środa, 2 września 2015

Axxion - wywiad



ZAFASCYNOWANI EUROPĄ

Występ tej kapeli na tegorocznej odsłonie Headbangers Open Air zrobił piorunujące wrażenie na zgromadzonej publiczności. Mimo wczesnej pory, bezlitosnego skwaru oraz dochodzenia do siebie, po ekscesach związanych z Overkillem i M-pire of Evil z dnia poprzedniego, młodzi Kanadyjczycy zebrali, w trakcie swojego występu, bardzo dużą publiczność pod sceną. Zespół, w którym udziela się Alison Thunderland oraz Mr Shred, znani z wczesnego okresu Skull Fist, porwał wszystkich swym bezkompromisowym melodyjnym heavy metalem. Przebojowość i charyzma lała się ze sceny. Obyło się też bez zbędnego epatowania old-schoolem. Trzeba przyznać, że Axxion, mimo tego, że jest nowym graczem na młodej scenie, to zespół, któremu warto się przyjrzeć z bliska.

Wyjaśnijcie dlaczego wasz zespół ma taką szczególną nazwą?
Devon Kerr: Pewnego dnia siedzieliśmy i piliśmy piwo, tak jak zawsze, i rozmyślaliśmy nad stosowną nazwą dla zespołu. Mieliśmy już trzy potencjalne typy, lecz akurat skądś padła nazwa Action. Wiesz, chodzi o wybuchy, eksplozje, takie tam. Stwierdziliśmy, że to całkiem dobry pomysł. Jednak samo gołe słowo „action” wygląda tak jakoś nieszczególnie. Dodaliśmy więc dwa iksy, trochę w nim namieszaliśmy i od razu zaczęło to wyglądać lepiej.
Alison Thunderland: I przy okazji mamy old-school (śmiech).
Devon: (śmiech) Nie wiąże się z tym żadne ukryte znaczenie czy wiekopomne przesłanie, w ogóle jakieś to takie nieprzemyślane trochę…
Chris Riley: Nie należymy do bystrzaków!
(Śmiech) Według mnie nazwa jest świetna. Kto jest bezpośrednio odpowiedzialny za założenie zespołu?
Devon: Ja i Alison. Ja odszedłem z zespołu Midnight Malice, ona ze Skull Fist. Znaliśmy się już wcześniej. Zaczęliśmy jammować w wolnych chwilach po czym postanowiliśmy założyć zespół. Znaleźliśmy dwóch ziomków, którzy okazali się niewypałami. Potem spotkałem Chrisa gdzieś w bocznej uliczce. Stwierdziłem, że wygląda jakby grał na basie. Nawet pachniał trochę w ten sposób (śmiech). Sir Shred był starym znajomkiem Alison ze Skull Fist, więc gdy postanowiliśmy namówić go na granie z nami, to nie opierał się zbyt długo. I tak powstał zespół.
Skoro poruszyliśmy już temat Skull Fist… dlaczego odeszliście z zespołu? Teraz mamy okazję posłuchać jak wygląda druga strona tej historii. (śmiech)
Ken Neilson: Po prostu przestaliśmy się dogadywać z Jackiem. Ostatnia trasa z nim to była istna porażka. Strasznie się pożarliśmy. Jednak to przeszłość i już nasze relacje z nim wyglądają lepiej…
Czyli nadal przyjaźnicie sięz Jackiem?
Ken: Tak, jednak nie zamierzamy z nim raczej grać w jednym zespole, jeżeli nadarzy się taka okazja.
Rozumiem. Jak wygląda proces komponowania utworów w waszym zespole?
Devon: Zawsze tworzymy kawałki razem, w naszej sali prób. Czasem się zdarza, że ktoś przynosi zręby pomysłu na utwór, jednak nie jest to częste.
Chris: Zwykle zaczyna się od beztroskiego improwizowania. Shred zaczyna tymi swoimi paluszkami przebierać po gryfie i od tego zaczynamy budowanie utworu.
Devon: Co prawda jak robiliśmy „Tonight” zaczęło się od tego, że grałem na bębnach (śmiech). Alison wtedy nie była w salce, więc miałem okazję się trochę powygłupiać, siedząc za jej sprzętem. Skończyło się na tym, że wymyśliliśmy pierwsze riffy i motywy do nowego utworu.

Dlaczego zdecydowaliście się na to, by wasz debiutancki krążek miał na okładce wasze zdjęcie zamiast jakiegoś rysunku, grafiki lub innego malunku?
Ken: (śmiech) Bo to zdjęcie jest odjazdowe! Prawie wszystkie zespoły mają na swych okładkach jakieś dziwaczne rysunki, a my postanowiliśmy się trochę wyróżnić spośród innych. Niewiele jest takich zespołów, które mają swoje zdjęcie na przodzie płyty, a nasza właśnie taka jest. Z przodu zdjęcie, motyw graficzny w środku bookletu.
Alison: Oprócz tego przejadła nam się trochę grafika z naszej EPki. Jest naprawdę wspaniała, ale trochę ją zbytnio wyeksploatowaliśmy. Wszystko, co było związane z naszym zespołem, koniecznie musiało zawierać ten motyw.
Chris: Chcieliśmy poza tym trochę uciec od pewnego trendu, który towarzyszy młodym kanadyjskim zespołom metalowym. Jest taki gość z Toronto o ksywce Squid. On jest autorem większości okładek młodych kapel. Jest naprawdę fantastycznym artystą. Wszyscy u niego zamawiają rysunki. My też tak zrobiliśmy – okładka pierwszej EPki jest jego dziełem, jednak teraz chcieliśmy wejść na trochę inny tor i daliśmy coś bardziej oryginalniejszego na okładkę „Wild Racer”.
Devon: Chcieliśmy pokazać jaka z nas przystojna i atrakcyjna załoga…
Chris: (śmiech) Dla tych, których wzburzy nasza brzydota, zawsze pozostaje zamknięcie oczu.
Czy nagrywaliście płytę w tym samym miejscu, w którym nagrywaliście Epkę „Axxion”?
Chris: Owszem, lecz z wyjątkiem perkusji. Perkusja była nagrywana w osobnym studio w Toronto.
Alison: Nagranie bębnów zajęło nam tylko dwa dni.
Devon: Cała reszta była nagrana w studio, które Shred ma w swoim domu. Nie lubimy, gdy inni ludzie wpitalają nam się do naszej muzy.
Ken: Nikt nie włoży dziwnych pomysłów do twoich utworów, nikt nie wpadnie nagle na pomysł zmiany twojego brzmienia i tak dalej. Dlatego Axxion na płytach brzmi po prostu jak zespół, który gra swoje.

