czwartek, 27 sierpnia 2015

After Oblivion - Stamina




After Oblivion - Stamina
2012, Metal on Metal Records
Oho, ktoś tutaj jest bardzo zafascynowany „Individual Thoughts Pattern”! Muzyka kapeli z Bośni jest bardzo silnie zakorzeniona w podstawach technicznego death/thrashu z lat 90tych. Na „Stamina” uświadczymy ciekawy kompozyt na modłę Atheist i Cynic, zderzony z Death, Death, Death i jeszcze raz Death! Nawet wokalista brzmi jak wokalny sobowtór Chucka! Może z lekką nutką DiSanto z Vektora. Mamy więc tutaj techniczne riffy, skrzekliwe głębokie zaśpiewy i ogólną „Deathowatość” aż do bólu. Z jednej strony jest to świetna sprawa, jednak z drugiej strony, ciągle ma się wrażenie, że to już wszystko gdzieś było.
Z początku moje nastawienie do tego albumu okrzepło. Kompozycje wydały mi się zbyt zbrylone ze sobą, by znaleźć charakterystyczne punkty orientacyjne na tym albumie. W dodatku wszystkie utwory, z wyłączeniem trzech, mają bardzo ciekawy zabieg w warstwie lirycznej. Mianowicie tekst utworu w pewnym momencie się zapętla, i tak zamiast trzeciej i czwartej zwrotki mamy powtórzenie pierwszej i drugiej. Ja rozumiem, że coś takiego może pojawić się raz na albumie, i być celowym działaniem, względnie dwa, gdy nie ma się lepszego pomysłu na liryki, a terminy gonią – ale aż sześć razy? Skoro już jesteśmy przy tekstach – ich twórca w nich strasznie angstuje, skupiając się na przeciwnościach losu i niegodziwościach rzeczywistości. Sytuacja ta pojawia się bardzo często w tekstach takich kapel. Mamy więc bardzo dużo rzeczowników kończących się na „ity” – humanity, reality, atrocity, insanity, vanity, lenity i tak dalej oraz występowanie słowa „denied” w częstotliwości nader częstej. Ponadto, osoba odpowiedzialna za pisanie tekstów przemyciła do nich także bośniackie frazeologizmy, które zostały kiepsko (czyt. dosłownie) przetłumaczone na język angielski. Nie jest to działanie profesjonalne, jednak, nie powiem, ma swój specyficzny urok. 
Mimo wszystkich moich pretensji i zastrzeżeń, faktem jest, że do tego albumu zwyczajnie trzeba się przekonać. „Stamina” trafiła do mnie dopiero za którymś razem. Mimo tych mankamentów, których tak się uczepiłem, ten album ma też swoje lepsze oblicze. W tym miejscu należy wspomnieć o umiejętnościach członków zespołu. Partie perkusyjne i gitarowe są fajnie napisane. Samym muzykom nie można odmówić, kolokwialnie rzecz ujmując – swoistego „skilla”, gdyż, żeby grać techniczny death to trzeba siłą rzeczy posiadać pewne umiejętności, by to wszystko razem dobrze brzmiało. To wydawnictwo, tak samo jak zespół, ma spory potencjał. Trzeba go tylko dostrzec. 

Ocena: 4/6

Thrash Bombz - Mission of Blood




Thrash Bombz - Mission of Blood
2014, Iron Shield Records

Namnożyło się tych nowofalowych thrashy. Większość z nich to plewy do zaorania lub niedojrzałe jeszcze owoce, które potrzebują jeszcze czasu, by pokazać swoją prawdziwą wartość. Na szczęście jest też dużo dobrych i bardzo dobrych kapel, które są dowodem na to, że thrash nie jest wyłącznie domeną muzyki z lat osiemdziesiątych. Sycylijskie kapele z tego nurtu, choć nigdy nie należały do wybitnych, prezentowały bardzo duży potencjał w tym zakresie. Podobnie jest z Thrash Bombz. Ich debiutancki krążek “Mission of Blood” jest albumem nad którym nikt raczej się nie będzie ekscytował, jednak mimo to znajduje się na nim kawał dobrej metalowej muzy. 
Sam początek, czyli instrumentalny “Mosh Tank”, jest zachęcającą kompozycją, jawiącą się jako porządny start albumu. Typowa dla Nowej Fali produkcja dźwięku, z wyraźnymi i mięsistymi gitarami i dudniąca perkusja, fajne thrashowe riffy - proste lecz skuteczne, a do tego wszystkiego miły dla ucha recital gitary solowej. Następujący po nim “City of Grave” to całkiem udany thrash metalowy cios z gangowymi chórkami, zdartymi wokalami i całkiem interesującymi patentami. Słychać, że jest to produkt Nowej Fali Thrashu, jednak mimo to możemy tu doświadczyć fajnie przygotowany metal z wykopem. We wspomnianym “City of Grace” bardzo przyjemnie została zaaranżowana konstrukcja utworu, dzięki czemu przetykają się w nim zróżnicowane, lecz przy tym pasujące do siebie motywy. 
Thrash Bombz potrafi przyspieszyć niemal do granic wytrzymałości. Szybki, dwuminutowy “A.H.B.” to przykład takiego, nieco crossoverowego, ścigacza. Zespół jednak nie zatraca się w samej szybkości i nie stawia jej jako wartości samej w sobie. Oprócz bezkompromisowego thrashu mamy także oniryczny instrumental “The Curse”, który został bardzo klimatycznie zaaranżowany i rzetelnie zmontowany. 
Muzyka, którą zaserwowało nam młode Thrash Bombz to nie jest bezrozumna sieka czy walenie kilku oklepanych motywów. Zespół stawia na wstawianie nieoczywistych (dla Nowej Fali Thrashu, naturalnie) patentów i ciekawych rozwiązań. Większość kawałków nie uderza od razu, tylko rozpędza się powoli i technicznie, by potem dopiero skoczyć do gardła prędkimi i szybkimi riffami. Podsumowując - młody, energetyczny, skoczny thrash, który nie nudzi i nie irytuje. 

