Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darkness. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darkness. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2016

Darkness - XXIX





Darkness - XXIX
2015, Scare Records

Darkness powróciło do życia w 2015 roku wraz z comebackową epką zatytułowaną „XXIX”. Jest to pierwsze nowe wydawnictwo od niesławnego „Conclusion & Revival” z 1989 roku. Naturalnie sam zespół funkcjonował już od kilku lat pod szyldem Eure Erben, jednak dopiero w 2013 wznowił swoją działalność pod nazwą starej kapeli. Na nowej EP dostajemy w sumie cztery kawałki, dwa zupełnie świeże oraz dwa stare klasyki nagrane kompletnie na nowo – „Death Squad” oraz orżnięty z dwóch minut „Burial at Sea”.

Muszę przyznać, że te dwie starsze kompozycje wyszły naprawdę zacnie po tych prawie trzech dekadach. Nowy wokalista (który, miejmy nadzieję, nie skończy jak wszyscy dotychczasowi wokaliści Darkness) naprawdę daje radę i wkłada dodatkowe pokłady furii w te numery. Może nie deklasują one swych pierwowzorów sprzed lat, jednak jak tak Darkness będzie grało na koncertach, to naprawdę robi się srogo. Warto nadmienić, że nagrane na nowo kawałki nie prezentują się tak tragicznie jak to, co odwalił taki Exodus czy Warrant, więc nie zostaniemy tutaj potraktowani terapią szokową pod tytułem „co oni zrobili z tymi utworami?!”.

Pozostałe dwa utwory z „XXIX” to nowe kompozycje. Tu też trzeba przyznać, że prezentują się godnie i duch teutońskiego thrash metalu jest w nich silny. Zarówno „L.A.W.” jak nieco żwirowy „Hate Is My Engine” stanowią zadowalającą kontynuację dorobku Darkness. Na pewno lepiej się prezentują od tego, co możemy usłyszeć na „Conclusion & Revival”. Nie jest to może poziom ostrych demówek i rozjuszonego debiutu, ale daje radę, zwłaszcza jak na rok 2015. Nie przesadzono tutaj także z cyfryzacją brzmienia.

Przesadzono na pewno z okładką, ale to miała być niskobudżetowa produkcja, zorientowana głównie na cyfrową sprzedaż, więc nie ma co tutaj psów wieszać. Ciekawi mnie za to czy dostaniemy nową płytę studyjną Darkness i czy będzie ona prezentowała się na tyle dobrze co „XXIX”, które choć nie jest perfekcyjne, to jednak stanowi bardzo przekonującą zachętę do oczekiwania tejże.


Ocena: 4,5/6

Darkness – Thrash Till Death!





Darkness – Thrash Till Death!
2015, High Roller Records

Jest coś magicznego we wczesnych demówkach thrash metalowych kapel z Niemiec. Bije z nich nieujarzmiona siła, młodzieńcza pasja i prawdziwy ogień terroru i destrukcji. Słychać to na kaseciakach Minotaura, Sodom, Poison, Tormentora i także Darkness. W przypadku Darkness to właśnie ich demówki i debiutancki album stanowią największą erupcję thrash metalowej gehenny w ich dorobku. Tym lepiej, że na wydawnictwie, o stereotypowej do bólu nazwie „Thrash Till Death!” znalazły się kompletne utwory z czterech kultowych kaseciaków metalowców z Essen – „The Evil Curse” (1985), „Titanic War” (1986), „Spawn of the Dark One” (1986) i promo tape z 1987 roku.

Wszystkie nagrania zostały poddane niezbędnym zabiegom masteringowym, jednak niezwykle subtelnym i delikatnym, przez co klimat starych nagrań nie został tutaj zakłócony. Zadziwiające jest to zresztą jak dobrą jakość dźwięku prezentują niektóre z tych nagrań, zwłaszcza te z 1987 roku. Wersja „Death Squad” z tej demówki prezentuje się brzmieniowo nawet lepiej od tej z debiutu. 

Dzięki skompilowaniu czterech kompletnych demówek, dostajemy pełny przekrój przez wczesną historię tego thrashowego czarnego konia zagłębia Ruhry. Darkness może nie jest tak znane jak Kreator czy Sodom, jednak nadal przywaliło konkretnym i genialnym thrash metalem, godnym tych co bardziej rozpoznawalnych klasyków. Na „Thrash Till Death!” Znalazło się w sumie dwadzieścia kawałków. Z czego taki „Armageddon” możemy podziwiać w trzech różnych wersjach z różnymi solówkami, obserwując jak się zmieniała z czasem koncepcja tej kompozycji, a „Death Squad” i „Legacy of Blood” dwa razy. Nie wiem jak to się w ogóle stało, że „Armageddon” nie znalazł się na debiutanckim krążku, bo ten wałek po prostu zabija. Niby doczekał się swojego „długogrającego” debiutu na „Conclusion & Revival”, ale biorąc pod uwagę formę tego krążka, to chyba można z czystym sumieniem powiedzieć, że to się nie liczy. A to nie są jedyne kilery jakie tutaj dostaniemy! Wspomniane „Legacy of Blood” miażdży miękkie stuleje, ale „Victims” i wczesna wersja „Iron Force” przejawiają nagromadzenie zajebistości rozmiarów godnych.