Czy są jakieś szczególne zespoły, które wpłynęły na to, jaką muzykę gracie lub na to, jakimi jesteście teraz muzykami?
Ken: Tyran’ Pace!
Alison: Na mnie miał największy wpływ Nicko McBrain z Iron Maiden. Zawsze będzie to mój idol numer jeden! Jestem też wielką fanką Reckless, którzy byli zespołem z naszego rodzimego Toronto.
Właśnie, a co poza tym z kanadyjskiej sceny na was wpłynęło?
Ken: Przede wszystkim Thor. Nagraliśmy nawet ich cover na naszym albumie
Chris: To jest taka oczywistość, że nawet nie wypada o niej wspominać (śmiech).
Devon: Thor jest całkiem fajny. Dla mnie inspiracją zawsze był głos Davida Coverdale’a oraz Ian Gillana z Deep Purple
Chris: No, a wracając do Kanady to nie zapominajmy o…
Devon: Rush!
Chris: …Razor! (śmiech). Tylko Devon jest fanem Rush. Tak wielkim, że aż za nas wszystkich.
Dostaliście się na rozpiskę festiwalu Headbangers Open Air można by rzec – w ostatniej chwili. Szczęśliwie to wy zostaliście zaproszeni, by zastąpić Trespass. Muszę przyznać, że narobiliście ostrego dymu z samego rana, rozpoczynając drugi dzień festiwalu. Zgromadziliście bardzo liczną publikę pod sceną!
Chris: Mieliśmy pewne obawy co do tak wczesnej pory. Myśleliśmy sobie „cholera idziemy na pierwszy ogień! Pewnie nikogo jeszcze nie będzie i będzie dupa zbita”, ale okazało się inaczej. Gdy robiliśmy soundcheck to pod sceną pałętało się raptem kilka osób. Dwadzieścia minut później, gdy wróciliśmy na scenę, by zacząć nasz występ, przeżyliśmy miłe zaskoczenie.
Ken: Na naszym koncercie było przynajmniej z dwieście osób jak nie więcej.

Zatem jak wam się podoba na HOA?
Chris: Och, jest świetnie!
Devon: Dostaliśmy darmowe piwo (śmiech)
Chris: (śmiech) Muszę podkreślić, że Thomas i Jurgen [organizatorzy – przyp.red.] to wspaniali i bardzo serdeczni ludzie. Jurgen sprowadził nas tutaj, wstawił nas na Warm-Up Show, bardzo podoba mu się nasza muzyka i w końcu zaprosił nas na właściwy festiwal. Nie jestem w stanie mu wystarczająco podziękować za to, co zrobił dla naszego zespołu. Nie spotykamy się z czymś takim w Kanadzie, w Europie fani muzyki metalowej są bardzo „wygłodniali”, chcą chodzić na koncerty heavy metalowe, działają dla sceny i żyją nią, chcą być jej częścią!
Alison: W Kanadzie organizatorami są tylko wyzyskujące muzyków ścierwa [dosł. Money Grubbers – przyp.red.]. W Europie jest zupełnie na odwrót. Oszałamiające!
Chris: Tutaj nawet organizatorzy są fanami muzyki metalowej!
Wiele kapel zza Oceanu nie może się nadziwić jakie mają tutaj przyjęcie przez fanów i ludzi, którzy organizują trasy i koncerty.
Chris: W Ameryce, jeśli jesteś muzykiem, to jesteś postrzegany jako obywatel drugiej kategorii. Ludzie patrzą na ciebie tym spojrzeniem w którym miesza się pogarda i pobłażanie… „Och, więc czym się zajmujesz, grasz na jakimś instrumencie?”. W Europie jest super pod tym względem, że jest zupełnie na odwrót – muzycy są postrzegani o wiele lepiej, na pewno w kulturze związanej z heavy metalem. Jeżeli jesteś młodą kapelą z Toronto, musisz się bardzo starać, by się wybić, by zyskać uwagę. Naprawdę trzeba ciężko na to pracować. Za to tutaj o wiele więcej ludzi jara się tradycyjnym metalowym graniem. Jest to bardzo odświeżające i w pewien sposób samo w sobie jest nagrodą, po tych wszystkich przeciwnościach losu, jakie nas spotykają w naszym kraju.
Dużym zaskoczeniem było dla mnie usłyszenie coveru starej zakurzonej kapeli Black Axe na waszym koncercie. Świetne wykonanie! (śmiech)
Alison: (śmiech) Wszystkie podziękowania należą się mnie. To był mój pomysł żebyśmy grali ten utwór [„Highway Rider” – przyp. red.]
Ken: Nieprawda, bo mój! (śmiech) Nagraliśmy też ten utwór w studio i jest na naszej EPce, lecz tylko na jej winylowym wydaniu.
Alison, jakiś czas temu pojawiłaś się w teledysku do utworu Cauldron – „Nitebreaker”. Opowiedz nam trochę jak doszło do tego, że tam wystąpiłaś i jak przebiegały nagrania tego klipu?
Alison: Pewnego dnia siedziałam u mnie w domu w salonie i… układałam puzzle (śmiech).
Devon: Nie dajcie się zwieść – to były alkoholowe puzzle.
Alison: Wtedy zadzwonił do mnie Jason Decay z Cauldron i zaproponował mi udział w klipie do ich kawałka. Bez wahania się zgodziłam. Pojechaliśmy pod miasto, jakieś dwie godziny drogi od Toronto. Fajnie tam było, tylko pola, łąki i olbrzymi las. O szlag… [w tym momencie żywa gestykulacja Alison spowodowała wylanie piwa, które Devon postawił przed sobą. Mimo ogólnej wesołości i zalanych spodni, Devon nie zmienił swej mimiki twarzy ani na jotę i udał się po następny browar]. Zaczęliśmy filmować późnym popołudniem i skończyliśmy o ósmej nad ranem. Robiliśmy ujęcia przez całą noc. Większość teledysku składa się z nocnych scen, więc musieliśmy ich zrobić naprawdę dużo. Świetnie się przy tym bawiliśmy.
Chris: Pożyczyliśmy Alison na zasadzie „coś za coś” – goście z Cauldron mieli wystąpić w naszym teledysku.

