niedziela, 26 czerwca 2016

Omen - wywiad





Hammer Damage - historia prawdziwa

Kenny Powell, gość-legenda epickiego metalu, opowiedział nam nieco o tym jak naprawdę wyglądała praca nad najnowszym dziełem Omen, zatytułowanym “Hammer Damage”, na który przyszło nam czekać trzynaście lat. W trakcie naszej rozmowy zahaczyliśmy także o wczesny okres historii Omen, w tym o tematy, o których ciężko znaleźć jakieś informacje. Warto było podpytać o parę rzeczy, w końcu ta kapela to cholerny pomnik tradycyjnego metalu i swoista legenda. Zapraszam do lektury.

“Hammer Damage”, najnowszy album Omen, zaatakuje nas z furią 27 maja 2016 pod patronatem Pure Steel Records. Nareszcie, bo muszę przyznać, że kilka ładnych latek sobie na niego poczekaliśmy. Słyszałem wieści, że huragan zniszczył twoje studio nagrań, opóźniając pracę nad tym krążkiem. Czy oprócz tego były jakieś trudniejsze przeszkody do pokonania przy tworzeniu tego albumu?

Kenny Powell: Tak wiele gówna się wydarzyło, że żaden wywiad nie pomieściłby tego wszystkiego, gdybym zaczął się nad tym rozwodzić. Trzeba by było napisać co najmniej osobną książkę. Nie lubię rozmawiać na temat negatywnych rzeczy, ale w końcowym rozrachunku przynajmniej trzy na cztery z powodów opóźnień powstały z powodu nieudolności członków zespołu, nie mających żadnego pojęcia o tym, jak stworzyć album Omen. Starałem się nie robić z tego chryi i przez to podejmowałem konieczne, choć niepopularne decyzje, ale mam już dość tych dupków, którzy za plecami rozsiewają kłamstwa na temat tego nagrania. Dlatego masz okazję poznać na wyłączność prawdziwą historię o powstawaniu “Hammer Damage”.

Kevin Goocher jest wokalistą na nowym nagraniu, po tym jak wrócił do Omen w 2014 roku. Co się stało, że Matt Story i George Call rozstali się z zespołem?

Matt Story wkurzył się i odszedł po trzech latach pracy nad nowym nagraniem. Było ono już praktycznie na ukończeniu, gdy nas opuścił. To była naprawdę wielka szkoda, bo ma świetny głos. Ale ja za to byłem na tyle głupi, że dałem mu drugą szansę, bo to był jego trzeci raz jako wokalista Omen i gość wystawiał nas do wiatru za każdym razem. George Culver Call za to jest najbardziej odstręczającym człowiekiem z jakim kiedykolwiek pracowałem. Jest kłamcą, złodziejem, rasistą i straszną pizdą. Miał możliwość napisania własnych tekstów do naszych kawałków, bo twierdził, że jest największym fanem Omen jaki kiedykolwiek żył na świecie. Po dwóch latach czekania właściwie zmusiłem go do napisania “Blood on the Water”, który koniec końców, w ogóle nie brzmiał jak cokolwiek Omen, jeżeli chodzi o wokale. Potem znowu zniknął, mówiąc “Nie chcę robić nowego albumu Omen, bo nikt nie będzie mnie lubił tak samo jak J.D., grajmy wyłącznie stare rzeczy.”. W ogóle nie zamierzał nam pomóc w pracach nad nową płytą. Gdy zapewnił mnie, że pojedzie z nami w trasę po Ameryce Południowej - “Im więcej koncertów tam zagramy tym lepiej!” - zabookowałem ponad czterdzieści gigów. Na mniej niż dwa tygodnie przed wylotem napisał mi “Nie będę grać dla zjaranych kaktusów [pot-smoking spics - przyp.red.]”.Uważam, że to nieco śmieszne, ponieważ jego matka pochodzi z Panamy. Byłem na tyle głupi, że po tym wszystkim wziąłem go na europejską trasę. Nie wiem w sumie dlaczego, zwłaszcza po tym jak się obudziłem w hotelu po koncercie w Polsce z nazistowskimi symbolami i rasistowskimi hasłami [“N” word - przyp.red.] wypisanymi na mnie permanentnym markerem. Nie jest to przyjemne, zwłaszcza po tym, że sam zaciągnąłem kredyt, by opłacić mu przelot. Jest jeszcze parę takich kwiatków z jego pobytu w Omen zanim go wyrzuciłem z zespołu, ale podejrzewam, że macie już przed oczami zarys sytuacji tego jak wyglądała praca z nim.

