czwartek, 3 września 2015

Turbo - wywiad



W ZESPOLE MAMY PEŁNĄ DEMOKRACJĘ
Turbo bezdyskusyjnie należy do czołówki polskiego metalu i to już od dobrych kilku dekad. Ich muzyka zawiera wiele różnorodnych elementów, które spodobają się każdemu fanowi metalu, który lubi konkretną i dopracowaną sztukę najwyższej klasy. Płyty takie jak „Dorosłe Dzieci”, „Kawaleria Szatana” czy „Ostatni Wojownik” trwale zapisały się złotymi literami na wykutej z litej stali tablicy polskiej muzyki. Jak się okazuje nie trzeba sobie wcale fundować wycieczki w czasie, by zostać powalonym kunsztem i finezją tego zespołu, gdyż najnowsza płyta studyjna Turbo jest doskonałym albumem. Wydawnictwo zatytułowane „Piąty Żywioł” jest wysokociśnieniową dawką świetnej muzyki i prawdziwego dobrego smaku. Między innymi o tej płycie, a także i o tych starszych, rozmawiałem z umysłem, który stoi za Turbo już od wielu, wielu lat…
Przede wszystkim chciałbym pogratulować wspaniałej płyty. Bardzo mi się podoba najnowszy album i myślę, że żaden fan Turbo nie powinien przechodzić obok niego obojętnie. Jednak niezmiernie mnie ciekawi dlaczego zdecydowano by nowe wydawnictwo nosiło tytuł „Piąty Żywioł”?
Wojciech Hoffmann: Z tytułem był pewien problem. Długo go szukaliśmy, a nie mieliśmy jeszcze napisanych tekstów. W końcu z tych wszystkich propozycji, które sobie wymyśliliśmy, żadna nam nie pasowała. Gdy Tomek zaczął pisać teksty, nagle okazało się po ich przeczytaniu, że „Piąty Żywioł” będzie fajnym tytułem na płytę. Natomiast co on oznacza: są cztery żywioły – woda, ogień, ziemia i powietrze. Jeżeli jest ziemia to na tej ziemi jest człowiek – ten który uprawia tę ziemię, który żyje, kocha i zabija. Wszystkie działania człowieka dają nam ten piąty żywioł.
Tomek Struszczyk miał wolną rękę w pisaniu tekstów do utworów czy też miał jakieś wytyczne tudzież był przez kogoś wspomagany?
Tak, miał wolną rękę. To jest naturalna metoda, żeby każdy miał wolną rękę w zespole. My mamy wolną rękę w pisaniu muzyki, a Tomek w pisaniu tekstów do utworów. Zwłaszcza, że naszym zdaniem pisze bardzo dobre teksty i jesteśmy zadowoleni z efektów jego pracy. Wreszcie mamy dobre liryki w utworach od czasów, gdy teksty do utworów pisał nam, już nieżyjący, Andrzej Sobczak. Potem z nimi było średnio. My naturalnie nie zwracaliśmy na to zbyt szczególnej uwagi, bardziej skupiając się na muzyce. Prawdą jednak jest, że tekst jest strasznie ważnym elementem piosenki, ponieważ ludzie się z nim utożsamiają. Zauważ, że trudno się utożsamiać na przykład z taką „Legendą Thora”. Nie chodzi o to, że mamy pretensje do Grzegorza, że pisał takie teksty a nie inne, naturalnie my też musieliśmy je wtedy zaakceptować. Miał wtedy naszą zgodę na taki kształt warstwy tekstowej. Natomiast Tomek sięga w tekstach po zupełnie inną wartość.
Czy tak jak w przypadku „Strażnika Światła” mamy do czynienia z albumem koncepcyjnym, który ma określony motyw przewodni, w tym przypadku samego człowieka?
W sumie zastanawialiśmy się nad tym ostatnio czy ten tytuł znajduje swe odzwierciedlenie w tekstach utworów zawartych na albumie. W ten sposób rzeczywiście można powiedzieć, że istnieje jakiś wspólny koncept, choć w warstwie muzycznej już jest go mniej.
Kto jest autorem okładki i według czyjego konceptu została ona przygotowana? Kto był pomysłodawcą by na okładkę wstawić tę źrenicę na tle zachmurzonego nieba?
Za pomysłem stoją chłopaki z Metal Mind, a dokładnie Jarek Wieczorek. Dostaliśmy jeszcze inną propozycję na projekt okładki od naszego przyjaciela. Nie wybraliśmy jej gdyż, choć była bardzo dobra. Była taka… tradycyjna, bardzo metalowa. Pomyśleliśmy sobie z Darkiem, wydawcą Metal Mindu, że czas nieco zmienić oblicze i wizerunek zespołu, wiadomo że jesteśmy już starszymi panami i nie będziemy straszyć jakimiś potworami (śmiech). Zresztą nawet promocyjna sesja fotograficzna była nieco inna, byliśmy poubierani tak elegancko w garnitury. Dlatego została wybrana ta okładka, gdyż była… nienachalna.
Poza tym trzeba przyznać, że bardzo dobrze pasuje do muzyki na albumie.
Tak, dokładnie tak! Sam tak powiedziałem, gdy dostałem naszą płytę w końcu ręki. Okładka idealnie współgra z zawartością muzyczną. Łączy się z nią w jedną całość.
Album został zarejestrowany w studiu Perlazza. Czy weszliście do studia z w pełni dopracowanym materiałem, czy też coś powstawało na gorąco, w trakcie sesji nagraniowej?
Wszystko było już przygotowane zanim weszliśmy na nagrania. Szybko się ze wszystkim uwinęliśmy.
A kiedy powstał materiał na „Piąty Żywioł”?
Całość powstała generalnie w trzy tygodnie na próbach. Wtedy zgrywaliśmy to, co mieliśmy przygotowane wcześniej. Dwa utwory jeszcze doszły z pierwszego etapu przygotowania, czyli sprzed dwóch lat. Wtedy miał się ukazać nasz nowy album. Mieliśmy przygotowane już pięć kawałków, jednak wtedy od nas odszedł Tomasz Krzyżaniak. Wrócił do nas Mariusz Bobkowski i nie było już czasu, by dokończyć pracę nad płytą. Opuściliśmy proces tworzenia, aż do teraz, gdy stwierdziliśmy, że już czas, że jesteśmy na tyle zgrani, by tę płytę nagrać. Od tego momentu sam proces definiowania utworów trwał już bardzo krótko.
Ciekawe, że „Strażnik Światła” też powstawał na jesieni. Nie wiem czy jest to kwestia aury charakterystycznej dla tej pory roku, ale czyżby łatwiej się wam pracowało jesienią?
Nie mam pojęcia. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Rzeczywiście, „Strażnik…” powstawał w tym samym momencie… ale myślę, że jest to tylko przypadkowa zbieżność.
Kto jest autorem riffów i melodii pojawiających się w utworach?
W zespole mamy pełną demokrację. Większość materiału omawiamy wspólnie i wszyscy razem pracujemy na próbach. To widać na naszych płytach, od lat stosujemy taką politykę, że wpisujemy wszystkie nazwiska w miejsce autorów muzyki. Dzielimy to po prostu między sobą. Wszyscy są odpowiedzialni za ostateczny obraz utworów.
Wasze brzmienie na „Piątym Żywiole” jest bardzo takie, kolokwialnie rzecz ujmując, heavy metalowe. Jest potężne, lecz jednocześnie przejrzyste. Kto odpowiadał za produkcje dźwięku?
Przemysław „Perła” Wejmann. On się zajmował wszystkim, co było związane z dźwiękiem. My nawet nie braliśmy w tym udziału, co z początku było dla nas szokujące. Jak mi zaproponował taki sposób pracy, to go wyśmiałem – no jak to ja mam nie chodzić do studia i nie słuchać tego co zrobiłem? Na to on mi mówi, żebym poczekał, potem będę siedział w studio jak on będzie czyścił ślady, będzie na nich pracował, robił to i tamto, wtedy będzie czas żeby się ustosunkowywać do tego, co zostało zarejestrowane. Dostawaliśmy wieczorami kilka zgranych utworów i potem prowadziliśmy całą dyskusję o tym co na nich ewentualnie zmienić. Wysyłaliśmy mu swoje uwagi i potem znowu dostawaliśmy utwory już z poprawkami. W ten sposób zgraliśmy całą płytę. Następnie na jeden dzień weszliśmy do studia, by dokonać kilka zabiegów kosmetycznych. I to wszystko. „Perła” wykonał kawał fantastycznej roboty. Jesteśmy z tego niesamowicie zadowoleni. Ponadto stworzył nam świetne warunki, w tym także psychiczne. Było bardzo dużo spokoju i przyjaznej atmosfery.
Na pewno o wiele przyjemniej nagrywa się bez nerwów (śmiech).
Ta sesja odbyła się bez jednej awantury, bez jednej kłótni. Było naprawdę spokojnie i przyjemnie.
Wrócę jeszcze na chwilę do struktury kompozycji utworów na płycie. Naprawdę, bardzo mi przypominają aranżacje wczesnych utworów Turbo. Zastanawiam się czy tak po prostu wyszło czy też takie było założenie, które wam przyświecało od początku.
Od samego początku tak miało być. Po nagraniu „Strażnika…” powiedziałem od razu, że następna płyta to będą proste, krótkie utwory. Taka piącha na temat, bliżej „Kawalerii…”, bliżej pierwszych płyt.
Czyli bez wymyślania cudów na kiju.
Tak, dokładnie tak.
Jak widać to się bardzo sprawdza. Utworem, który wyróżnia się na płycie jest anglojęzyczny „This War Machine” w którym wokale Tomka są bardzo wysokie i bardzo zadziorne. Skąd się wziął pomysł na taką stylistykę na tym utworze?
(Śmiech) Jak Tomek usłyszał riff i mój obrzydliwy śpiew, wyłem tam jak kojot, stwierdził, że to nie jest w jego normalnej skali śpiewu. Nie chciał tego śpiewać niżej i postanowił poeksperymentować z ostrym falsetem. Wysłał mi próbkę, która była po prostu wow. Musieliśmy to tak nagrać, a angielski tekst do tego po prostu pasował.