Devon mówił ze sceny, że Axxion nagrał nowy wideoklip. Opowiedzcie o tym jak on wygląda oraz do którego utworu został on stworzony.
Devon: Owszem, trio z Cauldron miało się pojawić w naszym teledysku, jednak trochę zmodyfikowaliśmy jego scenariusz. Mamy taki wielki kostium Wielkiej Stopy. Jednak oni wszyscy byli na niego za wysocy! (śmiech)
Alison: Każdemu z nich wystawały ręce z niego i w ogóle wyglądało to bardzo biednie. Robiliśmy co było w naszej mocy by któregoś z nich zmieścić w ten kostium, jednak nie dało rady. Koniec końców to kuzyn Shreda przebrał się w ten strój i to on się pojawia na teledysku do „Tonight” jako Sasquatch. Ten teledysk też był robiony w jeden dzień i w jedną noc.
Przeprowadzono: lipiec 2013 

Sign of the Jackal – Mark of the Beast




Sign of the Jackal – Mark of the Beast
2013, High Roller Records
Ten album jest debiutanckim krążkiem młodych Włochów z Trydentu. Po kilku latach nieustannego ostrzenia apetytu, w końcu możemy cieszyć uszy prawdziwą ucztą dla zmysłu słuchu. Zawartość "Mark of The Beast" stanowią głównie na nowo nagrane utwory obecne na poprzednich wydawnictwach grupy. Z demo "Haunted House Tapes" na długogrającą płytę trafił "Sign of the Jackal" oraz przebojowy "Fight For Rock". Z EP zatytułowanej "Beyond" zostały odświeżone utwory "Night of the Undead", "Hellhounds", "Heavy Metal Demons" oraz instrumentalny "Paganini Horror", czyli niemalże cała zawartość mini albumu. Przez to na "Mark of the Beast" pojawiły się raptem, nie licząc intro i coveru, cztery nowe kompozycje. Ci, którzy są zaznajomieni z dotychczasową twórczością Włochów mogą czuć lekki niedosyt. Jednak poziom i moc nowych, jak i starszych numerów rekompensuje ewentualne rozczarowania. 
"Mark of the Beast" to prześwietny album, wierny tradycyjnym old-schoolowym ideałom i prawidłom prawdziwej heavy metalowej muzy. Cała zawartość płyty jest utrzymana w klimacie i konwencji kultowych horrorów klasy B - czyli tych najlepszych, a nie jakiegoś ugłaskanego kina dla stulejarzy. Motywy związane z tą tematyką popkultury, zwłaszcza tworzoną przez osławionego włoskiego reżysera i scenarzystę - Lucio Fulciego, są obecne niemalże w każdym utworze. W dodatku te tematy są poruszone z klasą i dzięki temu nie tracą swej klimatyczności. Nie tak, jak głupkowate, lapidarne, bzdurne thrashowo/crossoverowe potworki o zombiakach, które wszystkie horrorowe motywy sprowadzają do rynsztokowego bełkotu dla quasi-metalowych plebejskich spierdolin. 
Teksty i muzyka Sign of the Jackal są dopracowane i wymuskane jak hołubione dziecię. Nie znaczy to, że produkcja dźwięku jest wyśrubowana do granic możliwości. Wręcz przeciwnie, jest na niej nostalgiczna patyna miksowania ścieżek rodem z lat osiemdziesiątych. Wbrew pozorom działa to na korzyść materiału zawartego na tej płycie - bo tak powinna brzmieć tego typu muza, a nie jakieś przetechnologizowane, zdygitalizowane, popodciągane ścieżki.
Powróćmy jednak do omawiania brzmienia "Mark of the Beast". Muzyka włoskiego kwintetu jawi się jak ciasno skompresowany pakunek riffów i patentów rodem z samego środka lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W muzyce Sign of the Jackal bardzo łatwo odnaleźć bezpośrednie wpływy Tyrant, Accept, Gotham City, Crossfire, a także Riot oraz speed metalowego Exciter. Kompozycje na tej płycie ciągle oscylują między brzmieniem i klimatem tych starych kapel. Momentami da się wyczuć nawet riffy podchodzące subtelnie pod granie w stylu Black Knight czy Pretty Maids. Tak czy owak, wszyscy muzycy wspinają się na wyżyny swoich umiejętności - od ciekawych przejść perkusyjnych, poprzez tętniący i żywy bas, aż po płomienne i melodyjne solówki. Skoro mowa o solówkach - mankamentem, o ile można użyć takiego słowa, gry solowej jest przesyt tappingów. Wygląda na to, że ta technika jest ulubioną zagrywką gitarzystów z Sign of the Jackal. Moim zdaniem jednak trochę za często jej używają w swych utworach, zwłaszcza, że większość solówek ma zbliżone do siebie brzmienie, przynajmniej w którymś momencie trwania solo. 
Mocny i silnie zaakcentowany w miksie głos wokalistki jest wspaniałym zwieńczeniem całości muzyki. Dzięki niej, przy słuchaniu debiutu Sign of the Jackal, mimowolnie nawiedzały mnie skojarzenia z Original Sin, Taist of Iron, Black Knight, a przede wszystkim z Acid oraz, co ciekawe, z Chastain, gdyż głos Laury Coller jest łudzącą podobny do maniery śpiewania frontmanki wspomnianej kapeli. Mimo tego, że akcent Laury wywołuje co jakiś czas uśmieszek w kąciku ust, jej śpiewu słucha się bardzo przyjemnie. Tak jak i całej muzyki na "Mark of the Beast". Ta płyta jest pełna pierwotnego żaru oraz horrorowego klimatu. Dusza tradycyjnego heavy metalu przemawia z tego dzieła poprzez old-schoolowe riffy i bujne solówki, które nie stronią od wzniosłych harmonii gitarowych w swych kulminacyjnych momentach. 
Ocena: 5/6