Ale Kevin Goocher też wcześniej odszedł z zespołu i teraz do niego wrócił. Tym razem postanowił się bardziej zaangażować w Omen?

Nigdy nie było jakieś wielkiej scysji między mną a Kevinem. Starałem się zrobić coś nowego, a on się lekko poirytował i odszedł by założyć Phantom X. Jednak nietrudno było nam znowu połączyć swoje siły. Przeprowadziliśmy długą rozmowę i wyjaśniliśmy wszystkie nieporozumienia jakie zaszły w przeszłości między nami. Mam naprawdę wielką nadzieję, ze to będzie już ostatni wokalista w historii Omen.

Do jakiego stopnia inni członkowie zespołu mieli swój udział w tworzeniu materiału na Hammer Damage”?

Napisałem większość tekstów i melodii do utworów. Zwłaszcza wtedy, gdy Matt starał się to nieudolnie zrobić. Po prostu nie umiał wpasować się w stylistykę utworów Omen. Gdy Kevin wrócił do zespołu, dałem mu wolną rękę, by napisał kilka z nich na nowo. Włożył swój wkład także w parę innych. Już wtedy album był srogo po terminie, a ja włożyłem naprawdę sporo wysiłku w napisanie kolejnych numerów. O wiele lepiej się czuję, gdy piszę teksty jedynie do kilku utworów z płyty, tak jak to zrobiłem na “Battle Cry”. Następnym razem to Kevin będzie głównie pisał teksty kawałków przy okazji nagrywania kolejnego krążka.

Jak wyglądało nagrywanie albumu - większość została nagrana u ciebie w domu czy też niektóre ścieżki były robione w innych studiach? Czy satysfakcjonuje cię ostateczny rezultat jaki uzyskaliście?

Pierwotnie, perkusje na niektórych utworach były nagrywane w osobnym studio. Wkrótce okazało się, że nie będę tych śladów używał, więc zostały zaorane i całość, łącznie z perką, nagraliśmy w moim domowym studio nagraniowym. Jestem niezwykle dumny z tych nagrań.

Jeżeli się nie mylę, to na początku okładka “Hammer Damage” miała wyglądać nieco inaczej - przedstawiała rycerza w zbroi, dzierżącego dwa młoty bojowe. Na okładkę jednak w końcu trafiła metaliczna kobra, symbol charakterystyczny dla Omen.

Rysunek z rycerzem był wzorowany na starym zdjęciu J.D. z okresu “Battle Cry”. To nagranie jest poświęcone jego pamięci i złożeniem hołdu jego zespołowi “Hammer Damage”, w którym grał, gdy go poznałem. Ten obrazek znajduje się na wewnętrznej stronie okładki w wydaniu europejskim. Jest to także główna okładka wersji cyfrowej albumu.

Muszę przyznać, że brzmienie bębnów do mnie nie trafiło. Perkusja brzmi strasznie cyfrowo, zwłaszcza w porównaniu do mocnego brzmienia gitar. W jaki sposób nagrywaliście beczki?

Cóż, jak widać nie jesteś jedynym, który nie przepada za bębnami na naszym nowym albumie. Nie wiem czy nie zasugerowałeś kłamstwami jakie rozsiewa nasz były wokalista, który nawet nie brał udziału w sesji nagraniowej.

Nie, nie miałem styczności z jakąkolwiek jego wypowiedzią, tak po prawdzie.

Mogę cię zapewnić, że perka nie była nagrywana przy użyciu żadnego automatu perkusyjnego czy sampli. Ponieważ to ja zajmowałem się całym procesem rejestracji tego albumu, to ja jako jedyny mam pełnie wiedzy na temat tego jak przebiegała sesja nagraniowa. Naturalnie - mi się brzmienie bębnów podoba, bo to ja je modelowałem. Nie brzmią jak typowa perkusja z metalowego albumu, jaką można usłyszeć na nagraniach wszystkich innych kapel, i to właśnie było moim zamiarem.