Dlaczego jest tylko jeden utwór po angielsku?
Większość albumu jest po polsku, bo jesteśmy w Polsce. Do słuchaczy u nas tekst po polsku trafi szybciej niż tekst w innym języku. Zwykle nagrywaliśmy płyty po polsku, a potem także ich angielskie wersje, więc będzie także „Piąty Żywioł” po angielsku.
Tomek udowodnił, że potrafi śpiewać w różnym stylu.
Tomek się rozwija, co mnie bardzo cieszy. To dobrze rokuje na przyszłość.
Korzystając z okazji chciałem się także podpytać o pański warsztat gitarowy, gdyż nie ma co owijać w bawełnę, solówki na „Piątym Żywiole” są wyśmienite. Jak pan utrzymuje i rozwija swoją formę gry solowej?
A bardzo dziękuję za miłe słowa. Wiesz, ja po prostu bardzo dużo gram. Ćwiczę też najprostsze rzeczy. Młodzi zwykle szaleją na tych gitarach, a ja ostatnio słucham bardzo dużo bluesa i stwierdzam, że takie granie w stylu Bonamassy i Hendrixa najbardziej mi odpowiada. To ma bardzo dużo siły w sobie. Mimo, że gra się mniej dźwięków, to ma to ogromne pole rażenia. Można dużo więcej emocji przekazać grając wolniej, niż grając szybciej. Naturalnie lubię także przymielić, ale generalnie lubię, żeby to wszystko ładnie wyglądało – by w solówkach były obecne melodie i plastyka.
Jak będą wyglądały najbliższe miesiące dla Turbo?
Teraz będziemy grać trasę, mamy też sieć koncertów na styczeń i luty. Potem będzie sezon wiosenno-letni… latem jedziemy na festiwal Headbangers Open Air do Niemiec.
Wiadomość o waszej obecności na HOA przyjąłem z nieskrywana radością, gdyż jest to jedna z najbardziej old-schoolowych metalowych imprez, gdzie gra wiele kultowych zespołów. W jaki sposób nadarzyła się okazja do zagrania właśnie tam?
Mamy takiego fajnego młodego faceta, który jest naszym fanem i ma jakieś znajomości na zachodzie, jakieś powiązanie z czasopismami i tamtejszą sceną. Okazało się, że Niemcy są jak najbardziej za tym, byśmy tam zagrali. Znają naszą płytę „Last Warrior”, więc powiedzieli, czemu nie?
No właśnie. Zespoły, które grają na HOA zwykle wykonują swoje utwory w swych ojczystych językach, mimo że mają nagrany analogiczny materiał po angielsku (np. Muro). Czy Turbo też podąży tą ścieżką?
Właśnie tutaj nie wiem jeszcze. Myślę, że parę utworów, które zagramy z „Last Warriora” będą po angielsku. Co z resztą, to zobaczymy. Jeżeli zdążymy z przygotowaniem „Piątego Żywiołu” w wersji angielskiej, to utwory też będą wykonane po angielsku.
Ja ze swojej strony dodam, że Niemcy znają teksty Turbo po polsku. Tak samo jak Kata i Open Fire.
(śmiech) No, no! Nie no, na pewno po polsku też coś zaśpiewamy!
No to tyle jeżeli chodzi o pytania dotyczące spraw bieżących w Turbo. Chciałem jeszcze zadać parę pytań o przeszłość, zwłaszcza o kwestie dość rzadko poruszane w wywiadach. Zacząć chciałem od pytania w jaki sposób trafił pan do Turbo? Wcześniej grał pan w zespołach hard rockowych…
Heniu Tomczak założył Turbo po rozpadzie zespołu Heam. To było 2 stycznia 1980 roku. Zrobiliśmy zebranie – Heniu, Marek Biliński, perkusista i ja – na którym stwierdziliśmy, że zespół Heam przestaje właściwie istnieć i nie mamy nic więcej do powiedzenia w tym temacie. Potem jednak Heniu, gnany duchem hard rockowym, zaproponował mi granie w zespole, który chce założyć. Ja odmówiłem. Nie chciałem grać w Turbo (wtedy jeszcze nie wiadomo było, że to będzie Turbo). Dwa miesiące mnie namawiał, aż w końcu się zgodziłem i zaczęliśmy próby. Okazało się, że wszystko nam idzie bardzo fajnie.  Wojtek Sowula wymyślił nazwę. Graliśmy naprawdę mocno, a on nagle krzyknął „Kurwa, jak to turbo brzmi!”. My spojrzeliśmy po sobie i zgodnie stwierdziliśmy, że to super nazwa dla kapeli (śmiech). Potem zaczęliśmy grać regularnie próby i tak to się zaczęło powoli rozwijać. Dalszą historię już pewnie znasz.
Na początku w Turbo za mikrofonem stał Wojciech Sowula, a następnie Piotr Krystek. Jak to się stało, że żaden z nich jakoś nie zagrzał miejsca w kapeli na dłużej?
Wojtek był zbyt szalony. Nie podobało mi się za bardzo jak śpiewa. Natomiast Krystek… zwyczajnie psychicznie wysiadł. Jakoś mu nie odpowiadały różne rzeczy, więc też odpadł. Potem już przyszedł Grzegorz.
Muzyka zespołu Turbo rozwijała się bardzo dynamicznie. Począwszy od „Dorosłych Dzieci”, aż do „Dead End” i „One Way” każda kolejna płyta była stylistycznie inna od swojej poprzedniczki. Co spowodowało wtedy to gonienie za zmianą? Czy to po prostu były ciągłe poszukiwania swojego stylu?
To jest bardzo proste. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat, moja muzyka ciągle ulegała zmianom ponieważ ja chciałem się rozwijać. Nie było innego wyjścia w takim przypadku. Nie chciałem nagrywać ciągle takich samych płyt, także postanowiłem, że muzyka Turbo będzie się rozwijać wraz ze mną. To było powodem zmian. No, troszkę się zagalopowałem na samym końcu (śmiech), ale tak to właśnie wyglądało. Ktoś tam kiedyś powiedział, że to był koniunkturalizm. Gdybyśmy szli za głosem koniunktury, to byśmy mieli różnego rodzaju dobrodziejstwa z tym związane, a jak widać tak wcale nie jest.
Wielu fanów Turbo uważa „Kawalerię Szatana” za wasz najlepszy album. Widać to na koncertach, gdy prawie cała zgromadzona publiczność domaga się zagrania numerów z tej płyty. Czy to pana nie nudzi, takie ciągłe granie tego samego od lat?
Nie mam z tym problemu. Z radością wykonujemy te utwory, także „Dorosłe Dzieci” i inne. Kompletnie nie mamy z tym kłopotu. Poza tym fantastycznie jest widzieć, że ludzie są szczęśliwi i zadowoleni, że gramy takie rzeczy. To jest naprawdę fajne, że ciągle tego chcą.
No bo to już kolejne pokolenie fanów Turbo pojawia się na koncertach.
To będzie już chyba trzecie, patrząc na to, kto przychodzi na nasze koncerty. To super sprawa.
Ponoć w założeniu okładka „Kawalerii…” miała być zupełnie inna. Jak to się stało, że w końcu na okładkę trafiło to kiczowate czupiradło?
Wtedy były zupełnie inne czasy. Pewne rzeczy zostały nam z góry narzucone. Dylematy polegały na tym, że albo bierzemy to, albo nie mamy nic. Mieliśmy tak czasami, niestety. Dlatego tez zgodziliśmy się na tę okładkę, a nie na tę naszą. Nawet ją gdzieś miałem, ale nie wiem gdzie teraz się znajduje…
A jak ona wyglądała?
Była na niej Ziemia i paszcza pełną kłów, która tak jakby chciała ją przegryźć.
A propos okładek, mam jeszcze pytanie dotyczące „Ostatniego Wojownika”. Okładka na winylowej wersji jest zupełnie inna niż ta, która pojawia się na wydaniu kasetowym. Dlaczego tak jest?
Powiem ci szczerze, że już nie pamiętam dlaczego tak się w końcu stało. „Last Warrior” miał też inną. Wersję na winyl zrobił Kurczak [Jerzy – przyp.red.]. On robił też okładki płyt innych zespołów, a także książek. Na kasecie jest chyba jakiś przedruk. Choć powiem ci szczerze, że już nie pamiętam…
Jak to się stało, że Turbo przekształciło się w pewnym momencie w agresywny thrashowy band? Czy był to też element rozwoju zespoły czy też może wpływy Roberta „Litzy” Friedricha?
Myślę, że jedno i drugie. Na pewno wpływ na to miał nasz rozwój i na pewno także Robert miał w tym jakąś zasługę. Miałem wtedy w głowie, by coś takiego grać. Robert miał także wpływ na brzmienie Turbo. Wziąłem go do zespołu, bo był takim kilerem. Bardzo mi się podobało, to jak wyglądał, jak się zachowywał, jaką był osobowością.
Na koniec mam jeszcze jedno pytanie. Tomek Struszczyk udowodnił wielokrotnie, że jest bardzo utalentowanym wokalistą. Jednak na koncercie Turbo w warszawskiej Progresji parę lat temu zdarzyła się taka sytuacja, że pewien jegomość przy barierce zaczął krzyczeć „nie ma Turbo bez Kupczyka”. Nie wiem czy pamięta pan tę sytuację?
Tak, pamiętam (śmiech). Ale gość został szybko zresetowany.
Czy takie incydenty się zdarzały często na koncertach?
Nigdy się coś takiego nie zdarzyło. To był jeden jedyny raz. Owszem, fani przychodzili do nas po koncercie i się pytali dlaczego Grzegorz już u nas nie śpiewa, co się stało i tak dalej, jednak zawsze spokojnie i w kulturalny sposób. W ogóle nie było żadnej agresji wobec nas. Nie zdarzyło się, oprócz tego jednego razu, żebyśmy odczuli jakąś niechęć ukierunkowaną na tę kwestię.