Sodom – Epitome of Torture




Sodom – Epitome of Torture
2013, Steamhammer
Po takim zespole jak Sodom, filarze niemieckiego thrash metalu, prawdziwy fan muzyki metalowej spodziewa się wyłącznie świetnych albumów, przepełnionych agresywną muzyką i prawdziwą headbangerską ucztą. Uciekanie się do półśrodków lub odcinania kuponów nie jest nawet brana pod uwagę. Stawia to przed podstarzałym już thrash metalowym trio nie lada wyzwanie. Trzeba się pogodzić, choć z trudem, z faktem, że czasy „Persecution Manii” i „Agent Orange” bezpowrotnie minęły. Jednak nie oznacza to, że Sodom nie nawiązuje do tych dokonań w swych najnowszych dziełach. I tak stajemy przed najnowszą produkcją Niemców. Albumem, który sądząc po przewrotnym tytule, ma być prawdziwym uosobieniem męczarni i cierpienia.
Na samym starcie można się przekonać, że muzyczna zawartość "Epitome of Torture" zaskakuje. Nie jest to Sodom najwyższej klasy, jednak nadal jest to profesjonalna, rzemieślnicza robota. Tom chyba trochę za bardzo zapatrzył się na niedawne dokonania Kreatora, gdyż riffy i produkcja bardzo przypomina styl ostatnich płyt załogi Millego Petrozzy. Zwłaszcza o poziomie produkcji można tu wiele pisać. Na "Epitome of Torture" zostało bardzo mało miejsca na brud w garach czy gitarach. Nie jest to dobra rzecz, gdyż przez to płyta brzmieniowo oscyluje niebezpiecznie blisko klimatów groove metalowych i post-thrashu. Eskapady w post-thrashowe rewiry, których korzenie sięgają pierwszej połowy lat 90tych są bardzo wyraźne prawie na całym albumie. Załamania rytmu, nietłumione przygładzone riffy, proste świergoczące melodie... Jednak już rozwiewam wszelkie wątpliwości. Nie jest aż tak źle jakby się mogło wydawać! 
Wokal Angelrippera jest ostry i agresywny jak zawsze. Na tej płycie jednak Tom zaczął eksperymentować z bardzo niskimi zaśpiewami, podchodzącymi momentami pod umiarkowany growling. Na łupiącym "Stygmatized" frontman Sodom prezentuje całe swoje spektrum możliwości wokalnych. Nie powiem - brzmi to bardzo potężnie. Sodom karmi nas całkiem sporą ilością ciekawych pomysłów na aranżacje kompozycji. Przez to utwory nie są jednostajne oraz nie są nudne. Interesującym zabiegiem było użycie melodii sowieckiej piosenki w utworze "Katjuscha". Sodom już kiedyś zawierał motywy ze znanych utworów w swoich kompozycjach (np. w "Bombenhagel") teraz znowu uciekł się do takiego chwytu. 
Patrząc ogólnie na "Epitome of Torture" nie da się ukryć, że nie jest to album wypełniony po brzegi świetnymi hiciorami. Znajdują się na nim typowe wypełniacze oraz utwory, które nie porwą słuchacza. Jednak występują tu także solidne pozycje. Sprinterski, wpadający w ucho "S.O.D.O.M.", z pełnymi furii chórami i szybkimi riffami, ciężki i równie szybki "Stigmatized", pełny tradycyjnego brzmienia i mocy Sodom "Shoot Today - Kill Tomorrow" oraz "Into The Skies of War", który rozrywa swym epickim klimatem, to utwory, które na trwałe wpiszą się sczerniałymi od napalmu literami w historii dokonań twórców "Agent Orange". Także bonusowy "Splitting the Atom" skwierczy aż miło. Choć nie powiem, styl riffów w tym kawałku bardzo przypomina dokonania duńskiego Artillery z ostatnich lat. 
Na najnowszym albumie Sodom, mimo wielu zalet i mocnych punktów, czegoś mi zabrakło. Muzyka na "Epitome of Torture" oscyluje niebezpiecznie na granicy pomiędzy thrash metalem, a jego nowocześniejszymi formami. Sodom dalej podąża ścieżką obraną na "M-16" jednak wytraca powoli pierwotną patynę brudu i bestialską bezkompromisowość. Ich muzyka dalej jest agresywna jednak coraz bardziej brata się z patentami, które średnio pasują do wojennego trio. No i nowy Sodom brzmi jak ostatnie dokonania Kreatora, tyle że z Tomem Angelripperem na wokalu... 