Jak myślisz - które z nowych wałków będziecie wykonywać na żywo?

“Hammer Damage” na pewno. Z tak wieloma płytami na koncie, trudno jest wcisnąć wiele nowych utworów do setlisty. Jestem w pełni świadom, że fani wolą słyszeć na koncertach głównie stare klasyki. Mam jednak nadzieję, że z biegiem czasu uda nam się wcisnąć parę nowszych kawałków.

Wydaję mi się, że większość waszych fanów mieszka w Europie. Jak wygląda w takim razie sytuacja tradycyjnego metalu w Ameryce?

Trochę za wcześnie, by odpowiedzieć zgodnie z prawdą na to pytanie. W lipcu w końcu startujemy z amerykańską trasą, do której przymierzaliśmy się od lat. W USA sprzedajemy także większość naszych płyt. Uwielbiam grać w Europie, ale z chęcią grałbym w USA tyle samo koncertów co na Starym Kontynencie. W końcu USA to moja ojczyzna, choć targają nią kaprysy różnorakich trendów.

Będziecie grali na Keep It True XX u boku Manilla Road i Big Epic Headlinera, którym - wszystko na to wskazuje - najprawdopodobniej będzie Cirith Ungol. Co o tym sądzisz?

Nie mogę się doczekać, by znowu zagrać na KIT. Podkreślałem to wielokrotnie - to moje ulubione miejsce do grania koncertów, nie ujmując oczywiście nic innym lokalom i festiwalom. Graliśmy świetnie koncerty na Sword Brothers i Bang Your Head, ale Keep It True daje prawdziwe poczucie braterstwa.

Wasz ostatni koncert w Polsce miał miejsce w 2008 roku w Bielsku-Białej. Mogę śmiało powiedzieć, ze jego promocja kulała straszliwie. Wielu polskich fanów Omen, w tym ja i wielu moich znajomych, dowiedziało się o nim wiele miesięcy po fakcie. Czy od tamtego czasu kontaktował się z tobą jakikolwiek promotor z Polski? W końcu w przyszłym roku odwiedzacie Niemcy, a to w sumie obok.

Liczyłem na zdecydowanie większy tłum, gdy graliśmy w Polsce w 2008 roku. Zwłaszcza, że jako wyraz poparcia dla Polaków powstały takie utwory jak “Red Horizon” i “Warning of Danger”. Nie wiem jak to było z promocją, ale koncert organizował Bart Gabriel, którego uważam za bliskiego przyjaciela i brata, który jak prawdziwy mściciel, wspiera scenę metalową. Naprawdę, wiele by było trzeba, bym powiedział o nim coś złego. Jestem pewien, że zrobił wszystko, co tylko mógł.

Czy utrzymujesz kontakt z innymi fanami Omen z Polski?

Tak. Utrzymuje też kontakt z fanami z praktycznie każdego wolnego kraju na świecie. Jest to dla mnie bardzo ważne, by mieć kontakt i możliwość rozmowy z ludźmi, którzy podziwiają naszą muzykę. To prawdziwy zaszczyt, że ktoś interesuje się kompozycjami, które stworzyliśmy.

Z Węgier pochodzi także inny zespół o nazwie Omen, nagrywający całkiem porządny power/speed. Jaka jest twoja opinia o tym zespole? Słyszałeś w ogóle o nim wcześniej? Czy mieliście jakieś problemy z nimi dotyczące nazwy?

Ale mnie to wkurza! Nagraliśmy przynajmniej pięć płyt zanim oni w ogóle powstali, z tego dwa dla wielkich międzynarodowych wytwórni. Próbowałem się z nimi skontaktować w sprawie ich nazwy, ale okazali się strasznymi dupkami. Jedyną rzeczą, jaką musieliby zrobić, to dodanie czegoś do samego “Omen” i nie byłoby żadnego problemu. Nie rozumiem dlaczego ktokolwiek miałby zrobić coś takiego. Przecież nikt nie nazywa swojego zespołu “Black Sabbath”, no co jest!?