Przeprowadzono: listopad 2013

Heretic - A Time of Crisis




Heretic - A Time of Crisis
2012, Metal on Metal Records

Debiutancki krążek amerykanów, zatytułowany "Breaking Point" należy do jednych z najlepszych i najbardziej interesujących płyt power metalowych. Swą siłę i moc bezapelacyjnie zawdzięczał kunsztowi muzyków, którzy w późniejszym okresie weszli w skład takich power metalowych potężnych projektów jak Metal Church oraz Reverend. I to było niestety w konsekwencji przyczyną zagłady machiny wojny jaką był Heretic. Wokalista Mike Howe dołączył do Metal Church, gdzie jego głos wpasował się wprost idealnie, a Brian Korban, główny kompozytor Heretica, Stuart Fujinami oraz Dennis O'Hara dołączyli do Davida Wayne'a (nota bene też legendy sławnego Metal Church), tworząc kolejny solidny zespół pod nazwą Reverend. Wyglądało na to, że Heretic został już pogrzebany na amen i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek zostanie ponownie wskrzeszony. Pozory jednak mylą i tak też było w tym przypadku. Po ponad dwóch dekadach śmierci klinicznej Heretyk ożywa. I to w dodatku mniej więcej w tym samym okresie, co Metal Church, choć ten ostatni po o wiele, wiele krótszym okresie zawieszenia. No, ale żeby nie było za super-ekstra-świetnie, to żadna z tych dwóch formacji nie reaktywowała się z Mikem Howe za mikrofonem. Szkoda, bo jego mocny i rozpoznawalny głos byłby bardzo pożądanym aspektem dla każdego miłośnika twórczości tych zespołów. 

Nie skupiajmy się jednak na Kościele Metalu. Wracamy do Heretyka, który krótko po reaktywacji raczy nas następcą genialnej jedynki. Z oryginalnych muzyków ostał się tylko Brian Korban, osoba która była odpowiedzialna za popełnienie kompozycji większości utworów na debiucie oraz Julian Mendez, wokalista, który był poprzednikiem Mike'a Howe. Pierwsze co przykuwa wzrok to porządna szata graficzna, "A Time of Crisis", tak jak inne płyty wydane przez Metal On Metal Records przyciąga wzrok ciekawą okładką oraz niebanalną szatą graficzną wnętrza. Oryginalne wykonanie bookletu, który przypomina wycinki z gazety codziennej, sprawia, że jestem jeszcze bardziej zaciekawiony tym jak brzmi płyta. A płyta brzmi dobrze. Brzmienie jest potężne, choć trochę zbyt sterylne jak na mój gust, ale taki jest już urok niektórych nowoczesnych produkcji power metalowych. Mendez co prawda nie posiada takiego głosu jak Howe w czasach swej świetności, ale barwa jego wokali przyjemnie się komponuje z resztą warstwy muzycznej. 

Można było z takich swoistych zasobów wykuć porządny album, a niestety wyszło przeciętnie. Niby dużej jakości półprodukty powinny zwiastować porażający efekt. Z przykrością muszę zawiadomić, że tak nie jest. Prócz przyprawiającego o nostalgiczne ciary instrumentalnego otwieracza oraz nagranego na nowo "Heretic", który miał zapewne informować, że panowie chcą nawiązać stylistycznie do swej debiutanckiej płyty, nic nie zostaje w głowie na dłużej. Płyta nie powala. Taka marka jak Heretic zasługuje na lepsze wydawnictwa niż przeciętne albumy. Chciałbym tu wypunktować, co z poszczególnymi utworami jest nie tak, jednak nie jestem w stanie. Wszystko się praktycznie zlewa w jedną nieczytelną breję, która męczy i nuży tak bardzo, że aż się wręcz pragnie, by ta katorga, jaką jest odsłuch tego wydawnictwa, się jak najszybciej skończyła. Naprawdę, jestem w stanie wiele znieść i wiele zrozumieć, ale dlaczego Heretic nagrał takiego średniaka? Ta płyta miała potencjał, jednak coś po drodze poszło nie tak. Szkoda.

Ocena: 3/6

Manowar - The Lord of Steel




Manowar - The Lord of Steel
2012, Magic Circle Music

Od pewnego czasu, do każdej kolejnej płyty, ukutej przez samozwańczych królów metalu, należy podchodzić z dużą rezerwą i bez zbyt wybujałych oczekiwań. Co prawda, krąży w środowisku opinia, że przed pierwszym odsłuchaniem, wystarczy się solidnie upić i wtedy inne zawory bezpieczeństwa nie będą potrzebne. Prawda jest taka, że płyty Manowar (te ostatnie naturalnie) mają to do siebie, że nie ma o nich zgodnych opinii. Jakkolwiek by jednak nie krzyczeli zagorzali fani lekko podstarzałych, napompowanych piewców "prawdziwego metalu", to forma Manowar od kilku(nastu) lat przybiera z grubsza postać prostej pochyłej skierowanej w dół. Polecą na moją głowę gromy, ale niestety ostatnie ichnie dokonanie w postaci "The Lord of Steel" jest kolejnym symptomem opadającej kondycji Joeya DeMaio i spółki. 

Oszczędzę wam czasu i przykrości już na wstępie - nie słuchajcie tej płyty. Po prostu. Nie i już. Nie warto. Brzmienie jest fatalne, a w szczególności brzmienie basu. Nie wiem co się uroiło im pod głowami, ale naprawdę - syntetyczna barwa gitary basowej rujnuje praktycznie wszystko, co się na "The Lord of Steel" znajduje. Wokale Erica Adamsa są jakby przydymione i... apatyczne (apatia i Manowar raczej nieczęsto są ze sobą kojarzone). Wygląda to tak, jakby swoje ścieżki nagrywał skacowany i niewyspany. Nawet solówki gitarowe przynudzają i nie mają tego pierwotnego ognia, który tak często wybija się w nagraniach Manowar. 

Wisienką na tym zakalcu są kuriozalne tytuły utworów. Naprawdę, twór językowy w postaci "Manowarriors" zabił mnie swoim gimnazjalnym klimatem już na samym starcie. Smutne jest to, że są na tym albumie utwory, które, gdyby nie fatalna kondycja muzyków (i to brzmienie basu rodem z imprezy dubstepowej), to byłyby nawet miłe dla ucha. "Born In a Grave", "Touch The Sky", "Hail, Kill and Die" mają drzemiący w sobie potencjał, który można było ukształtować w odpowiedni sposób. Kolejnym dowodem na to jest "El Gringo", który jest głównym motywem przewodnim ścieżki dźwiękowej do flimu Eduardo Rodrigueza o tym samym tytule - z tym, że wersja do soundtracku ma przykręconą nieco głośność basu (i chyba nawet ciut inną barwę) i brzmi o niebo lepiej niż na albumie Manowar. Irytująca jest myśl, że właśnie - można to było zrobić lepiej, a zrobiono to nieudolnie. 