ps. renderowane komputerowo grafiki okładek ssą.
Ocena: 4/6

Vicious Rumors - wywiad

 
PRZYSZŁOŚĆ JEST NASZA, NIC NAS NIE POWSTRZYMA
Z tym wywiadem to niezłe jaja były. Geoff Thorpe bezustannie stanowi trudny cel i zawsze ciężko było uzgodnić coś jasnego w sprawie potencjalnych rozmów z nim. A dorwać go próbowaliśmy od dłuższego czasu. Pojawienie się nowego wokalisty w Vicious Rumors trochę ułatwiło zadanie dotarcia do zespołu, gdyż prawie zawsze w takich sytuacjach, to właśnie nowy frontman jest oddelegowywany do udzielania wywiadów, mimo że nie zawsze stanowi do tego najlepiej wykwalifikowanego przedstawiciela zespołu. Zwłaszcza, gdy kapela ma ponad trzydzieści lat historii. Na szczęście udało nam się w końcu porozmawiać i z Nickiem, nowym wokalistą Vicious Rumors i z Geoffem Thorpem, mózgiem i umysłem stojącym za twórczością oraz polityką tego zespołu. Dzięki temu mogłem zadać pytania dotyczące nie tylko najnowszego wydawnictwa, ale także ostatniego studyjnego dzieła Amerykanów oraz (w końcu) tego, co się wydarzyło kilka lat temu między Jamesem Riverą, a  załogą Vicious Rumors. Choć Geoff, jak będzie można zauważyć, nie był zainteresowany rozpamiętywaniem starych konfliktów. Mimo drobnych nieporozumień wynikających ze zmęczenia materiału (np. życzyłem udanego występu na HOA 2014, na którym Vicious Rumors przecież nie gra) udało się w końcu dopiąć oba wywiady do końca.
Nie wypada nie zacząć od zasłużonych gratulacji. “Live You to Death 2 - American Punishment” jest świetnym albumem koncertowym. Zapewne jesteście niezwykle zadowoleni z tego jak udało wam się zabrzmieć na tej płytce?

Geoff Thorpe: Bardzo dziękuję za miłe słowa. Ten album oraz cała trasa jest świetnym i ekscytującym rozpoczęciem nowego rozdziału w historii Vicious Rumors! Spotkaliśmy się z Nickiem po raz pierwszy w San Francisco. Na szczęście dla nas Nick miał odwagę by przelecieć pół świata, aby dołączyć do paru świrów, których nigdy wcześniej nie spotkał! Na tym albumie udało nam się uwiecznić ogień i energię żywiołowego koncertu Vicious Rumors. Nigdy wcześniej nie dokonaliśmy tego na żadnym albumie koncertowym.

Nick Holleman: Ten album zawiera dokładnie to, co się liczy w Vicious Rumors - przepełniony energią metal. W tej muzyce jest niezwykle wiele pasji. Chcemy, by była ona widoczna na każdym naszym koncercie. Mam nadzieję, że publiczność także za każdym razem to widzi, słyszy i odczuwa. Na tej trasie mogliśmy zobaczyć, że dzięki niej heavy metal nadal żyje. Dzięki niej także nigdy nie umrze. Jako nowy człowiek w zespole, jestem niezwykle podekscytowany tą trasą. To było niesamowite przeżycie z wieloma niezapomnianymi chwilami. Cieszę się, że zostało to uchwycone na tej koncertówce.

Nowa płyta to pasjonująca siedemdziesięciominutowa jazda. To pierwsza płyta z pierwszej trasy z waszym nowym wokalistą. Czy możecie nam przybliżyć jego postać?

Geoff: Mój stary dobry przyjaciel z holenderskiego zespołu Rebelstar był świadom tego, że szukam nowego wokalisty za Briana Allena, który nie był w stanie wyruszyć z nami w trasę. Toine powiedział mi, że zna gościa, który mógłby być dla nas idealny. Puścił mi płytę zespołu Powerized, w którym śpiewał Nick, jednak ja wiedziałem, że w studio nawet średni wokalista może dobrze zabrzmieć. Poszukałem więc ich nagrań live na Youtube. Okazało się, że Nick jest jeszcze bardziej przekonywujący na nich niż na nagraniach studyjnych! Razem z Larrym doszliśmy do wniosku, że Nick będzie pasował do Vicious Rumors. Na początku miało być to tylko zastępstwo, jednak los poprowadził Allena w innym kierunku niż tym, w którym podążał nasz zespół. Po odwołaniu dwóch dużych tras zostaliśmy zmuszeni do pewnych drastycznych posunięć. Dlatego Nick jest nowym pełnoprawnym członkiem Vicious Rumors. Czuję, że przyszłość jest nasza, nic nas nie powstrzyma!

Nick: To jak trafiłem do zespołu to całkiem zabawna historia. Siedziałem w klasie, gdy dostałem telefon. Gdy usłyszałem pytanie czy nie chciałbym wyruszyć w trasę po USA jako wokalista zespołu Vicious Rumors, to z początku pomyślałem, że jacyś moi znajomi robią sobie ze mnie zwyczajne jaja. Szybko się jednak okazało, że jest to jednak prawdziwa propozycja! Byłem niezmiernie podekscytowany. (śmiech) To było dosłownie kilka tygodni przed zaplanowaną trasą Vicious Rumors.

