających na tym festiwalu – Metalliki, Nazareth, Running Wild, Wishbone Ash, Heavy Pettin i Warlock.

Jakość nagrania jest bardzo surowa. Dobrze jest słychać głównie wokal oraz perkusję, jednak gitary z basem nie uciekają zbytnio w dal, choć wyraźnie zostają w tle nagrania. Ten koncert jest o tyle ciekawy, że śpiewał na nim gitarzysta Chris Logue, jednocześnie grając niezwykle trudne i absorbujące uwagę riffy. Słychać co prawda, że nie był w stu procentach przygotowany do połączenia obu tych ról. Nie trafiał swym głosem w dźwięki, zdzierał gardło i opuszczał w niektórych utworach części tekstu. Mimo wszystko, materiał można zaliczyć do słuchalnych, choć muzyka Savage Grace dużo traci bez odpowiednich melodii wokalnych. Łatwo wywnioskować, że najlepiej zespołowi wychodziły te partie, w których nie było śpiewu. 
Oprócz kawałków ze swoich dotychczasowych wydawnictw – „Sins of the Damned”, „Into The Fire”, „Fight For Your Life”, „Lions Roar”, „Bound To Be Free” oraz „Sons of Iniquity”, Savage Grace zagrało także dwa nowe kawałki, które pojawią się na ich drugim albumie studyjnym – „Destination Unknown” oraz „Flesh And Blood”, który został wówczas zapowiedziany jako „World As One”. Gdyby nie tragiczne, jak na standardy Savage Grace, wokale – ten koncert byłby prawdziwym popisem kunsztu i techniki. Na szczęście gra instrumentów muzycznych jest bez zarzutu i w tej materii nie ma się tu do czego przyczepić. Szkoda tylko, że je ledwo słychać.
Ocena: 3/6

Savage Grace – After The Fall From Grace




Savage Grace – After The Fall From Grace1986/1996, Black Dragon Records
Wydany w 1986 roku drugi album studyjny Savage Grace przyniósł znaczące zmiany w zespole. Z poprzedniego składu został tylko basista Brian East oraz lider formacji, gitarzysta Chris Logue, który na swoje barki także przyjął obowiązki wokalisty. Na szczęście jego forma na albumie studyjnym wypada o niebo lepiej od tej zaprezentowanej na „Time For Hard 'N' Heavy”. Jego wokale co prawda nie wypadają tak dobrze w porównaniu z głosem Mike’e Smitha czy Johna Birka, jednak Chris daje radę. Śpiewa czysto i wysoko. Brakuje mu jednak tego drapieżnego pazura, którego mieli poprzedni wokaliści. Jego zaśpiewy są trochę zbyt ugrzecznione jak na agresywny atak Savage Grace. Niemniej, nie stanowi to żadnej poważnej wady czy też rysy na całokształcie „After The Fall From Grace”. 
Na tej płycie znajdziemy świetne utwory i motywy, dzięki którym jakościowa płyta nie odstępuje za bardzo pola „Master of Disguise”. „We Came, We Saw, We Conquer”, do którego wprowadza nas intro „Call To Arms”, jest świetnym old-schoolowym hymnem. Savage Grace dalej syci nas zróżnicowanymi kompozycjami. „Age of Innocence” z wyjącymi gitarami, szybki „Destination Unknown”, ciężki „Trial By Fire”, gwałtownie atakujący nas po klimatycznym i melancholijnym wstępie, czy też w końcu sam „After The Fall From Grace”, który wściekle się kojarzy z Running Wild. 
Na uwagę zasługują także teksty, umiejętnie dopasowane do muzyki. Savage Grace dotyka bardzo wielu różnorakich tematów, a ich liryki nigdy nie są bezpośrednie i często zawierają drugie czy też trzecie dno. 
Okładka także wpisuje się w styl Savage Grace. Na przedstawionym na nim zdjęciu znajduje się sponiewierana kobieta w celi, do której zmierza uzbrojony w topór zakapturzony kat. Ciekawostką jest fakt, że katem z okładki „After The Fall From Grace” jest dobrze wszystkim znany Gene Hoglan (chyba nie muszę tutaj nawet tłumaczyć, kto to jest). 
Albumowi trudno jest zarzucić jakieś wyraźne braki. Nie ma już co prawda tego niepowtarzalnego klimatu, jakim dysponował debiutancki krążek, jednak nadal jest to oldschoolowy amerykański metal i to pełną gębą.
Ocena: 4,7/6