Kończąc z tym albumem, i to definitywnie, bo wracać do niego nigdy nie będę, mam wrażenie, że DeMaio z Adamsem są już zbyt odrealnieni. Co oni sobie myśleli wypuszczając coś takiego? Przykro się człowiekowi robi. To nie jest owoc prac jakiego się człowiek spodziewał po Manowar. Gdzie ten prawdziwy metal? Gdzie ta obiecana Valhalla? Może następnym razem, jednak do następnej płyty Manowar będę podchodził z jeszcze większą nieufnością i rezerwą. Zwłaszcza po czymś takim jak kiepski "The Lord of Steel". 

Ocena: 2/6

Stormzone - wywiad



PRAWDZIWEGO DUCHA HEAVY METALU NIE DA SIĘ POGRZEBAĆ
W sumie muszę przyznać, że lubię takie wywiady. Są muzycy, których wręcz trzeba męczyć i ciągnąć za język, by powiedzieli coś więcej o najnowszej płycie swego zespołu niż raptem to, że ją nagrali. Są też tacy muzycy, którym po prostu usta się nie zamykają. Do tych ostatnich należy John Harbinson, wokalista grupy Stormzone. O ile nazwa Stormzone może wiele nie mówić niektórym, to już Sweet Savage może zapalić niejeden błysk zrozumienia. John śpiewał także i w tym zespole, który jest w sumie najlepiej znany z tego, że pewna grupa z Californii, w której udziela się James Hetfield i Lars Ulrich nagrała cover ich „Killing Time”. Sporo muzyków związanych w przeszłości ze Sweet Savage, gra lub grało przez pewien czas właśnie w Stormzone. Choć jest to relatywnie młody zespół, to jednak karb doświadczonych muzyków sprawia, że ich muzyka czerpie garściami z najlepszych melodyjnych otchłani NWOBHM. Panowie już nieźle zaszaleli – cztery płytki na koncie i oblecenie najbardziej znanych festiwali w Europie mają już właściwie odfajkowane.
Czy recenzje waszych płyt w czasopismach muzycznych i fanzinach stanowią dla was wyraźną pomoc i w efekcie dzięki nim jesteście w stanie usprawnić swoje brzmienie?
John „Harv” Harbinson: Czytamy każdą recenzję naszej płyty jaka trafi nam w ręce, zwłaszcza po premierze nowego albumu. Podejrzewam, że wszystkie zespoły tak robią. Mamy to szczęście, że po każdym nowym wydaniu większość recenzji jest przynajmniej umiarkowanie pozytywna. Bierzemy jednak pod uwagę także recenzje, które dały niższa ocenę naszym płytom. Jeżeli recenzent odpowiednio argumentował swoje wątpliwości i konstruktywnie wypunktował wady tego wydawnictwa, stanowi to dla nas rzeczową pomoc i wskazówkę na co powinniśmy w przyszłości zwrócić uwagę. Naturalnie nigdy nie zmienimy drastycznie swojego stylu pisania muzyki. To, co najczęściej było nam zarzucane na dwóch poprzednich albumach, był czas trwania utworów. Recenzenci uważali, że kompozycje są za długie. Podobały im się, lecz jednak trudno im było się przebić przez album, na którym jest dwanaście utworów, z czego przeważająca większość trwa ponad pięć minut.
W lipcu 2013 dostarczyliście nam swój czwarty krążek, zatytułowany „Three Kings”. Co możesz nam o nim opowiedzieć? Jakbyś go opisał w porównaniu do waszych poprzednich dokonań?
Na „Three Kings” wzięliśmy pod uwagę zastrzeżenia, które padły pod adresem poprzednich naszych wydawnictw. Dlatego na tym albumie jest więcej krótszych utworów, które bezpośrednio przechodzą do swego meritum i przez to czas trwania całości jest niezbyt rozwlekły. To jest główny aspekt, który odróżnia „Three Kings” od swych poprzedników, jednak nadal występuje w nim typowa dla nas spójność i węzły wiążące motywy. Od początku do końca pisania materiału staraliśmy się stworzyć utwory w klasycznym metalowym stylu, które uderzą w fanów starego metalu spod znaku NWOBHM, tych młodych i tych starych. Z każdym kolejnym albumem piszemy utwory, które są dla nas prawdziwe, niezależnie od tego czy mogą się wydawać aktualnie niemodne czy przestarzałe. Jesteśmy szczerzy, gdyż nie staramy się brzmieć jak zespoły, które w oczywisty sposób na nas wpłynęły. Klasyczne metalowe brzmienie Stormzone wychodzi naturalnie!
Minęło już ponad pół roku od premiery ostatniego wydawnictwa. Jak wygląda jego odbiór przez fanów?
Już patrząc na poziom sprzedaży jesteśmy zadowoleni. Pierwszy nakład rozsprzedał się jeszcze przed świętami, a nasza wytwórnia Metal Nation zbierała zamówienia na kolejny. Dodając do tego, że sprzedaliśmy ponad 600 sztuk podczas koncertów, sprawia, że naprawdę sporo ludzi ma „Three Kings” w swojej domowej kolekcji. Mimo, że premiera była we wrześniu ubiegłego roku, to ciągle w pismach i w Sieci pojawiają się nowe recenzje i kolejne prośby o wywiady. Zupełnie jakby album został wydany przed chwilą. W zeszłym miesiącu otrzymaliśmy fantastyczną recenzję w Burn, japońskiej biblii muzyki rockowej i metalowej! Dzięki temu nasz album nadal jest świeżym towarem i nadal jest na niego popyt. 90% recenzji była bardzo przychylnych, a nawet te „gorsze” nie stanowiły poważniejszej krytyki. Są raczej odzwierciedleniem tego, że w 2014 roku klasyczny metal nie trafia już do wszystkich metalowych maniaków. Jesteśmy tego świadomi. Nie zamierzamy na nowo wymyślać starych wynalazków, nasza uwaga zawsze się skupia na pisaniu muzyki, która płynie prosto z naszych serc.
Obawiasz się, że takie granie może się przeterminować?
Nasz album w dużym stopniu został wyprodukowany przez Steve’a Moore’a. Ludzie, którzy wrzucają naszą płytkę do odtwarzacza po prostu nie mogą uwierzyć skąd takie cudo się urodziło! A wtedy my się odwracamy i mówimy, że ta muzyka nigdy się nie przeterminuje. Ona nigdy nie odejdzie. Wiele nurtów muzycznych się pojawiało i niknęło, jednak prawdziwego ducha heavy metalu nie da się pogrzebać i nie da się go postarzeć. Słuchając „Three Kings” usłyszysz nowoczesną produkcję na utworach, które można stworzyć tylko wtedy, gdy dokładnie je czujesz. Teksty raczej dotyczą rzeczy, z którymi każdy może się utożsamiać, co mnie cieszy, gdyż piszą do mnie osoby, które mają bardzo osobiste podejście do tego, co usłyszeli w naszych utworach. To dla mnie wiele znaczy.
„Three Kings” zostało wydane przez Metal Nation Records. Jak nawiązaliście współpracę z legendarnym Jessem Coxem?
Jess przyszedł obejrzeć nasz koncert w Newcastle w O2 Academy, na którym supportowaliśmy Teslę. Jess stał na czele Neat Records, wytwórni dzięki której Sweet Savage znów się zeszło ze swoim perkusistą Davym Batesem. Jess został po koncercie, by się z nami napić, po czym wyraził swoje zainteresowanie w pomocy zespołowi. Krótko potem nagraliśmy „Death Dealera” nasz drugi album. Zrozumieliśmy wtedy, że bardziej bezpośrednie podejście do metalu nie zadowala naszej obecnej wytwórni Escape Music, która wydała nasz debiutancki krążek, który był bardziej melodyjny. Wtedy też dostaliśmy propozycje od SPV, po tym jak jeden z ich agentów zobaczył nas występ na Sweden Rock, jednak wtedy jeszcze wiązały nas zobowiązania kontraktowe względem Escape Music. Byliśmy bardzo zdesperowani, by przejść do SPV, więc Jess wziął byka za rogi i doprowadził do ugody między Escape Music i SPV, dzięki czemu „Death Dealer” został wydany właśnie przez SPV. Nie udałoby nam się tego zrobić samodzielnie. Wtedy też zdecydowaliśmy, że jesteśmy na takim etapie na którym nasz zespół potrzebuje menedżera, który będzie umiał sobie poradzić w takich sytuacjach. Jess wydawał się oczywistym wyborem na to stanowisko. Podpisaliśmy z nim umowę, Jess negocjował z SPV wydanie naszej kolejnej płyty, a w międzyczasie zagraliśmy serię świetnych koncertów, do których zaliczał się między innymi występ na Wacken Open Air.
Dlaczego więc „Three Kings” nie zostało wydane przez SPV skoro sprawy przybrały taki świetny obrót?
W 2013 wygasł nasz trzyletni kontrakt z SPV, akurat w momencie, gdy kończyliśmy pracę nad „Three Kings”. Liczyliśmy na jego przedłużenie, jednak SPV znowu przechodziła przez sytuację, w której musiała ogłosić niewypłacalność, więc nie było do końca pewne czy warto czekać z premierą krążka do momentu, w którym się w końcu pozbierają. Spotkaliśmy się z Jessem na Metal Assault w lutym i wtedy doszliśmy do wniosku, że nie warto czekać na rozwiązanie problemów SPV, lecz wydać płytę przez Metal Nation, która była firmą Jessa. Jego wytwórnia miała kontakty na całym świecie i znała się na prawdziwym heavy metalu. Jesteśmy już kilka miesięcy po premierze „Three Kings”, a Metal Nation spełniła wszystkie swoje obietnice i zobowiązania!
Który z utworów z nowego krążka należy do twoich najbardziej ulubionych kompozycji