Omen powstał w 1983 roku w Los Angeles, ale istnieją w Sieci źródła wskazujące miejscowość Henryetta w Oklahomie jako miejsce, w którym się to wszystko zaczęło. Czy możesz nam powiedzieć o początkach Omen i o tym jak dołączyłeś do Savage Grace

No, w końcu ktoś, kto odrobił pracę domową. Rzeczywiście, trzon z którego później powstał Omen, sformował się początkowo w Oklahomie. Istotną różnicą było to, że Jody grał na gitarze rytmicznej, a Roger Sisson zajął się basem i wokalami. Większość tego, co wylądowało na “Battle Cry” powstało właśnie w tym okresie. Niestety, Roger nie pojechał z nami do L.A. i po niepowodzeniu w poszukiwaniu zastępstwa za niego postanowiłem dołączyć do Savage Grace, z nadzieją, że tam znajdę muzyków, którzy pomogą mi z rozpędzeniem mojego własnego projektu.

Podczas pobytu w Savage Grace poznałeś Briana Slagela z Metal Blade, z którym współpracowałeś także po swym odejściu z tego zespołu.

Briana poznałem podczas nagrywania pierwszego albumu Savage Grace. Podpisałem z nimi umowę na udział w nagraniu dwóch albumów studyjnych [“The Dominatress” i “Master of Disguise” - przyp.red.] oraz możliwość napisania przynajmniej dwóch numerów na tą drugą płytę. Napisałem “Die By The Blade” i “Battle Cry” - muzykę i tekst - i w ostatniej chwili dostałem informację, że żaden z tych numerów nie znajdzie się jednak na płycie. Skontaktowałem się z Brianem, który się nieco zdziwił, ponieważ oba te numery były jego ulubionymi numerami Savage Grace. Wkrótce podpisałem z nim kontrakt na Omen, zanim jeszcze mój zespół miał pełny skład.

Pierwsze trzy albumy Omen to klasyki metalu najczystszej wody. Powstały zresztą bardzo szybko po sobie - 1984,1985,1986. Jak wspominasz tamtej okres oraz współpracę z J.D. Kimballem, którego głos na stałe wpisał się w magiczny styl Omen?

To był prawdziwie cudowny okres, gdy pisaliśmy i nagrywaliśmy nasze pierwsze trzy płyty. Bardzo mi się podobało jak Kimball wniósł porządek w tę chaotyczną muzykę, jaką wtedy tworzyliśmy. Jednak od samego początku w zespole dochodziło do pewnych niesnasek. Jody raz zadzwonił do mnie w środku nocy tuż przed sesją nagraniową “Battle Cry”. Powiedział mi wtedy, że nie ma takiej opcji, że będzie nagrywał album razem z Kimballem. Był też poważny konflikt między Steve’em i J.D. pod koniec rejestrowania “Battle Cry”. Próbowałem dosłownie wszystkiego, by utrzymać ten skład w komplecie. Zdawałem sobie sprawę, że razem tworzymy coś naprawdę niezwykłego i niepowtarzalnego, jednak nie mogłem powstrzymać tego, jak wszystko zaczęło się sypać. Nie można było naprawić zniszczeń jakie się stale tworzyły.

Głos Kimballa był naprawdę niezwykły. Czy podczas poszukiwania wokalisty do nagrania wokali z “Hammer Damage” szukałeś kogoś, kto brzmiałby podobnie do niego?

Kiedyś mój basista zarekomendował mi Kevina, lecz na początku nie uważałem tego za dobry pomysł. Chciałem kogoś podobnego do J.D. . Po pierwszych kilku próbach dałem Kevinowi pierwsze trzy płyty Omen z uwagą, że to jest to czego szukam. Wrócił po kilku tygodniach i trafił bezbłędnie w to, czego od niego oczekiwałem. Wówczas zaczęliśmy pracę nad “Eternal Black Dawn”

Dlaczego Kimball odszedł z Omen po EP “Nightmares” z 1987 roku?