Ocena: 4/6

Acid Reign - The Apple Core Archives




Acid Reign - The Apple Core Archives
2014, Candlelight Records
Niewiele jest takich kapel, które traktowały muzykę jako zabawę, a jednocześnie których twórczość jest przygotowana niezwykle kunsztownie i profesjonalnie. Muzycy Acid Reign mieli tak bardzo dużo dystansu do siebie, że aż momentami chyba tracili samych siebie z oczu. Przy tak dużej dawce pozornej głupkowatości i braku powagi wydawać by się mogło, że Acid Reign był zespołem-żartem. Choć można było odnieść wrażenie, że blisko im było do Anthraxu, i pod względem muzycznym i pod względem satyrycznym, to jednak ten zespół nigdy nie był brytyjską odpowiedzią na to, co prezentowała kapela Scotta Iana. W Acid Reign próżno szukać nonsensów w stylu hardcore’owych podrygów, nieporozumień w rodzaju “I’m The Man” i czapek-truckerek z pomazanymi daszkami. Mimo, że Acid Reign wyraźnie robiło sobie jaja z siebie, z thrashu, z muzyki, to jednak równocześnie paradoksalnie prezentowali bardzo dojrzałe podejście do pisania kompozycji i wszechstronności swego stylu. 
Muzyka Acid Reign to Thrash Metal momentami bardzo ostro balansujący na granicy crossoveru. Mimo wyraźnych odchyleń w stronę wspomnianego stylu, muzyka tej kapeli momentami była bardzo techniczna i urozmaicona pod względem złożoności kompozycji. Zwłaszcza późniejsze dokonania grupy, choć dalej nie tracą sarkastycznego i satyrycznego wydźwięku, to zdecydowanie zadziwiają swym kunsztem i artyzmem. W ich katalogu pojawiają się krótkie humorystyczne numery w stylu wyuzdanego “You Never Know (W.T.N.W.S.)” jednak obok nich stoją także takie kompozycje jak “The Fear” i “Freedom of Speech”. Nawet w utworach, które są pozornie thrash metalowymi łupankami pojawiają się także motywy o wiele bardziej odmienne, a nawet można by rzec niespodziewane, w postaci niebanalnych przejść, wyróżniających się motywów i melodyjnych leadów. 
“The Apple Core Archives” jest kompletnym katalogiem dokonań tego brytyjskiego zespołu. Na trzech krążkach znajdują się praktycznie wszystkie wcześniej wydane utwory Acid Reign, a także kilka, które wcześniej nie były publikowane. Niektóre z nich, tak jak demówka “Moshkinstein Demo” został ponownie zremiksowane. 
Oryginalne wydawnictwa Acid Reign miały tak kiczowate okładki, że aż raziły złym smakiem i brakiem polotu. Były wręcz apoteozą brzydoty. Bardzo możliwe, że odstraszały one potencjalnych nabywców, w tym także fanów gatunku, przed zapoznaniem się z zawartością merytoryczną nagrań. A okładki były bardzo mylące, bo w środku czekały bardzo udane thrashowe arie. W skład “The Apple Core Archives” wchodzą trzy płyty z piękną grafiką jabłuszek, na których znajdziemy “Moshkinstein” (EP oraz demo), “The Fear” oraz “Obnoxious”. Najbardziej barwną płytą w tym zestawie jest płyta numer jeden zawierająca całą EP “Moshkinstein” oraz całą furę bonusów. Lećmy jednak po kolei. Album otwiera jeden z najlepszych utworów w dorobku Acid Reign - “Goddess”. Brzmienie jest cudowne, gitary mają bardzo organiczny dźwięk, przypominający nieco miks Morbid Sainta na “Spectrum of Death” ze wczesnym Xentrix. Mimo to, wszystkie instrumenty, w tym także gitara basowa oraz centralki, są dobrze słyszalne. Szybki speed/thrash z równie szybką co melodyjną solówką - ot, taki brytyjski Laaz Rockit. 
Drugi w kolejności “Suspended Sentence” jest bardzo smaczną thrash metalową marszrutą poprzez mozolną galopadę wprost w objęcia istnych ekstremalnych połamańców. Jednym z wyraźnych punktów na tym albumie jest utwór instrumentalny, który jako swoiste przymrużenie oka, nosi tytuł “Freedom of Speech”. Pomysły na riffy zostały w nim bardzo umiejętnie zaaranżowane i zaplanowane. Rozmach kompozycyjny nie opuszcza Acid Reign aż do końca trwania utworów z “Moshkinstein”. Ponad siedmiominutowy “Motherly Love”, którego warstwa liryczna została zainspirowana genialnym filmem Psycho II, stanowi monumentalny thrashowy pomnik. Utrzymany w średnim tempie “Respect The Dead” w nieoczywisty sposób łączy ze sobą rachityczny thrash z punkowymi wpływami i nieco doomowym nalotem, który jest spotęgowany przez tą specyficzną produkcję dźwięku. 
Oprócz utworów z oryginalnego albumu, na “Moshkinstein” znalazły się numery z demówki “Moshkinstein Demo” z 1987 roku (w tym “Bullyboy/Lucifer’s Hammer”, który pięknie pokazuje kontrast między beztroskim crossoverem a ponurym monumentalnym thrashem), dwa utwory live z EP “Humanoia” oraz nagrania “Amnesiac”, “Magic Roundabout”, “The Argument” i “Sabbath Medley”, które zostały wydane w 1991 roku na składance “The Worst of Acid Reign”. Te dodatkowe utwory to prawdziwe smaczki. “Amnesiac” jest czterdziestosekundowym nagraniem z próby, na którym wokalista H rozpaczliwie stara się przerwać swoim kolegom granie nowego utworu słowami “Stop, stop - I don’t remember the words!”. Dużo śmiechu i typowo garażowego klimatu. “Magic Roundabout” jest thrashową wersją motywu przewodniego programu dla dzieci o tym samym tytule, który leciał swojego czasu na BBC One, a “The Argument” jest nagraniem pewnej dyskusji zespołu z sali prób. “Sabbath Medley” jest zlepkiem coverów Black Sabbath. Mamy tutaj “Symptom of the Universe”, “Into The Void”, “Electric Funeral”, “Black Sabbath” i “Paranoid”. 