Savage Grace – Ride Into The Night




Savage Grace – Ride Into The Night1987, Semaphore
Na okładce zdjęcie zespołu i klęczących dwóch półnagich labadziar z obnażonymi piersiami, a w środku trzy nowe utwory oraz cover Deep Purple. Kompozycje, choć nadal niosą ze sobą wyraźne cechy stylu (a także brzmienia) Savage Grace, uległy lekkiemu rozwojowi. Ewolucja jest zauważalna w aranżacji kompozycji, jednak czuć, że narodziła się ona naturalnie i została zastosowana umiejętnie, nie gryząc się w odbiorze płyty. 
Pierwotnie wydany na winylu materiał, teraz na szczęście znalazł swoje miejsce na zremasterowanym wznowieniu „After The Fall From Grace” z 2010 roku. „Ride Into The Night” (najbardziej w stylu starszych dokonań Savage Grace”), „We March On” oraz „The Healing Hand” są utworami, z którymi naprawdę warto się zapoznać. Całość zamyka cover „Burn”, który stanowi dość ciekawy dodatek do repertuary kapeli. 
EPka ta nie była wybitnym wydawnictwem czy też tak pionierskim kamieniem milowym jak wczesne dokonania Savage Grace, jednak nadal stanowi zapis utalentowanej formy tego zespołu.
Ocena: 4,5/6

Savage Grace – The Lost Grace




Savage Grace – The Lost Grace
2010, Nuclear War Now!

Po rozpadzie zespołu na początku lat dziewięćdziesiątych, nic nie wskazywało na to, że usłyszymy jeszcze coś nowego spod znaku Savage Grace. Okazało się to w sumie prawdą, choć też nie do końca. Zespół zreaktywował się w 2009 roku, o ile tak można nazwać Chrisa Logue dokoptowującego sobie muzyków z Roxxcalibur, i miał nagrać kolejny album studyjny. Z samego przedsięwzięcia nic nie wyszło, choć sam Roxxcalibur jako Masters of Disguise nagrał nowy materiał, stylizowany bardzo umiejętnie na klimat Savage Grace. W 2010 roku ukazała się jednak siedmiocalówka „The Lost Grace” zawierające nieopublikowane dotąd nagrania demo z 1983 roku. Znalazły się na niej wczesne wersje „Into The Fire”, „No One Left To Blame”, „Betrayer” oraz „Die By The Blade” – kompozycja Kenny’ego Powella, którą tenże potem zabrał ze sobą do swej kapeli Omen. Ciekawe jest to, że w wersji Savage Grace z Johnem Birkiem na wokalu ten utwór wypada naprawdę przezacnie. Pozostałe utwory stanowią ciekawe urozmaicenie katalogu zespołu, skierowane głównie dla fanów. Niewiele nowego tu uświadczymy, jednak miło jest posłuchać trochę inne wersje klasycznych utworów Savage Grace, zwłaszcza, że jakość – jak na surowe nagrania demo – jest bardzo dobra. W sumie to jest lepsza od co poniektórych wygładzonych syntetycznych produkcji z ostatnich lat. I tak, patrzę tutaj na Warrant i Sanctuary. 

Jedyne czego brakuje temu wydawnictwu, to charakterystycznej „fotograficznej” okładki w stylu poprzednich albumów. Niestety, mamy nowe millenium i raczej zdjęcia skrępowanych gołodupnych loszek nie są już mile widziane z powodu politycznej poprawności i postępującego feminazizmu. No cóż, ale tak jest przecież lepiej, no nie?

Ocena: 4,5/6