Nie chcę się nad tym bardziej rozwodzić niż już to zrobiłem przy okazji poprzednich pytań. Darzę Kimballa wielkim szacunkiem, także to, co zrobił dla Omen, i nie zamierzam go w żaden sposób dyskredytować.

Jak już wspominałeś, nazwa albumu ma nawiązywać do starego zespołu J.D. Kimballa?

Tak, nowa płyta jest hołdem dla niego.

Czwarty album Omen był skokiem trochę w innym kierunku niż wasze pierwsze trzy wydawnictwa. Zwłaszcza po EP “Nightmares” na której pojawiły się niezwykle thrashujace utwory jak kawałek tytułowy czy “Shock Treatment”. Skąd w takim razie nagła zmiana brzmienia?

Uwielbiam te thrasherskie utwory. Jestem zresztą takim trochę thrasherem incognito. “Escape to Nowhere” wygląda tak jak wygląda, bo wszystko co na niego napisaliśmy, prócz kawałka tytułowego, zostało odrzucone przez producenta. Udało mi się wskrzesić “Era of Crisis” z tamtego okresu na naszym nowym albumie.

Wokalistą na “Escape to Nowhere” był Coburn Pharr, który później także śpiewał na “Never, Neverland” Annihilatora. W jaki sposób stał się częścią Omen?

Był współlokatorem Steve’a akurat gdy potrzebowaliśmy nowego wokalisty by dokończyć ówczesną trasę.

Przygoda dla Omen skończyłą się gdzieś w 1989 roku, jednak nie na długo, bo w 1997 roku powróciliście z “Reopening the Gates”. Jaka jest twoja opinia o tej płycie tak teraz, z perspektywy czasu?

Patrząc na to teraz, muszę przyznać, że kierunek jaki obraliśmy na tej płycie był pomyłką. Należy jednak pamiętać, że jeszcze nie było Internetu i mediów społecznościowych, gdy Omen po raz pierwszy kończył swoją działalność. Nie mieliśmy bladego pojęcia o tym jaką popularnością cieszy się Omen w Europie. Dlatego “Reopening the Gates” brzmi tak, jak wtedy brzmiał metal w Stanach. Bałem się, by nie być wówczas postrzeganym jako jakiś przeterminowany dinozaur, dlatego zamiast robić coś, co było dla nas naturalne, zrobiliśmy to, co uważaliśmy wówczas za aktualne. Żałuję, że tak się stało, ale podobało mi się wspólne granie z moim synem. To był bardzo miły moment w moim życiu.

To by było na tyle. To był prawdziwy zaszczyt i bardzo dziękuję tobie za twój czas i twoje odpowiedzi. Ostatnie słowa naturalnie należą do ciebie.

Złapałeś mnie tutaj bez żadnych zasłon i ogródek. Starałem się wcześniej wielokrotnie stanąć ponad tym całym burdelem, jaki mi zgotowali, ale niektórzy nie potrafią zamknąć swoich mord. Jeżeli ktoś został wywalony z Omen, to ręczę, że na pewno stał za tym dobry powód! Jesteście pierwszymi, którzy dostali czystą prawdę.

Przeprowadzono: maj 2016

Artillery - wywiad II





GRAĆ TYLE, ILE SIĘ DA


Artillery to potężna nazwa na scenie thrash metalowej. Ich klasyczne albumy stanowią solidne podwaliny pod gatunek. Szkoda, że nowsze dzieła nie dorastają im do pięt. Niedawno miała miejsca premiera kolejnego wydawnictwa z zagrody Duńczyków, co stanowiło przy okazji wspaniały pretekst do krótkiej rozmowy na jego temat i na temat tego, co aktualnie dzieje się w Artillery.

Jak tam życie? Cieszę się, że mamy okazję porozmawiać. Przede wszystkim, jak się macie?

Michael Bastholm Dahl: Cześć, Aleksander! Także się cieszę, że możemy porozmawiać i że mogę odpowiedzieć na twoje pytania (śmiech). Czuję się świetnie, dzięki. Wróciłem do swego domu w Danii i póki co cieszę się ciszą.