Następną płytą z paczki jest “The Fear”, będący pierwszym długogrającym albumem brytyjskich thrasherów. Na tym albumie wpływy crossoverowe są już w pełni widoczne w twórczości Acid Reign. Sama forma utworów także uległa rozwojowi, idąc nieco w stronę amerykańskich klasyków agresywnego thrashu. Na “Reflection of Truth” - wybrzmiewa Slayer w stylu “Angel Of Death”, przeplatający się z patentami rodem z Nuclear Assault i Anthrax. “Insane Ecstasy” to motywy w stylu Vio-Lence, które spokojnie dają radę w sąsiedztwie tych, o które można by było posądzić Wehrmacht lub D.R.I. . W “Humanoia” możemy zaobserwować zderzenie Anthrax z brytyjskimi kolegami Acid Reign z Anihilated. Ponury “Life In Forms” pokazuje, że Acid Reign, choć na ogół ich domeną jest dowcip i szydera, to także potrafią pisać utwory o poważnych i smutnych przemyśleniach. Walcowate riffy w stylu Sacred Reich spotykają się tutaj z melodyjnymi i epickimi leadami, by potem zaatakować bezkompromisową thrashową sieką. Dość podobne kompozycje w tym samym czasie tworzył także Tankard na swoich płytach. Za to pojawiający się po nim “All I See” to szybka thrash metalowa inba jak u Nuclear Assault. Utwór tytułowy to kolejna wariacja na temat Slayera, tak jak to robił swojego czasu Hobbs’ Angel of Death czy Infernal Majesty, zabarwiona nieco na modłę Evildead i mniej technicznych utworów Dark Angel. Oprócz dziewięciu utworów, które pierwotnie pojawiły się na tym albumie, na krążek zostały wrzucone także utwory z “The Fear Demos” oraz wersja utworu “Humanoia” z EPki z 1989 roku o tym samym tytule. 
Trzecią płytę stanowi “Obnoxious”. Drugi album długogrający Brytyjczyków miał bardzo trafną nazwę. W końcu cała jego okładka była neonowo-różowa i wyglądała jak obwoluta jakiegoś albumu popo-disco. Była brzydka, nieprzyjemna i wręcz obraźliwa. Zawartość jednak, tak jak w przypadku poprzednich dokonań Acid Reign, była niewspółmiernie fantastyczna. Zespół ciągle się rozwijał, co słychać od samego początku albumu. Płytę otwiera “Creative Restraint”, który jest typowym owocem późnego thrash metalu z przełomu dekad. W tym utworze łączą się stare, staro szkolne motywy, z bardziej nowoczesnymi patentami. Basowe intro w “Joke Chain” prowadzi do gitarowego unisono, które przeradza się w trochę pogmatwany, synkopowany riff na modłę Voivod. Po tak eklektycznym początku następuje lawina łomotu gitarowego, która miesza pokręcone riffy z szybkimi thrashowymi tremolo. “Thoughtful Sleep” jest masywną kompozycją o bardzo głębokim wydźwięku. Utwór jest narastającą frustracją nastoletniego chłopca, który powoli “dojrzewa” do popełnienia samobójstwa. Nie znajduje oparcia w rodzicach i czuje się przez nich porzucony. Pod względem muzycznym, w tym utworze znajdziemy praktycznie wszystko - wstawki akustyczne, tremola, thrashowe połamańce, a także techniczno-progresywne motywy. Acid Reign tutaj w ogóle nie przypomina tego, do czego nas zdążył wcześniej przyzwyczaić. 
Na płycie ponadto znalazły się aż dwa utwory trwające dłużej niż dziewięć minut. Jest to coś niezwykłego jak na zespół, który ostro randkował z crossoverowymi klimatami. Najdłuższy z tych numerów - “Phantasm” rozpoczyna się klimatycznym intro przechodzącym w thrash metalowego ścigacza na piątym biegu. Kompozycja następnie ulega załamaniu i zupełnie zmienia swój klimat. W ten sposób bardzo sprawnie Acid Reign przygotował dychotomiczny utwór, w którym jedna sytuacja jest opisywana prze dwie zupełnie inne osoby. 
Acid Reign nie pozbył się całkowicie utworów w klimatach crossoverowych, do których na “Obnoxious” należy “You Are Your Enemy”. Ponadto w utworach pojawiają się chórki typowe dla kapel thrashowo-crossoverowych. Świetnym dodatkiem jest punkowy wręcz cover “Hangin’ On The Telephone”. Oprócz niego w bonusach wylądowała także reszta utworów z “The Worst of Acid Reign” i z EP “Humanoia”, które nie zmieściły się na poprzednich krążkach oraz “A Mother’s Love” z 2011 roku zespołu Satanika, w którym gościnnie wystąpił wokalista Acid Reign. 
Za dwanaście funtów mamy paczkę zawierającą całą dyskografię jednej z ważniejszych kapel thrash metalowych z Wysp. Trzy krążki, opasły booklet wypakowany tekstami i zdjęciami i gruby kejs - to prawdziwa metalowa uczta! 
Jest w muzyce Acid Reign coś takiego, co sprawia, że zdecydowanie im bliżej było do amerykańskiej sceny thrash metalowej. Ten zespół zwyczajnie nie brzmi jak thrash metal z Wysp, zwłaszcza na dokonań nagranych po “The Fear” włącznie. Najbliżej im było do Lawnmower Death i Anihilated, a i to nie zawsze. Jednak jest to zupełnie inne podejście do thrashu niż to, które prezentował Onslaught, Xentrix, Toranaga czy Sabbat. Muzyka Acid Reign to bardzo wiele odcieni thrashu, dzięki czemu ten zespół stanowi barwny punkt na mapie metalowej sceny.