Moim ulubieńcem jest „Out of Eden”. Nie dlatego, że reszta utworów jest gorsza czy coś takiego. Chodzi o to, że przekonanie się do niej zabrało mi najwięcej czasu. Ten utwór jako ostatni został dodany do tracklisty albumu. Słuchając go, już po zmasterowaniu i po pełnej produkcji dźwięku, byłem niezmiernie zadowolony, że zdecydowaliśmy się go dać na płytę. Sam utwór jest o teorii, że jesteśmy stale obserwowani z góry od stuleci. Jesteśmy częścią eksperymentu, który ma pokazać jak wiedza i władza przekazana jakieś kulturze w celu jej zmodernizowania, przyczynia się potem do zagłady całej cywilizacji! To niezwykłe, że takie imperia jak Egipcjanie czy Majowie upadły z powodu innych potęg w postaci Rzymian i Hiszpan. Te imperia miały okres swej dominacji, miały swój czas, jednak zniknęły nagle z powierzchni ziemi. To tak jakby ktoś grał naszymi cywilizacjami w grę, a ty się zastanawiasz kto teraz podzieli los tych, które upadły lata temu?
Gdy komponowaliście „B.Y.H.” mieliście w zamyśle to, by ukształtować ten utwór w taki właśnie hymn? Rozumiem, że zapewne gracie ten utwór na żywo?
Zgadza się. „Bang Your Head” to prosty, acz efektywny nakaz, który znajduje się na samym wstępie do każdego heavy metalowego podręcznika. Tekst utworu opisuje nasze uczucia jako zespołu, który właśnie ma wyjść na scenę… oczekiwania, adrenalinę, nawet strach, gdyż gdy światła już rozbłysną, muzyka, którą mamy dostarczyć musi wprawić głowy i zaciśnięte pięści w ruch. Refren mówi o tym, że musimy robić to, co do nas należy i grać muzykę, którą kochamy, dla najbardziej lojalnych i oddanych fanów. Nie będziemy poddawać się modom i trendom. Choć taka filozofia może oznaczać, że nie staniemy się nigdy znani, jednak umrzemy w spokoju, wiedząc, że graliśmy muzykę, którą kochamy!
Zwróciłem uwagę na to, że bas jest bardzo widoczny w miksie albumu. Kto był odpowiedzialny za brzmienie Stormzone na „Three Kings”?
Producentem i osobą odpowiedzialną za miksy był nasz gitarzysta Steve Moore i jego studio Fire Machine w Belfaście, jednak wszyscy mieliśmy wgląd w to wszystko w trakcie postępów prac. Można więc przyjąć, że za brzmienie basu jesteśmy odpowiedzialni wszyscy. To stu procentowo naturalne brzmienie Stormzone, nie chcemy by nasze brzmienie małpowało jakiś inny zespół. Niesamowite jak wielu recenzentów porównuje nas do NWOBHM. Nie przeszkadza nam to, gdyż Saxon, Iron Maiden, Judas Priest to jedne z naszych ulubionych zespołów, które w dodatku ustanowiły bardzo wyraźny styl w muzyce. Nie widzę nic złego w opisaniu Stormzone jako klasycznego metalu z nowoczesnym podejściem do kwestii produkcji. Zawsze staramy się tworzyć takie utwory, które będą tętnić mocą zarówno na nagraniach studyjnych jak i podczas koncertów, więc unikamy nakładania dodatkowych ścieżek czy innych takich trików z branży. Uwielbiam power metal czy metal symfoniczny i byłem na wielu takich koncertach, lecz czasami bywały one nie lada rozczarowaniem. Pewnie dlatego my wybraliśmy trochę inną ścieżkę. Niedawno koncertowaliśmy na trasie z Saxon. Oni są dla nas bezwzględną inspiracją. Istnieją już ponad trzydzieści lat i stale utrzymują swoje klasyczne brzmienie podczas swych występów. Promieniują pasją i energią, tak charakterystyczną dla ówczesnego NWOBHM. My też chcemy przeć do przodu przez wiele, wiele lat, niosąc wysoko sztandar naszej muzyki.
Jakie jest znaczenie tytułu „Three Kings”?
Na początek muszę przyznać, że to ja ponoszę całą odpowiedzialność za to, co znajduje się na okładce oraz za tytuł, ponieważ to ja ją namalowałem. Od kilku lat chłopcy zachęcali mnie do stworzenia artu dla Stormzone. Zawsze byłem temu niechętny, ponieważ okładka jest ważną częścią promocji płyty, a ja nie czułem się na sile by wziąć na swe barki taką odpowiedzialność. Okładki dotychczas tworzyli dla nas znakomici artyści, tacy jak  Rodney Matthews, lecz w tym roku mieliśmy dużo wydatków – na trasy i na merch, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na zawodowych artystów. Wziąłem więc w końcu byka za rogi, choć trochę z konieczności, i stworzyłem okładkę do naszego nowego albumu. Chciałem na niej zawrzeć sugestię wpływów celtyckich, które są naszym dziedzictwem kulturowym, oraz odniesienia do jednego z utworów z płyty. Utwór „Three Kings” jest kontynuacją opowieści, którą zaczęliśmy w „Death Dealer” z albumu o tym samym tytule i pociągnęliśmy przez „Last Man Fighting” oraz „This Is Our Victory”. Sama postać Death Dealera została oparta na sławnym obrazie stworzonym przez legendarnego Franka Frazettę. Chodzi o ten wręcz już ikoniczny wizerunek wielkiego, zahartowanego w boju wojownika, dzierżącego tarczę i topór, siedzącego na czarnym rumaku. Na głowie wojownika siedzi „hełm”, jego prawdziwe źródło siły. Ten „hełm” jest tak naprawdę żywym symbiontem, który przejął kontrolę nad ciałem wojownika, dzięki czemu ten może samodzielnie wygrywać bitwy czy całe wojny. To właśnie hełm jest Death Dealerem, który pasożytował na wielu wspaniałych wojownikach! W „Three Kings” hełm został odkryty między wielkimi korzeniami mistycznego drzewa. Zanim zdołał on opętać duszę wojownika, który go znalazł, został okryty magiczną peleryną, przez którą jego moce nie mogły się przebić. Następnie przetopiono go w piekielnych ogniach w górze podobnej do Góry Przeznaczenia na trzy korony. Korony te zostały ofiarowane trzem książętom, którym potem nadano trzy królestwa, by rządzili całym światem, kiedy obecnie panujący król odejdzie. Król ofiarował je swym synom w wierze, że po jego śmierci korony ochronią jego królewską linię władającą całym światem i związane z nią dziedzictwo. Na zawsze rozdzieleni przez granice swoich królestw bracia, już koronowani, nie mogliby się spotkać, lecz moc hełmu nie może być wiecznie tłumiona. Zew trzech koron dąży do ich zjednoczenia, co w końcu wywołuje wojnę. Trzej nowi królowie spotkają się w końcu na polu bitwy, a trzy korony znów będą mogły scalić się w jedno, lecz ten z Trzech Króli, który wyjdzie z bitwy zwycięsko będzie dzierżyć trzy korony, które na powrót staną się hełmem, odrodzonym jako Death Dealer!
Czy możesz nam powiedzieć co nieco na temat waszej trasy z Saxon w lutym tego roku?
Graliśmy już z Saxon w zeszłym roku w Belfaście i w Dublinie. Praktycznie natychmiast wytworzyliśmy z nimi wielką więź. Wszyscy w zespole jesteśmy wielkimi fanami Saxon i był to dla nas wielki zaszczyt. Obejrzeli nasze występy i zgodnie stwierdzili, że Saxon i Stormzone bardzo do siebie pasują na koncertach. Dzięki temu zostaliśmy zaproszeni do zagrania z nimi trasy w listopadzie. Niestety te koncerty zostały odwołane z powodu choroby Lemmy’ego z Motorhead, a bez nich Saxoni nie uważali tej trasy za opłacalną. Straciliśmy przez to pieniądze, gdyż mieliśmy już zabookowane przeloty samolotowe. Taka jest wada koncertowania po Zjednoczonym Królestwie – przebywanie tego podłego pasa wody zwanego Morzem Irlandzkim. Jednak powody stojące za odwołaniem trasy były całkowicie zrozumiałe, Lemmy był naprawdę w fatalnym stanie! Na szczęście trasa została przeniesiona na luty 2014! Postanowiliśmy podróżować tym razem promami i vanem, zamiast latać samolotem, dzięki temu mogliśmy być bardziej elastyczni, zwłaszcza że zdrowie Lemmy’ego nie poprawiało się. Nadal wisiało nad trasą widmo jej odwołania. Jak się okazało, znowu czarny scenariusz się sprawdził – Motorhead znów anulował swój udzał. Wyglądało na to, że Saxon, choć niechętnie, lecz postąpi tak samo. To dlatego, że cały sprzęt oraz ekipa techniczna Saxon jest z Niemiec, tak samo jak ich management. Fani mogą tego nie zrozumieć, ale Saxon mógłby się stamtąd ruszyć dopiero dokoptowując się do trasy takiej kapeli jak Motorhead. Przeprowadziłem długą rozmowę telefoniczną z Biffem. Zasugerowałem, że skoro my już płyniemy do Anglii z własnym backlinem, dlaczego niby Saxon nie mógłby zagrać na naszym sprzęcie z naszą pomocą? Dzięki temu udało nam się wypracować satysfakcjonujący wszystkich kompromis. Wiedzieliśmy, że dla nas to będzie trochę więcej roboty niż gdybyśmy tylko mieli wyjść na scenę i supportować Saxon. Oznaczało to, że po każdym występie musieliśmy wrócić na scenę by pomóc Saxonowi się rozstawić, nastroić bębny, gitary i ustawić wzmacniacze. Znaczy, oznaczało to dla reszty zespołu, ja tutaj miałem niewiele do roboty. Dzięki temu mogłem dzielnie powspierać zespół spod baru, dbając o nasz PR. (śmiech) Muszę przyznać, że podczas naszej trasy z Saxon sprzedaliśmy o wiele więcej płyt niż kiedykolwiek wcześniej! Wytworzyła się także duża zażyłość między nami i ludźmi z Saxon. Pod koniec tego roku znów będziemy ich supportować na trasie!
Kiedy zamierzacie rozpocząć prace nad kolejnym albumem studyjnym?