Michael Stutzer: Udział w wywiadach przeprowadzanych przez magazyny i ziny z Polski to zawsze czysta przyjemność. Mamy wiele przyjaciół z Polski i duże wsparcie z waszej strony!

Miałem przyjemność rozmawiać z Michaelem Stutzerem przy okazji waszej poprzedniej płyty „Legions”. Cieszę się, że skład zespołu od tamtej pory nie uległ zmianie i udało wam się wydać kolejny album. Czy aktualna sytuacja Artillery stanowi dla was źródło satysfakcji?

MBD: Tak mi się wydaję. Rejestrowanie wspólnie kolejnego albumu było fajne i czułem się tym razem o wiele pewniej. Wspólna trasa sprawiła, że staliśmy się sobie bliscy jako muzycy i myślę, że to da się wychwycić słuchając naszego nowego dzieła.

MS: Tak, jest między nami naprawdę zdrowa chemia. Po przejechaniu całego świata i zagraniu wspólnie ponad stu koncertów jest to słyszalne na „Penalty by Perception”. Teraz znowu musimy wyruszyć w trasę i grać tyle, ile się da!

Czy nowy album w pełni uchwycił waszą wizję artystyczną i wszystko to, co chcieliście by się na nim znalazło?

MBD: Tak mi się wydaję. Znaczy, za każdym razem, gdy rozpoczynasz pisanie nowego materiału, najważniejszą rzeczą jest to czy czujesz się z tego powodu podekscytowany. Moją wizją jest to, by muzyka była właśnie ekscytująca. Nie staram się, by każdy mój pomysł, który pojawi się po drodze, zaowocował jakimś rezultatem, ale jak dla mnie emocjonującą kwintesencją warsztatu jest to, by teksty i tytuły utworów pojawiły się jako ukończone kompozycje.

MS: A ja myślę, że mamy w zanadrzu jeszcze kilka niespodzianek, które pojawią się na kolejnym albumie!

Jak byś określił postęp jaki udało wam się dokonać od czasów „Legions”?

MBD: Mamy za sobą długą trasę. Podczas czegoś takiego ewoluujesz jako osoba. To były przecież dwa lata i, przynajmniej chciałbym w to wierzyć, przez ten okres czytasz, obserwujesz i przeżywasz zupełnie nowe rzeczy, które sprawiają, że zyskujesz kompletnie odmienną perspektywę na życie i świat.

W promocyjnym info pojawia się cytat Michaela Stutzera, że „Penalty by Perception” jest „najlepszym muzycznym dokonaniem w historii Artillery”. Wow, to dość mocne stwierdzenie. Skoro naprawdę uważacie, że to wasze najlepsze dzieło, to jakie były ułomności waszych poprzednich?

MS: Dwa lata trasy sprawiły, że staliśmy się naprawdę sprawną jednostką, taką jak nigdy wcześniej. Pięciu oddanych sprawie muzyków, którzy sprawili, że ten album wzniósł się na wyżyny. Czuję, że dostarczyliśmy najlepszy muzyczny rezultat w historii Artillery. Wspólnie ze świetnym producentem Sorenem Andersenem sprawiliśmy, że „Penalty by Perception” naprawdę pyknęło. Nie oznacza to, że poprzednie nasze płyty nie miały dobrych momentów, zarówno muzycznych jak i pod kątem warsztatu poszczególnych muzyków. Nadal jestem zadowolony z większości naszych starych utworów, ale tak jak powiedziałem – wszystko wyszło idealnie na „Penalty by Perception”!

MBD: A ja nawet nie wiedziałem, że taki cytat się pojawia tam! Wow! (śmiech) Myślę, że to trochę przesadzone. Nie będę tutaj teraz wymieniał wszystkich niedoróbek poprzednich wydawnictw Artillery, bo brałem udział dotychczas tylko w nagraniu „Legions”. Także, (śmiech) bez komentarza.

Strzeliliście sobie również klipa do „Live By The Scythe”. Co możecie nam powiedzieć o tym video? Gdzie je kręciliście?