Game Over - For Humanity




Game Over - For Humanity
2012, My Graveyard Productions

Na me witki i łabądki! Toż to typowa, stereotypowa thrash metalowa sztampa w wydaniu młodzieniaszkowej nowej fali srasz metalu! Już sama okładka jest dokładnym odzwierciedleniem tego, co można usłyszeć na tej płycie. Wystarczy rzucić na nią okiem i już się wie z czym ma się do czynienia. O, zgubieni ci, którzy stwierdzą, że warto jednak dokładnie przyjrzeć się zawartości. Zostaliście ostrzeżeni już na samym wierzchu pudełka. Dokonajmy jednak tego czynu męczeńskiego i zagłębmy się w radosny świat młodych katanobiboszy. 

Po riffach można poznać, że młodzi Włosi są zafascynowani do granic możliwości Kreatorem, a swoje kompozycje urozmaicają patentami zaczerpniętymi z utworów wczesnego Testament oraz, co za niespodzianka, Nuclear Assault. Teksty większości utworów były pisane przez kogoś, kto posiada kreatywność godną ogrodowego turkucia podjadka potraktowanego z rozmachem otrzonowaną motyczką do pielenia grządek. Kolejne tyrady o społecznych przeciwnościach losu młodych kataniarzy. Po prostu miód na uszy. Tudzież kolejne pseudo-uświadamiające memoranda o wojnie i upadku ludzkiej egzystencji. No i nie wolno zapomnieć o motywie, który zawsze, ale to zawsze pojawia się na tego typu wydawnictwach. Musem jest przynajmniej jedno hymniątko chwalące w pseudohumorystyczny sposób imprezowy styl życia, rzyganie browarem, zabawę do upadłego - jesteśmy tacy fajni, zalewamy się morzem alkoholu, niekończąca się impreza, mosh, hałasujmy do białego rana, tacy jesteśmy rebel-buntowniczy, póki mama się nie dowie. Takie thrashowe YOLO, tak samo drętwe i żałosne. Nie wiem jak to się dzieję, że taki Tankard potrafił tworzyć utwory o takiej tematyce, w dodatku z jajem i z polotem, a całe rzesze naśladowców próbują to małpować w godny politowania sposób. 