Nick, czy jesteś zadowolony ze swojego występu, który został zarejestrowany na płycie?

Nick: Nigdy nie jestem kompletnie usatysfakcjonowany. Gdybym był, to byłby koniec mej kariery muzycznej. (śmiech) Ciągle jestem młody i jest jeszcze wiele rzeczy, których muszę się nauczyć. Esencja Vicious Rumors to dawanie z siebie wszystkiego, każdego wieczoru. To słychać na nagraniu. Dlatego można przyjąć, że jestem zadowolony z tego jak zabrzmieliśmy.

Jak się czujesz jako część legendarnego Vicious Rumors?

Nick: Mogę powiedzieć, że to wspaniałe uczucie być częścią tej historii metalu, która ciągle powiększa się o kolejne rozdziały. To jest niezwykłe być na scenie wieczór za wieczorem i dawać z siebie wszystko w towarzystwie takich znakomitych muzyków. Karmimy się nawzajem swą pozytywną energią i myślę, że publiczność też to widzi i czuje. To, co do tej pory zrobiliśmy było powalającym doświadczeniem, a wiele jeszcze przed nami.


Czy znałeś materiał Vicious Rumors zanim dołączyłeś do zespołu?

Nick: Cóż, znałem nazwę. Muszę jednak przyznać, że niewiele więcej. (śmiech) Gdy zgodziłem się na dołączenie do zespołu na amerykańską trasę, musiałem się porządnie nauczyć trzydziestu nowych dla mnie utworów oraz zaznajomić się z tym wszystkim, co Geoff i Vicious Rumors dali heavy metalowi.

Dlaczego Brian Allen nie jest już członkiem zespołu?

Geoff: Głównie chodziło o to, że Allen nie był w stanie pojechać na trasę. Vicious Rumors jest zespołem, który nagrywa płyty i jeździ w trasy. Jedno i drugie jest ze sobą nierozłączne. Nie możemy robić jednego bez drugiego. Nadal mamy dobre stosunki z Brianem i życzymy mu jak najlepiej.

Nick, który utwór Vicious Rumors najbardziej lubisz wykonywać na żywo?

Nick: To trudne pytanie. Jest ich całkiem sporo, ale by wybrać kilka, to będzie “Together We Unite”, ale Geoff nie chce grać tego utworu na żywo. (śmiech) Woli puszczać ten utwór jako outro po występie, ale myślę, że uda nam się dojść w końcu do porozumienia w tej kwestii. (śmiech) Oprócz tego lubię wykonywać “Mastermind”, “Lady Took A Chance” oraz “World Church” ponieważ są w tej skali, w której najbardziej lubię śpiewać. Utwór, który mnie najbardziej rozgrzewa na scenie to “Don’t Wait For Me”. Daję wtedy z siebie dosłownie wszystko i szaleję na scenie! Ponadto, ten utwór zawsze wprowadza niezłe zamieszanie w tłumie pod sceną.

Starasz się trochę naśladować poprzednich wokalistów Vicious Rumors przy ich utworach czy raczej starasz się zaznaczyć swój własny styl podczas występu?

Nick: Przesłuchałem całą dyskografię Vicious Rumors, każdy nasz wokalista odwalił kawał świetnej roboty. Najbardziej podobał mi się Carl Albert. Był naprawdę doskonałym wokalistą z bardzo mocnym głosem. Odczuwam z nim pewne powiązanie. To nie jest tak, że staram się go kopiować, ale staram się w pełni odzwierciedlić jego styl z tamtego okresu Vicious Rumors.


W jaki sposób uczysz się utworów Vicious Rumors?

Nick: Odsłuchuję je dwa lub trzy razy. Zwykle wtedy już wiem jak leci melodia wokalu, choć bez jakiś drobnych niuansów. Potem staram się to odśpiewać razem z utworem, tak trochę jak karaoke i się przy tym nagrywam. Potem porównuję nagranie z oryginalnym utworem i patrzę, które rzeczy należy ewentualnie poprawić, a które bardzo mi się podobają. Staram się w każdym utworze dodać coś od siebie, a reszta zespołu jest bardzo chętna takiemu rozwiązaniu!

Jak długo ci zajęło dopracowanie całego materiału na trasę?

Nick: Cóż, dano mi tylko trzy tygodnie, więc w tej kwestii nie miałem dużego wyboru. (śmiech) Nauczyłem się tych trzydziestu utworów, ich tekstu i melodii, w trzy tygodnie. Wydaję mi się, że dopracowałem je dopiero pod koniec trasy. (śmiech) Dlatego nie mogę się doczekać nadchodzącej European Live You To Death Tour w 2014 roku.

Jak z twojej perspektywy wygląda życie w trasie z Vicious Rumors? Czy ci się ono podoba? Czy zespół odstawia szalone imprezy czy jest na ogół spokojnie?

Nick: Trasa po Stanach to był świetnie spędzony czas. Koncerty były udane, a my czuliśmy między sobą prawdziwą chemię. Życie w trasie było całkiem fajne. Na początku myślałem, że będzie dość drętwo, tak siedzieć szesnaście godzin w autobusie zanim się dojedzie na kolejne miejsce koncertu. Okazało się jednak, że tematów do rozmów nam nie brakowało. Zdarzały się także szalone momenty, ale Geoff by mnie pewnie zabił, gdybym coś o nich wspomniał. (śmiech) Było wspaniale. Spotkaliśmy po drodze świetnych ludzi i mogliśmy robić to, co kochamy najbardziej!