Prawdę mówiąc nigdy nie skończyliśmy pisać materiału. To nie jest dobry pomysł, by robić sobie przerwy w tworzeniu, aby potem nagle do tego wrócić, bo jest potrzeba napisania czegoś na nowy album. Nie zamierzamy zmieniać kierunku, w którym podążamy. Technicznie rzecz ujmując w momencie, gdy skończyliśmy nagrywać „Three Kings” rozpoczęliśmy pracę nad naszym kolejnym albumem! Utwory z „Three Kings” mogą się trochę różnić od naszego poprzedniego materiału, gdyż akurat uchwyciły taki moment w naszym procesie twórczym. Nie chcieliśmy świadomie tworzyć czegoś co miało być na siłę inne. Proces kreowania materiału jest ciągle taki sam. Zaczyna się od tego, ze któryś z nas ma pomysł i przynosi go na próbę. Siadamy nad tym, tworzymy partie, które stają się intrem, zwrotką, refrenem. Następnego wieczoru idziemy do studia naszego gitarzysty Steve’a, gdzie są nagrywane wszystkie nasze albumy) i rejestrujemy partie instrumentowe. Następnie Steve przesyła mi zgrywki mailem i ja zaczynam do tego pisać tekst i nagrywać wokale w moim studio. Zwykle przesyłam to, co dograłem jeszcze tego samego dnia. Ten epizod tworzenia utworu zwykle zajmuje nam jakieś trzy dni. Następnie dajemy utworom trochę poleżeć, a potem myślimy nad potencjalnymi zmianami – może tu należy wydłużyć zwrotkę, może tu należy dodać jakieś przejście i tak dalej. Po zanotowaniu wszystkich sugestii powtarzamy proces nagrywania i dogrywania. I tak w kółko. Jak musimy poćwiczyć przed koncertami, wtedy zawieszamy na tydzień lub dwa tworzenie utworów, gdyż wtedy musimy się skoncentrować na naszym aktualnym materiale. Potem jednak wracamy do momentu na którym zakończyliśmy, więc udaję nam się zachować ciągłość tego procesu. Naszym celem zawsze jest utrzymanie stałego brzmienia Stormzone.
Czy macie plany dotyczące zarejestrowania albumu koncertowego lub też DVD?
Zdecydowanie! Mamy nadzieję, że uda nam się profesjonalnie zarejestrować nasz występ audio oraz video na dużym letnim festiwalu, na którym najprawdopodobniej będziemy grać. Mając już na koncie cztery albumy studyjne możemy stworzyć bardzo ekscytujący set, który pokaże cały przekrój naszego dorobku muzycznego. Lepiej jest nagrać taki występ niż koncert, który ma promować naszą ostatnią płytę!
Razem z Davidem Batesem grałeś wcześniej w Sweet Savage. Kiedy dokładnie byłeś członkiem tego zespołu?
By w pełni zrozumieć powód dlaczego Stormzone dziś istnieje, należy się cofnąć głęboko w erę NWOBHM, gdy Sweet Savage powstało w Irlandii Północnej. Na pierwszy skład Sweet Savage składał się basista Raymie Haller, który także śpiewał, gitarzysta Vivian Campbell, drugi gitarzysta Trevor Fleming oraz Davy Bates, który grał na perkusji (teraz gra w Stormzone). Ten skład nagrał dwa single – „Take No Prisoners” oraz „Killing Time”. Sweet Savage jako takie powstało w 1980 roku i zaliczyło kilka udanych tras w swym wczesnym okresie – z Thin Lizzy oraz Wishbone Ash. Wyglądało na to, że sukces tej kapeli jest nieunikniony, więc zdecydowano, że kapela potrzebuję wyraźnego i charyzmatycznego frontmana. Dostałem się do tej kapeli w 1983 na miejsce wokalisty. Oprócz mnie został dokoptowany klawiszowiec Stephen Prosser w tym samym roku. Ten krok był zainspirowany pojawieniem się klawiszowca Darrena Whartona w Thin Lizzy. Trudy koncertowania w trasie dały się we znaki Trevorowi Flemingowi, który postanowił odejść z zespołu, by nie hamować naszego rozwoju. Do Sweet Savage doszedł wtedy Ian „Speedo” Wilson. Wtedy brzmienie Sweet Savage stało się bardziej melodyjne, choć wciąż zachowywało swój ciężar, porównywalny do późniejszego Whitesnake’a. Sweet Savage otwierało wtedy koncerty dla Thin Lizzy, Rory’ego Gallaghera i Wild Horses. Gdy Ronnie James Dio tworzył swój zespół, Jimmy Bain, były basista Rainbow oraz Wild Horses, zarekomendował mu Viviana jako idealnego gitarzystę. Po pierwszym przesłuchaniu dostał on w nowym zespole Dio posadę wioślarza. Spowodowało to dużą dziurę w składzie Sweet Savage. Bardzo ciężko było ją wypełnić, więc kontynuowaliśmy granie w takim składzie jakim byliśmy, z jednym gitarzystą. Postanowiliśmy wtedy też zmienić nazwę zespołu, by wyraźnie zaznaczyć nowy okres w naszej historii. Wtedy narodził się Emerald. Vivian grał nie tylko z Dio, ale także z Whitesnake i The River Dogs. Aktualnie spełnia się w Def Leppard. Był taki moment, gdy Vivian był z powrotem w naszym mieście, a my mieliśmy tego wieczoru grać koncert jako Emerald. Vivian dołączył wtedy do nas na scenie. To było cudowne oglądać znowu duet gitarowy Speedo oraz Viviana, zwłaszcza gdy pojedynkowali się na solówki po zagraniu „Emerald” Thin Lizzy. Wyglądało to wtedy na krótki reunion Sweet Savage!
Stormzone zagrało na Headbangers Open Air w 2010 roku. Jak wspominasz występ na tym kultowym festiwalu?
Headbangers Open Air jest wspaniałe. Jest to niezwykle autentyczne wydarzenie muzyczne, a Thomas i Jurgen [organizatorzy festiwalu –przyp.red.] wkładają w to całe swoje serce i pasję. To był prawdziwy zaszczyt, by tam zagrać, gdyż zwykle trafiają tam same legendarne zespoły, które mają dziedzictwo muzyczne sięgające jeszcze ery NWOBHM. Choć wpasowujemy się w taką stylistykę, to jesteśmy w sumie relatywnie młodym zespołem, który dopiero mozolnie buduje swoje dziedzictwo. Byliśmy bardzo wdzięczni za możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu. Po tym festiwalu zagraliśmy kilka koncertów podczas trasy z Cinderellą i Stryperem, po czym dostaliśmy zaproszenie zagrania na Wacken Open Air. To był prawdziwy punkt zwrotny dla Stormzone, gdyż dostaliśmy jasny sygnał, że zmierzamy w dobrym kierunku. Na tym festiwalu ludzi rozpieszcza się bogactwem wyboru, a wiele zespołów, które tam gra jest o wiele bardziej ekstremalne niż Stormzone. Trochę nas to martwiło, jak widzieliśmy że na występach innych kapel tłum brutalnie moshuje i robi ściany śmierci. My graliśmy o wiele lżej, no i byliśmy dość nieznany zespołem. Okazało się jednak, że na nasz występ przyszło całkiem sporo ludzi, którzy byli pozytywnie zaskoczeni tym, że ze sceny w końcu płynie klasyczny metal. Zakończyliśmy nasz występ „Legend Carries On”, który porwał tłum, a schodząc ze sceny towarzyszyły nam okrzyki „Stormzone! Stormzone!”. Takie wspomnienie pozostanie w naszych głowach już na zawsze!
Jakbyś opisał aktualną sytuację na metalowej scenie w Irlandii Północnej?
Ostatnio dobrze się na niej dzieje. Nie tylko dla samego heavy metalu. Wiem, że to nie jest dokładnie ten sam gatunek co my, ale Snow Patrol stał się całkiem znanym zespołem na świecie. Oprócz tego mamy Sweet Savage, Primordial, Trucker Diablo, stonerowców z Triggerman oraz całkiem świetny The Answer. Wszystkie te zespoły, razem ze Stormzone, robią naprawdę dużo hałasu. Dzięki temu jesteśmy w stanie umieścić Irlandię Północną na metalowej mapie. Nasz kraj przetrwał bardzo wiele trudów w przeszłości, ale dziś znajduje się w centrum uwagi z dużo ciekawszych powodów. Mam nadzieję, że młode zespoły dostrzegą lepsze perspektywy niż granie popu i dołączą do prężnej irlandzkiej sceny rockowej.
Jak wyglądają najbliższe plany dla Stormzone? Gdzie macie zaplanowane najbliższe koncerty? Gdy przeglądam wasz rozkład jazdy, widzę wyłącznie koncerty, które będą miały miejsce na brytyjskiej ziemi. Co z resztą Europy?
Ten rok będzie okresem, w którym będziemy się bardziej koncentrować na koncertowaniu. Chcemy rozgłosić swoje imię wszem i wobec na trasie. To oznacza, że nie jesteśmy zainteresowani wyłącznie graniem w Wielkiej Brytanii, lecz także w Europie Kontynentalnej. Koncerty z Saxon na początku roku były kompletnie wyprzedane. W Preston graliśmy dla tysiąca osób. To tysiąc osób więcej, które będą wiedziały czym jest Stormzone! Zagraliśmy także kilka lokalnych koncertów, na Blazefest, a w lany poniedziałek headline’owaliśmy coroczny Metalfest w Diamond Rock Club. W maju graliśmy w Szkocji. Następnie będziemy grali na Sonisphere Festival w Knebworth przed Metalliką, Deftones, Slayer i Iron Maiden oraz na Blodstock Open Air! To będzie prawdziwa okazja dla Stormzone! No i naturalnie mamy już zabookowane koncerty z Saxon na końcówkę roku – październik i listopad. Potencjalnie trasa z Saxon ma mieć prawie czterdzieści koncertów przez te dwa miesiące! Zamierzamy także nagrać garść utworów, które będą dostępne do pobrania. Nie będą to nowe numery, lecz jeden z każdego z trzech ostatnich albumów, które zostaną potraktowane dość niestandardowo przez nas. Oprócz tego dojdą jeszcze kolejne rzeczy, gdyż nasz manager Steve Simms pracuje bez wytchnienia. To zdecydowanie będzie bardzo zakręcony rok!
Wielkie dzięki za to, że zgodziłeś się nam poświęcić swój czas! Trzymaj się!
Dzięki ci, Aleksandrze. Nie jestem w stanie powiedzieć jak bardzo doceniamy to, w jaki sposób wspieracie i zachęcacie nas do działania. Dzięki wam duch heavy metalu nadal żyje. Wiem, że na pewno żyje i ma się dobrze w sercach fanów heavy metalu w Polsce. Będziemy robić co w naszej mocy, by móc odwiedzić wasz wspaniały kraj w najbliższej przyszłości. Dziękuję także za możliwość porozmawiania na temat Stormzone. Mam nadzieję, że nasza twórczość spodoba się tym, którzy dopiero będą ją odkrywać. Do zobaczenia wkrótce!