Ścieżki melodyczne wokali mają czasem bardzo dziwne struktury. Jakby ktoś na siłę próbował dopasować tekst do wcześniej napisanego utworu. Jest to bardzo zły zabieg, bo przez to tworzą się dziwne sztuczne głosowe wygibasy. To mogło zostać lepiej przemyślane i lepiej skomponowane. Zwłaszcza, że wokale Reno Chiccoliego nie są niczym specjalnym, a nawet trochę śmieszą przez ten jego akcent. 

Gra solowa jest w porządku, jednak ma tę specyficzną właściwość, że nie dostrzega się jej od razu. Ona po prostu gdzieś tam jest w środku utworów, schowana i nie wyróżniająca się. Nie ma jednak tragedii, całość nie prezentuję się nazbyt żałośnie, a poza tym jest kilka wyróżniających się, w pozytywny sposób naturalnie, elementów. 

"Dawn of the Dead" jest fajnym, miłym dla ucha ścigaczem. Mimo strasznego akcentu wokalisty. W tym utworze ma także miejsce dość ciekawe zjawisko - tekst utworu jest krótki i bądź co bądź strasznie wtórny, w końcu to kolejny utwór o tym jak to zombiaki wstają z ziemi i ze smakiem zajadają się mózgami swym żywych ofiar. Jednak słucha się go z przyjemnością i swoista wtórność klimatu, patentów, tekstu, riffów i tak dalej, nie razi aż tak bardzo. Nawet linia melodyczna wokalu nie gryzie się z warstwą instrumentalną. 

Jak się nie zwraca uwagi na społeczno-ekologiczny wymiar to "Bleeding Green" też jest fajną kompozycją. Na pewno utwór się wyróżnia, gdyż wokale Reno w refrenie są tutaj bardziej delikatne, co akurat plusem samym w sobie nie jest, ale jest czynnikiem kontrastującym. Ma też bardzo fajne klimatyczne intro. Kończy się jednak jakby trochę... za szybko. Spokojnie można go było chwilę pociągnąć, dodając jakąś fajną harmonię i szybki riff pod sam koniec, a tymczasem utwór się nagle urywa, krótko po drugim refrenie. 

Przedostatni "Evil Clutch" jest świetną kompozycją metalową. Ma energię, siłę, prędkość i to "coś". Niestety, cierpi na syndrom źle dopasowanego wokalu do warstwy muzycznej. A muszę przyznać, że cholerna szkoda. 

Ten zespół miałby potencjał, gdyby nie tworzyła go grupa ludzi zapatrzona cielęcym wzrokiem na thrash metal. Jakby sam thrash był wartością samą w sobie. To jest bardzo dobry gatunek muzyki metalowej, bez dwóch zdań. Jednak próbując na siłę wcisnąć się w jakieś sztywne ramy, szufladki z góry narzucone przez dekady, podążając ślepo za kataniarskim trendem, nie wykuje się dobrej muzyki metalowej. 

Ocena: 3,75/6

Destruction, Kreator, Sodom, Tankard - The Big Teutonic 4




Destruction, Kreator, Sodom, Tankard - The Big Teutonic 4
 2012, Devil Inc.

Celem powyższego wydawnictwa jest swoiste uczczenie ponad trzydziestoletniej spuścizny wielkich thrash metalowych tuzów zza Odry. Ostatnio miało miejsce pierwsze w historii spotkanie wszystkich rzeczonych członków Wielkiej Czwórki Niemieckiego Thrashu na jednej scenie. Precedens ten dał podstawy do wypuszczenia EPki na której Tankard, Destruction, Sodom oraz Kreator wykonują covery Iron Maiden oraz Motorhead. 

Nie dziwi raczej fakt, że Destruction oraz Sodom, zespoły na których czele stoją charyzmatyczni basiści z charakterystycznymi wokalami wzięły na warsztat numery załogi Lemmy'ego. Analogicznie Tankard oraz Kreator, znani z bądź co bądź melodyjnych utworów, wybrały dla siebie numery Iron Maiden. 

Czteroutworowy split otwiera Kreator ze swoją wersją "The Number Of The Beast". Niestety pierwszy numer części witalnych nie urywa. Bardzo fajnie, że Kreator próbował dodać kilka swoich akcentów, jak lekki marszczony galop pod głównym riffem, czy podwójną stopkę to tu, to tam, w końcu to żadna zabawa grać czyjś numer od początku do końca tak jak oryginał. Brakuje jednak tego typowego maidenowskiego feelingu. Głos Petrozzy, choć mocny i świdrujący, nie plasuje się nawet w pobliżu mocy i głębi wokali Bruce'a Dickinsona, nagranych bagatela trzydzieści lat temu. Petrozza jednak zaplusował nie partoląc zbytnio najbardziej chyba znanego heavy metalowego krzyku, jaki wydobył z siebie Dickinson po pierwszej zwrotce rzeczonego klasyka. 

