czwartek, 28 maja 2026

Sacred Reich – The American Way

 



Sacred Reich – The American Way
1990, Roadracer Records

Rok 1990 był całkiem udany dla thrash metalu. Zarówno giganci thrashu tacy jak Megadeth czy Slayer dostarczyli porządne albumiksy w postaci Rust in Peace i Seasons in the Abyss, jak i te trochę bardziej schowane wówczas nazwy pokazały swoje kły i pazury. By Inheritance Artillery, Better off Dead Sodom, Shotgun Justice Razor, Tortured Existence Demolition Hammer oraz samo podziemie thrashowe jak Obliveon i Detritus pokazało się od jak najlepszej strony. A to tylko naprawdę takie pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy. Na ich tle The American Way wypada niestety przeciętnie.

Nie jest to zły album, ale naprawdę niewiele też można o nim powiedzieć dobrego. Owszem, produkcja dźwięku została bardzo dobrze wyważona – jest czysto, przestrzennie i bardzo ładnie wyeksponowano sekcję rytmiczną, przez co naprawdę czuć rytm kawałków jakie Sacred Reich skomponowało na tego długograja. Z drugiej strony, same utwory w porównaniu z debiutanckim Ignorance z 1987 roku i z kultową EP Surfing Nicaragua wypadają blado i jakoś tak ospale. Brakuje tutaj dynamizmu i energii. Po części to pewnie przez mariaże z groove’em, które wtedy zaczęły być modne – wystarczy spojrzeć na Exhordera czy Panterę, ale gdyby to był jedyny powód, to w zamian mielibyśmy chociaż jakieś dociążenie i żeliwne ciosy piąchujące średnimi tempami w nasze potylice. Tymczasem mamy tu tylko jakieś takie przeciętne łupanie – naturalnie z pewnymi wyjątkami, bo na przykład taki „Crimes Against Humanity” siada całkiem nieźle. Niemniej wiele tutaj nudnej powtarzalności. Za mało iskry, która by przełamywała powtarzanie riffów w kółko.

Dodatkowo wokale, te takie czyste zaśpiewy w refrenach, naprawdę nie pasują, a przynajmniej nie do znanego dotychczas klimatu Sacred Reich. Już przeboleję zmiany w solówkach, bo tutaj akurat uporządkowanie ich i postawienie większego nacisku na melodie w sumie wyszło na plus. Choć brakuje tych frenetycznych wycieczek po progach, jak na „jedynce”, akurat nowa forma leadów brzmi mimo wszystko interesująco.

Na podsumowanie powtórzę się – nie jest to zły album, ale nie jest też zbyt dobry. Jest trochę lepszy od średniaka. Jednakże to i tak nic w porównaniu z następnymi albumami, które Sacred Reich wypluło w różnych późniejszych okresach swojego istnienia. Tam to nawet nie ma co zaglądać.

W ogóle tak na marginesie, zawsze miałem wrażenie, że ci goście nie mieli na siebie zbytnio pomysłu i byli bardzo podatni na różnego rodzaju wpływy – Ignorance stawia na bezkompromisowy thrash, ale bez jakiegoś takiego znaku rozpoznawczego (ot, klimat podjumany od wszystkich dookoła po trochu), Surf Nicaragua ma wyraźne wpływy crossoverowe spod egidy M.O.D., a potem ta moda na groove… ciężko jest nie patrzeć na te ciągłe skoki stylu Sacred Reich inaczej niż na ówczesne podążanie za trendami.

Ocena: 3,5/6

poniedziałek, 4 maja 2026

Sodom – M-16

 


Sodom – M-16
2001, Steamhammer

Żyjemy i przybywamy z klasyką sprzed ćwierć wieku. Płytą pomnikiem. Wjeżdżamy w błoto, dym i zapach napalmu. Mamy rok 2001 i świat nie jest przyjaznym miejscem dla thrash metalu. Ale jeśli myśleliście, że Sodom po eksperymentach z lat 90 i lekkim błądzeniu w punkowych oparach zapomniał, jak kręci się rzeźnię, to "M-16" było tym momentem, w którym Tom Angelripper wybił wam te głupoty z głowy kolbą karabinu.

Co jest w tej płycie fajne? Wszystko. To jest album totalny, gdzie motyw przewodni - wojna (nie tylko w Wietnamie) - nie jest tylko tanim chwytem marketingowym, ale fundamentem, na którym postawiono solidny łomot, który nie śmierdzi kiczem. Ta płyta na długie lata będzie orać prawie każdy debiut nowothrashowych składów. Sekretem jest jej monolityczność – każdy utwór tutaj mógłby grać pierwsze skrzypce i być tym „highlightem” promującym płytę. Riffy i brutalne melodyki w „Among the Weirdcong”, Minoskoczku („Minejumper”), „Little Boy”, „Lead Injection”,ikonicznym „Napalm in the Morning”, rzeźnickim „Cannon Fodder” czy tytułowym „M-16” to jest podręcznikowy przykład tego, jak destylować thrashową agresję.

M-16 trzyma za gardło i nie puszcza. W przeciwieństwie do wielu premier z tamtego okresu, ten album nie zestarzał się ani o dzień. Produkcja dźwięku jest potężna, przestrzenna, organiczna i pozbawiona tej plastikowej sterylności, którą tak bardzo kochają dzisiejsze nowomodne stulejarze, brandzlujący się nad każdym cyfrowym wyrównywaniem ścieżynek w Pro Toolsach. Tutaj czuć brud, dym i autentyzm.

Tak na podsumowanie, wiadomka, że Sodom jest głównie uwielbiany za Persecution Mania i Agent Orange: chaos, opętanie i kwintesencja thrashu. M-16 jako płyta nagrana później brzmi przy nich raczej jako precyzyjna egzekucja, ale nie gubi swych korzeni. Iskra geniuszu i kompozycyjna spójność, którą tutaj osiągnięto na długo przykryje późniejsze albumy Sodom.

Ocena: 5,8/6