podziękowania dla Katarzyny Świrskiej
Przeprowadzono: maj 2014

Obsession – Marshall Law




Obsession – Marshall Law
1983/1998, Metal Blade Records
Szpaler Marshalli i piątka zakapturzonych egzekutorów to świetny motyw na okładkę, zwłaszcza, że mamy rok 1983, a amerykański heavy/power dopiero się rodzi na jankeskiej ziemi. Prawdziwy heavy metalowy kicz w najlepszym wydaniu. Mimo trochę rachitycznej i topornej kreski grafika prezentuje nam to, czego możemy się spodziewać po krążku jaki skrywa. A to dlatego, że zawartość muzyczna też jest trochę toporna i rachityczna, lecz na szczęście tylko pod kątem produkcji dźwięku. Brzmienie jest wybitnie old-schoolowe, a sama muzyka Obsession prezentuje się z klasą. Słychać, że to stu procentowy metal pełną gębą.
Muzyka przypomina zadziorność i szybkość jaką serwowało nam ADX na samym początku swej kariery. Wyraźne podobieństwo można także znaleźć w amerykańskim Malice, a także w Damien, jeżeli się od niego odejmie wyraźne wpływy Riot. Obsession tłucze energiczny speed metal z melodyjnymi oraz mocarnymi riffami. Jak na 1983 rok ten materiał wręcz zabija. Spokojnie może stawać w szranki z inną świetną epką ze stanów z tego roku, mianowicie z "Deliver Us" Warlorda. Obsession serwuje nam jednak nieco odmienną stylistykę niż majestatyczny i bardziej melodyjny Warlord. Tutaj lecą cegły w okna, tutaj wirują krowie łańcuchy, słowem - rzeźnia niesłychana.
Na "Marshall Law" spotykamy bardzo dobrze dopracowany miks. Wspaniale słychać swawolny bas, a także bardzo fajnie zreverbowany werbel, którego niemiłosierny łomot wspaniale współgra z wysokimi i mięsistymi gitarami. Wiosła mimo niezbyt dużego poziomu przesteru i brzmienia w stylu bzyczenia komara, naprawdę dają radę.
Na płycie możemy znaleźć cztery wyśmienite utwory. EP startuje szybkim i przebojowym "Only the Strong Will Survive". Speed metalowy riff ze złowieszczymi zwrotkami i refrenami przechodzi w ostry gitarowy pojedynek. Wiosła wyją i jęczą niczym upojone seksem kobiety podczas rzymskiej orgii. Płomienie dźwięków przeszywają to nagranie na wskroś raz po raz. Gra solowa i moc, która płynie z tego kawałka to naprawdę heavy metal iście wysokich lotów.
Następny utwór ochładza trochę klimat otulając nas całunem mrocznej tajemnicy. Średnie tempo i zwiastujący zgubę riff otwierający "Hatred Unto Death" idealnie koreluje z umiejętnie kreowanym klimatem. Reszta utworu to doskonałe połączenie wszystkich kluczowych składników, które powinny się znaleźć w takim metalowym oberku. Mamy tu dobre riffy, mamy fajną miarową perkusje, dobre wokale, no i przecudowną grę solową, która uprawia sporo mariaży z wczesnym Iron Maiden i Tokyo Blade.
Klimat ulega natychmiastowego podgrzaniu, po tym jak na wysokich obrotach wjeżdża szybkie i energetyczne "Execution". Tu nie ma miejsca na odstępstwa - szybkie gitary serwują nam taką speed metalową ucztę, że głowa mała. Ostatnim numerem jest utwór tytułowy, czyli "Marshall Law". Szybkie tempo i podwyższona dawka ożywiającego heavy metalu są nadal obecne. Judasowy riff został otoczony z każdej strony przebłyskami strzelających płomieni leadów gitarowych. Ten utwór to szaleństwo autostradowe cadillakiem z urżniętym dachem. Istna speed metalowa impreza.
Wydawnictwo "Marshall Law" pokazuje jak się powinno grać heavy metal. Swoisty znak czasu - bardzo zgrabne amerykańskie świadectwo na to, że Nowy Świat też potrafi tworzyć świetne kompozycje i albumy.
Ocena: 5,5/6

Obsession – Scarred For Life




Obsession – Scarred For Life
1986, Enigma
Trzy lata minęły od świetnej EP "Marshall Law" zanim został nagrany pierwszy pełny album studyjny Obsession. Styl kapeli się przez ten czas wiele nie zmienił, dlatego "Scarred For Life" jest godnym przedstawicielem heavy metalu z tego okresu. To prostolinijny metal z lat osiemdziesiątych. Z fajnymi, chwytliwymi riffami, treściwymi tekstami i melodyjnymi solówkami. Skwierczące dźwięki lampowych wzmacniaczy dodają temu mocy i charakterystycznej siły. Utwory stanowią wręcz podręcznikowy przykład tego jak należy grać fajny, prosty i piękny heavy metal. Dużo tutaj typowej amerykańskiej szkoły gry, lecz zdarzają się także motywy kojarzące się z Niemcami lub Anglią. Taki "Winner Take All" momentami mocno pachnie niemieckim Scanner. Jednak nie ma co analizować każdego utworu dźwięk po dźwięku, gdyż "Scarred For Life" to bardzo dobre wydawnictwo, które zawiera metal wysokiej jakości w każdym swym utworze. "Bang 'em Till They Bleed" jest tak pełen krwiożerczej furii, że aż ściany latają przy odkręconych głośnikach. Gitary tną powietrze niczym jurny drwal kłodę na amfetaminie (i to nie drewno jest tu na dragach).
Obsession nie zapomina także o świdrujących solówkach i melodyjnych harmoniach, które idealnie współgrają z agresywną i dynamiczną wymową tego utworu. Wciąż muzyka Obsession to mocny power metal, silnie zakorzeniony w Tokyo Blade, a swą melodyjnością przypominający inne amerykańskie kapele takie jak Malice, Fifth Angel, Salem's Wych a także nieco Savage Grace. Ogół utworów nie pluje już tak szybkością jak na "Marshall Law", jednak dalej tempo jest stosunkowo wysokie. Niemniej utwory nie tracą na swej kondycji. Jakość materiału zawartego na tym wydawnictwie jest bardzo wysoka.
Kunsztowną okładkę opracował ten sam artysta, który był odpowiedzialny między innymi za takie klasyki jak "From the Fjords", "Burn To My Touch" oraz "The Spectre Within". Fajnie, że oprócz zawartości merytorycznej płyty dopracowano także aspekt wizualny.
Ocena: 5/6