Drugim utworem jest "Ace of Spades" w wykonaniu Sodom. Od razu słychać, że to właśnie ten utwór powinien być numerem otwierającym tę płytę. Zadziorne gitary, rock'n'rollowy bas i charakterystyczny zachrypnięty głos Toma Angelrippera, po prostu sam toksyczny balsam dla uszu. "Ace of Spades" to utwór-ikona, swoista legenda i relikwia muzyki metalowej, a Sodomowe trio sprawiło się na medal w tym utworze. 

Uderzenie mocy i potęgi jest kontynuowane trzecim utworem - "The Hammer", wykonywanym przez Destruction. Głos Schmiera brzmi o niebo lepiej niż na ich ostatnim albumie "Spiritual Genocide". Ściana dźwięków przetacza się z głośników i nie bierze żadnych jeńców. 

Utworem zamykającym jest "The Prisoner", grany przez biboszy z Tankard. Cóż, muszę przyznać, że kawałek został zagrany całkiem dobrze, zwłaszcza partie solowe, które wgniatają w ziemie. Zabrakło mi jednak mocy perkusji, tak charakterystycznej w oryginalnej wersji na początku utworu. W wersji Tankardowskiej nie ma tego uderzenia, nie ma tej potęgi. Podobnie jest z refrenem, który brzmi nieszczególnie, wokalnie oraz instrumentalnie. Wokale Gerrego brzmią na wymuszone i wymęczone. Szkoda, bo oryginalny utwór to świetny metalowy cios. Cover niestety nie jest jego przedłużeniem, gdyż oprócz dobrych stron (solówki!) ma też podgniłe partie, które potrafią człowieka przyprawić o grymas niesmaku. 

"The Big Teutonic Four" jest dobrym i przede wszystkim bardzo ciekawym wydawnictwem. Biorąc pod uwagę także nakład, będzie także sporym rarytasem. Na tym wydawnictwie jedne z najlepszych zespołów muzyki metalowej wykonują klasyczne utwory innych najlepszych kapel ze światka metalowego. Niestety, nie jest to klasa "Kill The King" Liege Lorda czy "Hell Bent For Leather" Annihilatora, niemniej i tak jest to warte uwagi.

Ocena: 4,5/6

Virgin Steele - The Marriage of Heaven and Hell - Part I & II




Virgin Steele - The Marriage of Heaven and Hell - Part I & II
2014, Steamhammer
Pierwsza i druga część epickiego power metalowego klasyku “The Marriage of Heaven and Hell” doczekały się wspólnej reedycji w jednym wydawnictwie. Jest to świetna sprawa, zwłaszcza, że kawałki pojawiające się na obu albumach zostały nagrane w większości na jednej sesji nagraniowej. Mamy tutaj do czynienia z taką samą sytuacją jak w przypadku Helloweenowych “Keeperów”. Oba albumy “The Marriage of Heaven And Hell” są płytami wybitnymi, z którymi każdy maniak power metalu, czy to lubujący się w plastikowych europejskich podskokach wśród pierwiosnków, czy to lubujący się w sile, mięsie i energii amerykańskich maszyn zagłady, powinien się zapoznać. 

Na tych albumach, wykrystalizowało się nowe oblicze Virgin Steele. Dużo tutaj melodii, przy czym nie pogardzono użyciem klawiszy. DeFeis jednak na tyle umiejętnie je wkomponował w resztę instrumentów, tak że nawet w chwili, gdy syntezatory grają pierwsze skrzypce w utworach, to nie mamy wrażenia bombardowania brokatowym deszczem cukru jak w przypadku sztandarowych produkcji europowermetalowych. 

Można rzec, że bardzo wiele łączy Virgin Steele z Jethro Tull: Virgin Steele jest takim power metalowym Jethro Tull z bardziej klasycznym podejściem do muzyki. Helloween mogłoby się wiele nauczyć od tego zespołu jak się powinno grać melodyjny power metal. Virgin Steele bardzo umiejętnie operuje w swym stylu. Znajduje w swych miejscach miejsce na melodię i transpozycję klimatu, przy jednoczesnym bardzo wyrazistym brzmieniu heavy metalowych gitar. 