W zeszłym roku wydaliście swój najnowszy album studyjny, zatytułowany “Electric Punishment”. Przy nim nie ma żadnych wątpliwości, że nadal potraficie łoić solidny heavy metal. Jak długo zajęły wam pracę nad tym albumem?

Geoff: Zajęło nam to jakieś osiem miesięcy w 2012 roku. Wróciliśmy z jednej z naszych największych tras pod koniec 2011 roku, na której zagraliśmy 92 koncerty w samej tylko Europie, z czego sześćdziesiąt headline’owaliśmy, a na większości pozostałych wspieraliśmy Hammerfall.

Skąd taki pomysł na tytuł płyty? Po wsłuchaniu się w tekst utworu tytułowego wychodzi na to, że wszyscy, którzy słuchają heavy metalu są w jakiś sposób naznaczeni. Uważasz, że tak jest w istocie?

Geoff: Nie mogę mówić za wszystkich metalowców, jednak wiem, że ja na pewno jestem naznaczony (śmiech). Stajesz się mniejszością w chwili, gdy heavy metal staje się twą pasją. “Electric Punishment” dla mnie jest siłą, a zarazem piętnem heavy metalowego życia w undergroundzie. Jest to także zaszczyt i przywilej, którego nie zamieniłbym na nic na świecie.


W tym utworze da się także wyczuć dużo nostalgii. Czy żałujesz czegokolwiek, co zrobiłeś w przeszłości lub jakichś swoich wyborów życiowych?

Geoff: Nigdy w życiu! Spełniają się nasze marzenia - nagrywamy płyty i gramy koncerty po całym świecie. Co może być lepsze niż to?

Co jest tematem “Black X List”? Co cię zainspirowało do napisania tego utworu?

Geoff: “Black X List” jest prawdziwą historią dotyczącą kultu voodoo w USA. Nie jestem z nią w ogóle związany czy coś, po prostu bardzo mi się podobała i mnie zafascynowała. Temat voodoo jest idealny do heavy metalowego utworu.

Numer “Together We Unite” jest swoistym triumfalnym hymnem? Uczczeniem faktu, że nadal jesteście istniejącym i koncertującym zespołem mimo różnorakich przeciwności losu?

Geoff: Bardzo ci dziękuję. Jest to prawdziwy hymn naszej wspólnej pracy. Potęgi przekuwania wysiłku wielu ludzi w jedność. Jest to właściwie mój najbardziej ulubiony utwór z tej płyty, a Nick chce bym grał go na każdym koncercie! Jest to ten rodzaj kompozycji, który właściwie napisał się sam. Uwielbiam to jak utwory rodzą się naturalnie same z siebie, jest to naprawdę wspaniałe. Nawet jeżeli nie jest to coś, co można określić typowym numerem Vicious Rumors. Przez 35 lat przerobiliśmy już tyle rozmaitych stylistyk, że nie czujemy się ograniczeni żadnymi ramami gatunkowymi czy brzmieniowymi.

W tym utworze występuje silny topos metalowego braterstwa. Czy uważasz, że istnieje taka potrzeba by metalowcy jednoczyli się i stali ramię w ramię przeciw światu czy coś w ten deseń?

Geoff: Nie nazwałbym tego potrzebą. Po prostu tak się dzieję, że metalowcy zwykle trzymają się razem. Jeżeli czegoś się nauczyłem z mych tras dookoła świata to tego, że niezależnie od tego gdzie jesteś, i tak czujesz swoistą więź z metalowymi braćmi i siostrami.

Na nowym albumie koncertowym znalazły się tylko dwa utwory z ostatniego albumu studyjnego. Większość utworów pochodzi z waszego klasyku - “Digital Dictator”. Czy uważasz, że “Digital Dictator” jest o wiele lepszym albumem niż “Electric Punishment”?

Geoff: Nie to nie tak. Chcieliśmy pokazać fanom, że nasz nowy skład jest w stanie doskonale odzwierciedlić i rozwinąć klasyczne brzmienie Vicious Rumors. Myślę, że skala jaką dysponuje Nick przywróciła z powrotem naszą prawdziwą formę. Kawałki z “Digital…” idealnie pokazują tę bardziej melodyjną stronę naszego brzmienia.

Nick: Pracowaliśmy wspólnie, by stworzyć najlepszy album jaki tylko byliśmy w stanie. Geoff chciał pokazać fanom, że zespół wrócił do swojej najlepszej formy, więc dobór utworów musiał to jakoś odzwierciedlać. Bardzo lubię utwory z “Digital Dictator” bo dobrze pasują do mojego wokalu.

Ponoć w 2015 roku zostanie wydany nowy studyjny album Vicious Rumors. Czy moglibyście nam powiedzieć coś więcej na jego temat?

Geoff: Jeżeli bym ci powiedział, to musiałbym cię potem zabić (śmiech)! Jesteśmy silni, chętni i skoncentrowani na tym by wypaść tak dobrze jak nigdy wcześniej!

Nick: Historia nadal się tworzy!

A jak wygląda proces tworzenia nowego materiału? Czy Nick ma szansę dodać swoje pomysły do przyszłych utworów?

Nick: Geoff jest zawsze otwarty na wkład i sugestie innych członków zespołu. Mamy wielkie plany i nie możemy się doczekać wyników. To będzie jakość w stylu Vicious Rumors, dokładnie tego czego się spodziewacie, a nawet więcej. Taki przyświeca nam cel!