Obsession – Methods of Madness




Obsession – Methods of Madness
1987, Enigma
Jest coś w filmach, które są otwierane przez heavy metalowe utwory. Zwłaszcza jeżeli są to old-schoolowe slashery klasy B! Jeden z nich - "Sleepaway Camp III - Teenage Wasteland" otwiera swą kartę tytułową szybkim i bezkompromisowym metalowym ścigaczem. Tym utworem jest nic innego niż tytułowy utwór z "Methods of Madness" grupy Obsession. Jednak to nie o tym kiczowatym filmie będę mówił, lecz właśnie o drugim albumie studyjnym amerykańskich metalowców.
Z okładki straszy nas kiczowate (a jak!) zdjęcie szalonego naukowca w kłębach dymu. Zabawne, że w tym samym roku Tankard na swym "Chemical Invasion" też miał szalonego naukowca, co prawda w trochę innej stylizacji, jednak motyw wciąż ten sam. "Methods of Madness" stanowi album wybitny, który posiada świetnie dopracowane kompozycje, ociekające kunsztem i duchem prawdziwego heavy metalu. Szybkie, melodyjne - naturalnie we właściwych granicach - gitary oraz przeszywające wokale sprawiają, że to dzieło słucha się nadal przyjemnie po tylu latach.
Z dobrymi kompozycjami w parze idzie świetna produkcja dźwięku. Monumentalny początek otwierającego album "Four Play/Hard to the Core" przeradza się w spienione fale US power metalowej nawałnicy. Szybki i niejednostajny riff wściekle atakuje nasze bębenki, a za nim postępują następne, a za nimi kolejne! Mike Vescera przy tym nie oszczędza swoich strun głosowych. Śpiewa wysoko, z duszą i emocją. Gdy trzeba to wchodzi w jeszcze wyższe rejestry, grzmiąc niby syrena alarmowa.
Kolejna pozycja na płycie czyli "High Treason" swoją formułą przypomina to, co równocześnie w tym samym roku robiło Sanctuary na swym debiutanckim "Refuge Denied". Jest szybko, skocznie, a same gitary prześcigają się w rozrywających nas od środka patentach. Podobną wymowę ma świetny power metalowy hicior "Panic In The Streets". Żeby nie było monotonnie już taki "Too Wild To Tame" jedzie na kilometr przebojowym podejściem do heavy metalu w stylu kapel z Los Angeles z tamtego okresu. Nie należy także zapominać o wyścigowym utworze tytułowym, o którym wspominałem już wcześniej. Kipiący młodzieńczą furią i sypiący żwirem po oczach "Methods of Madness" z niezwykle jaskrawym zaśpiewem w refrenie, to stado mustangów gnające przez prerię, to orzeł opadający na swą sparaliżowaną ze strachu ofiarę, to grzmiący wodospad pośród wypalonego pustkowia. Bezkompromisowa jazda na piątym biegu!
Obsession na tym albumie nie gra wyłącznie szybko. Trafiają się także chwilę refleksji jak "Desperate To Survive". Trafimy także na średnie tempa, lecz nawet tam Obsession nie idzie na łatwiznę, aranżując bardzo ciekawe motywy. Na przykład taki potencjalnie prosty riff w "For The Love of Money" został tak skonstruowany, by co jakiś czas wyskakiwać z ram, w których spodziewaliśmy się, że będzie tkwić. Obsession tym wydawnictwem wpasowuje się w pierwszy szereg US power metalowych kilerów. Niestety to był ostatni album, który kapela nagrała w klasycznym składzie w latach osiemdziesiątych. Do następnego studyjnego krążka przyszło poczekać aż do roku 2006.
Ocena: 5,5/6

Obsession – Carnival of Lies




 Obsession – Carnival of Lies
2006/2007, Mausoleum Records
W zreaktywowanym w 2004 roku Obsession jedynymi członkami ze starego składu kapeli byli wokalista Michael Vescera oraz perkusista Jay Mezias. Pozostałe miejsca w line-upie uzupełnili gitarzyści Scott Boland i John Bruno oraz basista Chris McCarvill. W takim składzie kapela nagrała w 2006 roku album "Carnival of Lies", płytę udaną i pełną fajnych heavy metalowych strzałów. Takie twory jak "Smoking Gun", "Carnival of Lies", "Written in Blood" czy "Playing Dead" nie odbiegają od tego, co prezentowało nam Obsession w latach osiemdziesiątych. Pozostałe numery stanowią w większości dobrze dopracowane i wyważone power metalowe kompozycje na modłę starej amerykańskiej szkoły power metalu. Nagrany na nowo "Marshall Law" także się znakomicie prezentuje.
Kapela bardzo umiejętnie operuje swym brzmieniem. Słychać, że produkcja dźwięku jest trochę bardziej nowoczesna i cyfrowa, jednak nie ulegnięto wszędobylskiemu już nadmiernemu jej polerowaniu. Wzgardzono też motywami, które inne kapele power metalowe zaczęły stosować. Dlatego praktycznie nie uświadczymy tutaj klawiszy ani żadnych brokatowych syntezatorów. Gitarzyści poza tym grają swoje solówki i partie prowadzące w stylu wczesnego Obsession.
Na reedycji Mausoleum Records możemy znaleźć dwa bonusowe utwory - nagrany na nowo "Panic In The Streets" oraz "Judas", które stanowią fantastyczne uzupełnienie tego dzieła. "Carnival of Lies" jest prawomocnym i naturalnym przedłużeniem dorobku Obsession z lat osiemdziesiątych. Nagranie brzmi tak, jakby właściwie nie było aż dwudziestoletniej przerwy między "Methods of Madness" a tym albumem. 
Ocena: 5/6

Obsession – Order of Chaos




Obsession – Order of Chaos
2012, Inner Wound Recordings
"Order of Chaos" na chwilę obecną jest ostatnim albumem jaki nagrał Michael Vescera pod szyldem Obsession. Wydany w 2012 roku album w godny sposób kontynuuje owoce twórczości tej metalowej ekipy. Chciałoby się, by na przykład taki Metal Church albo dowolny inny power metalowy gigant zza Oceanu brzmiał w ostatnich latach tak jak Obsession na „Order of Chaos”. Warstwa instrumentalna brzmi odpowiednio, a Michael Vescera nie zawodzi w swych wokalizach.
Utwór tytułowy ze świetnym, chwytliwym refrenem bryluje na albumie. Widoczne są w nim pewne delikatne elementy wczesnego power metalu z Europy, na szczęście bez zbędnej dawki przemelodyjkowania czy przecukrzenia poszczególnych partii. Obsession, jak na każdym poprzednim albumie, pokazuje swoje różnorodne ścieżki kompozytorskie. Nie mamy tutaj tupanki na jedno kopyto. Znajdziemy tutaj hity, tak jak i kompozycje bardziej klimatyczne jak wstrzemięźliwy „Cold Day In Hell” z neoklasycznymi solówkami. Wyraźne miejsce na albumie zajmuje też pełny podniosłych zaśpiewów i prostych mocnych riffów „Twist of the Knife”. Skojarzenia z Heavens Gate i wczesnymi utworami Blind Guardian mocno nasuwały się wręcz same.
Załoga Mike’a Vescery spróbowała też nagrać coś w stylu nowszego Iron Maiden w postaci „Wages of Sin”. Efekt dość podobny jak w przypadku Brytyjczyków – koneserom takich brzmień, zapewne się spodoba, pozostałym fanom metalu podejrzewam, że już średnio.
Vescera w nim momentami żywo przypomina Midnighta z Crimson Glory, co jest dość ciekawym spostrzeżeniem. Mimo wszystko, cały album jest dość równy w swym poziomie. Obsession dostarcza nam, jak to miało miejsce i wcześniej, wysokiej jakości materiał, którego po prostu przyjemnie się słucha. Nie ma tu miejsca na szokujące niespodzianki, nagłe zmiany stylu i brzmienia czy inne nieprzyjemności. Jest melodyjnie i jest mocno, tak jakby się tego chciało.

Ocena: 4,8/6