Kompozycje, w tym także ballady, są fantastycznie wyważone. Mamy tutaj bardzo dużo umiejętnych połączeń fortepianu z heavy metalową gitarą, perkusją i basem, nie będących jednocześnie rzewnymi balladziochami. Można dyskutować czy są to dwa najlepsze albumy w katalogu Virgin Steele, jednak bezsprzecznie jest na nich pełno świetnych kompozycji. Wartkie “I Will Come For You”, “Blood & Gasoline” (ten fortepian!), “Weeping of the Spirits”, waleczny “Symphony of Steele” i przebojowy “The Raven Song” to tylko sam czubek góry lodowej rozpędzonego glacieru amerykańskiego power metalu. Tak jak w przypadku casusu Helloweenowych “Keeperów” tak i tutaj “Part I” wydaje się być trochę lepszy niż część druga. Może to po części zasługa tego, że pierwszy album jest trochę bardziej spójny niż ten drugi. Jednak wyraźnie utwory z części drugiej mają więcej klawiszowych partii. Nie zmienia to jednak faktu, że na “Part II” są takie hity jak mocarny “Symphony of Steele”, będący chyba jednym z najlepszych wałków w twórczości Virgin Steele oraz energetyzujący “Victory is Mine”, choć ten ostatni aż się prosi o to, by go zagrać jednak nieco szybciej. 

Na koniec dodam, że zabawne jak wiele riffów z albumów Virgin Steele trafiało kilka lat później na albumy ich kolegów z Manowar. Na obu “The Marriage…” też jest trochę zagrywek, które bardzo wyraźnie zainspirowały samozwańczych królów metalu. Nawet całkiem sporo, lecz kto by je wszystkie zliczył?