Zwykle takie kompilacje demówek i wczesnych nagrań są przeznaczone dla konkretnej grupy obiorców – zagorzałych fanów danej kapeli. Głównie dlatego, bo jakością, czy to samych kompozycji, czy brzmienia – pozostawiają wiele do życzenia. Tutaj, co prawda te najwcześniejsze nagrania nie mają może jakieś super ekstra jakości brzmienia, jednak trzymają dobry poziom. Za to zawartość muzyczna sprawia, że to wydawnictwo nie jest jakąś tam lekcją historii czy czczą muzyczną archeologią, lecz prawdziwą petardą dla każdego maniaka thrashu.

Ocena: 5/6

Eure Erben – Terror 2.0





Eure Erben – Terror 2.0
2010

Jeżeli kojarzycie Darkness, możliwe że kojarzycie także Eure Erben – zespół który stanowi bezpośrednią kontynuację tego klasyka teutońskiego thrashu. W 2010 roku ukazał się krążek zatytuowany „Terror 2.0”, na którym grali Andreas Lakaw i Arnd Klink znani z trzech dotychczasowych LP Darkness oraz Oliver Emanowski, który grał w Darkness przez krótki okres w 1989 roku. 

Jeżeli macie w pamięci „Death Squad” i „Defenders of Justice” – klasyczne łomoty spod znaku Darkness, to „Terror 2.0” będzie stanowił dla was lekkie rozczarowanie. Na albumie znajdziemy co prawda w miarę porządny thrash metal, jednak bez jakiegoś takiego definiującego go charakterystycznego rysu. Ot, w miarę poprawne granie oparte na prostych rozwiązaniach i bez zbędnych udziwnień. Po prawdzie pełno jest płyt, które także opierają swoją muzyczną zawartość na prostych patentach, a mimo to są o niebo lepsze od „debiutu” Eure Erben.

Pewnym swoistym elementem komicznym tego wydawnictwa jest fakt, że jest ono dwupłytowe, jednak na obu krążkach znajduje się dokładnie ta sama warstwa muzyczna. Jedyną różnicę stanowią wokale. Na właściwym krążku są po niemiecku, a na bonusowym po angielsku. Jest to dość ciekawe rozwiązanie i muszę przyznać, że bardzo udane, gdyż mnie osobiście po kilku chwilach trafił szlag słuchając tego germańskiego szwargolenia. Ten język jest straszny, zwyczajnie i po prostu. Żeby było śmieszniej, niemieckie wokale lepiej pasują do muzyki jaka została zaserwowana na „Terror 2.0”. To trochę tak jak z naszym „Ostatnim Wojownikiem” – angielskie wersje utworów Turbo z tego klasyka są absolutnie tragiczne i wyjątkowo sztuczne. Tutaj nie ma aż takiego rozdźwięku między jedną wersją a drugą, ale jednak niemieckie teksty mają w sobie więcej życia i energii. Co jest straszne.

Skoro mowa o wokalach, warto zaznaczyć, że za mikrofonem stanął tutaj Arnd Klink, który wcześniej w Darkness ograniczył się do wymiatania na swym sześciostrunowym wiosełku. Tutaj jednak podjął się połączenia tej absorbującej czynności razem ze zdzieraniem gardła. Wyszło mu to nawet całkiem zgrabnie i przekonująco – przynajmniej w tych „niemieckich” kawałkach. W parze z jego wokalami idą konkretne solóweczki, które wprowadzają nieco jaskrawości do tych kompozycji i odwracają uwagę od prostych riffów i obrzydliwego germańskiego narzecza.

No, dobra. Ale gdzie jest miejsce na to lekkie rozczarowanie, o którym wspomniałem na początku? Niby mamy tutaj fajne wokale, dobre solówki i generalnie niby jest w porządku, nie? No tak, jednak to wszystko nie gada tak sprawnie, tak dobrze, tak magicznie jak na „Death Squad”. Nie ma tutaj takich szczególnych, charakterystycznych punktów, które przykują uwagę słuchacza. Nie nadrabia też forma basu, której daleko do tych kosmicznych akrobacji z „Conclusion & Revival”. Samo brzmienie też pozostawia wiele do życzenia. Nie jest to szczęśliwie nowomodna pseudotechnologiczna papka pokroju nowego Sanctuary, jednak brakuje temu wszystkiemu organicznego ognia lampowych wzmacniaczy i porządnej konsolety. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że jest to wydawnictwo w całości sfinansowane przez muzyków, bez angażowania żadnej wytwórni i koniec końców nie brzmi aż tak źle jakby się mogło z początku wydawać.


Ocena: 3,8/6