Walnęliście klipa do “I Am The Gun”. Powiedz mi, dlaczego wasz ubiór i ogólny image zalatuje tam trochę gotykiem? To był taki zamysł, by nie epatować prawilnym power metalem w tym wideoklipie?

Geoff: Jesteśmy kim jesteśmy, teatralność i dramaturgia zawsze była dużą częścią Vicious Rumors. Im jestem starszy, tym mam bardziej poryte pomysły. A sąsiedztwo tych wszystkich młodych dusz w mym zespole bezsprzecznie dostarcza nowe pokłady energii. Nick ma trochę ponad dwadzieścia lat, nasz nowy basista Tilen Hudrap też ma trochę ponad dwadzieścia lat… Dzięki temu możemy docierać nie tylko do starszych fanów, ale także i młodszej części metalowej sceny. Stałem się mrocznym Ojcem Chrzestnym! Każdy aspekt zespołu jest istotny, także ten wizualny. Nie należy także zapominać o zwykłym czerpaniu radości z tego, co się robi. Jesteśmy entertainerami, naszym zadaniem jest byś porzucił swoje troski na progu klubu, do którego przychodzisz na nasz koncert. I żebyś dzięki temu przyszedł na kolejny!


Co się tak dokładnie stało między tobą i Larrym a Jamesem Riverą w 2007 roku? W swym oficjalnym oświadczeniu, umieszczonym w serwisie blabbermouth.net 13 listopada 2007 napisał, że odszedł z Vicious Rumors, bo go zwyzywałeś, zaatakowałeś i uderzyłeś pustą butelką w głowę. Ale już w 2009 roku na Headbangers Open Air razem dzieliliście scenę, grając wspólnie kawałki z “Warball”....

Geoff: Brzmi jak prawdziwe Vicious Rumors [ach, ta gra słów - przyp.red.]. Nie wierz we wszystko co przeczytasz. Wszystko między mną i Jamesem jest w najlepszym porządku. Jesteśmy braćmi, a bracia czasem wdają się ze sobą w bójki. Prawdziwi bracia przechodzą po tym do porządku dziennego. I tak zrobiliśmy.

Przeprowadzono: maj 2014

Living Death – Metal Revolution




Living Death – Metal Revolution
1985/2014, High Roller Records

Living Death, siedząc w thrash metalowej ekstremie, nie popadało w rutynę i sztampę. Choć, gdy pierwsze studyjne dokonania tej załogi ujrzały światło dzienne, thrash sam w sobie nadal był w fazie krystalizowania swej odrębności. Living Death jednak na szczęście pozostawało kreatywne i świeże pod względem pomysłów na swoją muzykę i przede wszystkim na jej strukturę. Wiele zespołów zaczynało powoli grać na jedno kopyto, jednak nie twórcy "Metal Revolution". Wczesna twórczość tego zespołu z Nadrenii Północnej - Westfalii pokazała, że nawet w rytmie cztery czwarte można skomponować satysfakcjonująco urozmaicone kompozycje. Dzięki temu "Metal Revolution", album studyjny Living Death numer dwa, jest wydawnictwem ponadczasowym. Przy okazji pokazującym jakim chybionym przedsięwzięciem jest z grubsza większość Nowej Fali Thrashu, która nadal nie przestaje nas zalewać. Brzmienie jak kalka innego zespołu nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę.
Wznowienie zremasterowanego "Metal Revolution" jest świetnym pretekstem do odświeżenia sobie twórczości Living Death. Zwłaszcza, że ten album to prawdziwy lodołamacz na skutym lodem oceanie heavy metalu ze świetnymi utworami na pokładzie. A ile tutaj świetnych hitów w ładowniach! Utrzymany w marszowym klimacie "Rulers Must Come" sprawnie operuje swą naturą, oferując ułudę spokoju, między kolejnymi atakami krzykliwego, miarowego refrenu. Świetne gitary, które przeplatają się ze sobą w melodyjnych lekko tłumionych przejściach to prawdziwe ukojenie dla każdego głodnego fana prawdziwego speed metalu z Niemiec. Czarne rytmy wypełzają ze złowieszczego "Screaming from a Chamber". Zaskakujący niski zaśpiew Toto prezentuje jego umiejętność operowania w szerokim spektrum dźwięków, zwłaszcza że nigdy nie porzuca swego firmowego piania na dłuższy okres. By nie było nudno słuchacz dostaje także po mordzie bardzo udanymi speed/thrashowymi łupaninami w postaci otwierającego album "Killing Machine" oraz "Shadow of the Dawn". Dudniące basy, szybkie tremola i rozpędzona perkusja zmiatają wszystko na swojej drodze. W dodatku w rzeczonym "Shadow of the Dawn" Toto pozbywa się swojej chropowatej chrypki i uderza w nas niezwykle wysokim i czystym zaśpiewem w refrenie. Megawaty niepowstrzymanej mocy, które biją wtedy z nagrania są trudne do oddania w słowach!
Do nowej reedycji tego albumu zostały dodane bonusy w postaci utworów z wydanej w 1985 roku epki "Watch Out" oraz z demówki "Living Death" z 1983 roku. Dzięki temu otrzymaliśmy także dostęp do innych wersji utworów, które znalazły się na debiutanckim albumie studyjnym "Vengeance of Hell". Przez całą długość trwania nowego wznowienia "Metal Revolution" mamy do czynienia z twórczością wysokich lotów. Muzycy Living Death pokazują klasę nie tylko w kompozycjach riffów i aranżacjach utworów. Solówki Niemców to niesamowity ogień w palcach i elektryzacja powietrza. Cudowna melodyka, która mimo mnogości dźwięków nie porzuca swej mocy i energii. Warto zarzucić dobrym old schoolem niezależnie od pory dnia czy nocy!