środa, 26 sierpnia 2015

Exodus - Blood In Blood Out




Exodus - Blood In Blood Out
2014, Nuclear Blast
Scenariusz zapewne wyglądał w ten sposób. Gary Holt, widząc jak dobrze powodzi się Souzie w jego nowym projekcie o nazwie Hatriot, którego obie płyty zbierały bardzo pozytywne recenzje, nie myślał zbyt długo przed ściągnięciem go z powrotem do Exodus. Bez skrupułów wywalił Dukesa, który z Souzą nie ma się co nawet równać. Rob miał okazję przez prawie dziesięć lat śpiewać w swym ulubionym zespole, nagrał z nim także pare albumów i grał koncerty, więc według chłodnej kalkulacji Holta nie ma prawa narzekać jako techniczny, który dostał “awans” na członka zespołu. W różnych wywiadach można przeczytać, że Rob nie zagrzał miejsca w kapeli, gdyż miał inną wizję ścieżki, którą miał podążać Exodus. Jest to oczywista bzdura, bo Dukes od samego początku w zespole miał niewiele do gadania i zdawał sobie z tego sprawę. Był nawet autorem raptem pięciu tekstów do utworów, co jak na trzy albumy (nie liczę nagranego na nowo “Bonded By Blood”), pokazuje to jaki wkład miał Rob w twórczość Exodus. 
Nie wiem czym został skuszony Zetro, by znowu grać w zespole z Holtem, jednak biorąc pod uwagę, że w wywiadzie, który z nim przeprowadziliśmy z okazji premiery drugiego krążka Hatriot, wspominał, że nie chowa żadnej urazy względem swoich kolegów z Exodus, wcale nie musiały być to żadne złote góry. Mając w pamięci fenomenalny “Tempo of the Damned” z 2004 roku oraz to, że Steve nadal ma głos jak żyleta, oczekiwania względem nowego albumu były naprawdę wysokie. Sam Nuclear Blast, wytwórnia pod której skrzydłami znajduje się Exodus, podsycał je zresztą skutecznie. Nowy Exodus miał przez to być prawdziwą bombą. Wyczekiwał niczym tętniak, czekający na wybuch, niczym kobieta z dwubiegunówką podczas okresu. Ten album miał orać jak naćpany i wyposzczony nosorożec na ecstasy. Pieczę nad brzmieniem znowu trzymał Andy Sneap, więc w temacie tego jak będzie brzmiał nowy album, niespodzianek raczej miało nie być. 
A jak wygląda sprawa “Blood In Blood Out” w praktyce? Niestety, już nie tak różowo. Fakt faktem, brzmienie jest naprawdę potężne. Perkusja brzmi cudownie, co o tyle cieszy, że stanowi ona w sumie jeden z najlepszych elementów tego albumu. Gitary są ostre i organiczne, a mimo to w tym wszystkim da się wychwycić plumkanie basu. Głos Zetro brzmi wyśmienicie i wyraźnie bryluje w miksie. Kondycja samych utworów nie wygląda już tak dobrze. Wszędzie będziemy mieli do czynienia ze zwolnieniami. Momentami ma się aż wrażenie, że są one wciskane w każdy utwór wręcz na siłę. Ale po kolei. 
Biały szum, który towarzyszy nam na rozpoczęciu albumu przez półtorej minuty pierwszego utworu (swoją drogą co za poryty pomysł na intro?!) skutecznie zniechęci nas do pogłaśniania głośności. Reszta “Black 13” na szczęście rekompensuje nam trochę ten fakt, że Exodus sam próbuje obrzydzić nam słuchanie własnego albumu. Wiele jest takich utworów i albumów, które na początku brzmią jakby były nagrane w kiepskiej jakości, by potem wejście wszystkich gałek na konsolecie sprawiło duże wrażenie na słuchaczu, ale w tym przypadku to chłopaki i Sneap sporo przesadzili. Na szczęście później nie uświadczymy takich patentów. 
“BTK” rozpoczyna się riffem kojarzącym się jednoznacznie z “Tempo of the Damned”. Niesie ze sobą bardzo wydatną sugestię “Shroud of Urine”. Utwór jednak potem zaczyna trochę przynudzać. W przeciwieństwie do utworów znajdujących się na “Tempo of the Damned”, które były nieustanną rzeźnią riffów i agresywna chłostą, ten utwór siada i ochładza się wraz z biegiem trwania. Refren już w ogóle traci na impecie i zaczyna usypiać swym groovem, ale to jak pod koniec wchodzą patenty metalcore’owe to już chyba drobna przesada. W każdym razie potencjał głosu Zetro nieźle jest tutaj marnowany. Ciekawostką jest fakt, że jak się dobrze wsłuchacie wychwycicie głos Chucka Billy’ego w tym utworze. 
Innym utworem przywodzącym początkowo na myśl “Tempo of the Damned” jest “Salt the Wound”, w którym solówkę nagrał stary “wychowanek” Exodusa - Kirk Hammett, a w niej, no przecież nie inaczej, sporo jest granego pedału wah-wah. 
“Honor Killings” rozpoczyna swoją jazdę riffem w stylu “Impact Is Imminent”. Naturalnie po szybkich riffach, zwrotkach i refrenach, tu też następuje załamanie prędkości rytmu. Sepulturowe zwolnienie tutaj jednak bardzo dobrze współgra z resztą utworu. Następujące po nim drabinki i siarczyste melodyjne riffy oraz niezwykle energiczne solówki sprawiają, że ten utwór należy do jednych z lepszych na płycie. Drugim takim dobrym utworem jest numer tytułowy, który brzmi jak XXI-wieczna interpretacja nieśmiertelnego “Toxic Waltz”. 
Thrashowy klimat “Collateral Damage” i właściwie totalna absencja zwolnień, tak bardzo charakterystycznych dla reszty utworów z najnowszego krążka Exodusa, sprawia, że ten utwór wchodzi naprawdę nieźle. Perkusyjne połamańce w tym utworze dudnią niczym epileptyczne tango przy stroboskopie. 
“My Last Nerve” jest okej, lecz potem wpada w sidła hardcorowych synkop i neothrashowych pułapek. “Body Harvest” zaczyna się bardzo smaczną kanonadą ostrych Exodusowych riffów. Zwrotki i prechorus świetnie wypadają z agresywnym i zadziornym głosem Zetro. Utwór jednak kompletnie siada, i to tak pretensjonalnie jak waleń na plaży, w neothrashowym, a właściwie wręcz hardcore’owym refrenie i prostackich synkopach, następujących po nim. Nawet świetne solówki obfitujące w wyśmienite harmonie nie zacierają złego wrażenia. 
“Food for the Worms” ma za to tak zajebisty riff, który nam przypomina, że jednak mimo wszystko mamy do czynienia z albumem Exodus. Niestety narzucone szybkie i agresywne tempo znowu zostaje brutalnie zahamowane przez hardcorowe patenty, które sprawiają wrażenie wtrąconych tam totalnie z dupy. Exodus nie daje żyć własnym utworom, narzucając im sztywne i nienaturalne ramy, które wpływają koszmarnie na odbiór całości.
“Numb” technicznie nie jest niczym specjalnym, jednak jest to kipiący thrashem wałek, praktycznie nie zbrukany hardcore’owymi wpływami jak większość innych utworów na tym albumie, dlatego się go całkiem przyjemnie słucha. 
Utwory czasem brzmią na niedokończone i niedopracowane, tak jakby z braku pomysłu Holt i spółka postanowili wstawiać najprostsze i najbanalniejsze pomysły i riffy tam, gdzie trzeba było trochę dłużej pomyśleć. Prawie wszystkie utwory są skonstruowane z grubsza na jednym schemacie: riff na intro - zwrotka - refren - zwrotka - refren - hardcorowe zwolnienie - pojedynek solówek - refren - koniec. Bardzo często wałki zaczynają się naprawdę godnie, tylko po to by potem popaść w poprzerywane core’owe patenty. W sumie to dość zabawne, że po wywaleniu Dukesa, który jest dość mocno zafascynowany sceną core, Exodus nagrał najbardziej hardcore’owa płytę w swej historii, co zwłaszcza słychać w drugiej połowie wydawnictwa. 
“Blood In Blood Out” nie da się jednoznacznie zaorać. Na tym albumie znajduje się bardzo dużo dobrych momentów. Jednak wsadzoną im też dość znaczną ilość figur, które właściwie nie powinny znaleźć się na albumie Exodus czy jakimkolwiek dobrym albumie muzycznym. Swoją drogą paradoksalnie ostatni album Hatriot brzmi bardziej Exodusowo niż najnowsza płyta Exodus. Ci, którzy na dziesięciolecie “Tempo of the Damned” spodziewali się godnego sukcesora tego nowoczesnego dzieła chyba nieco się zawiedli.
Ocena: 3/6