MBD: Zdjęcia były robione na Funen – to wyspa na której mieszkam. Konkretnie kręciliśmy je w zamku Hinsholm w mojej rodzinnej miejscowości, więc było bardzo familijnie. Chcieliśmy stworzyć nowy hymn Artillery. Dlatego troszeczkę zmieniliśmy wymowę słowa „scythe”, by brzmiała bardziej ciężko i żeby łatwiej ją można było skojarzyć z zespołem. Wiele ludzi wzięło to za błąd, a nie za wolność artystyczną. Internet tutaj zwłaszcza zabłysnął swą egzotyczną stroną…

MS: To było naprawdę ekstra przeżycie, kręcenie tego teledysku. Super się też pracowało z Mortenem Madsenem przy jego tworzeniu!

Kosa zawsze była ważnym elementem waszego logo. To miało być jakieś podkreślenie tego elementu?

MBD: No, zdecydowanie. To jak symbol Artillery, choć jak wiadomo także Children of Bodom go używa.

Jakie jest znaczenie tytułu nowej płyty?

MBD: Tak naprawdę może on oznaczać kilka rzeczy. „Penalty by Perception” może oznaczać że zostaniesz ukarany zależnie od tego jak się postrzega twoją zbrodnie. Że twoją karę determinuje czyjaś percepcja. Albo, że twoją karą ma być właśnie percepcja. Prawda jest trudna do zdobycia w dzisiejszych czasach i prawdziwym wyzwaniem jest postrzeganiem rzeczywistości taką jaką jest, a nie taką jaka jest ci przedstawiana. Percepcja sama w sobie może być karą.

Na okładce Artillery po raz pierwszy pojawił się… artyleria. Cóż, teraz to musicie nam powiedzieć jak to się stało, że po tylu albumach postanowiliście nagle sportretować nazwę zespołu na okładce płyty.

MDB: Dostaliśmy pierwszy szkic jakiś czas temu i go zaakceptowaliśmy. Tu nie ma żadnej historii, chyba że spytasz bezpośrednio twórcy okładki – Marka N. z ArtWars Mediadesign.

MS: Powiedzieliśmy Marcowi, by dał na okładkę pierwszą rzecz jaka mu przyjdzie do głowy, gdy pomyśli o naszym zespole. No i w gruncie rzeczy właśnie to zrobił.

Myślę, że wasze cele i ambicje w dzisiejszych czasach są trochę inne od tych, które przyświecały wam w latach osiemdziesiątych. Jak to zmieniło wasze podejście do pisania materiału?

MS: Nasze ambicje nie uległy jakimś większym zmianom. A nowe cele dodajemy sobie cały czas, zarówno pod kątem muzycznym jak i tym, w którym nowym miejscu chcielibyśmy zagrać.

A co motywuje was do tego by nadal grać? Co jest paliwem waszej pasji?

MS: Odpowiedź na to jest bardzo prosta. Po prostu uwielbiamy grać i słuchać ten rodzaj muzyki, który wykonujemy i jest to wielka przyjemność, by podróżować po całym świecie, mając tak oddanych fanów jak my. Nie ma znaczenia czy gramy w Stanach, Brazylii czy też w Polsce, zawsze się świetnie bawimy. Oprócz tego jesteśmy przyjaciółmi i rozmawiamy w zespole właściwie o wszystkim.

Jak ważne jest dla was, by fani skupiali się nie tylko na waszej muzyce ale także na tekstach poszczególnych utworów?

MBD: To znaczy bardzo wiele. Staram się pisać ciekawe teksty i jak dla mnie, takie coś potrafi dodać do kawałka zupełnie nowy wymiar. Oprócz samej muzyki dostajesz wtedy cały wizerunek i ramy, w której się ona obraca. Staram się wyrazić emocje i myśli, by słuchacz mógł je odczytać razem z muzyką. To dodaje głębi.

Mercyful Fate było istotną częścią duńskiej sceny metalowej. A teraz dwóch oryginalnych członków tego zespołu, gitarzyści Hank Shermann i Michael Denner wydają jako Denner / Shermann swój „debiutancki” album. Czy mieliście okazję go już przesłuchać? Jaka jest wasza opinia na jego temat?

MBD: Na razie słuchałem ich EP „Satan’s Tomb” i czekam na oficjalną premierę nowego krążka. Na pewno będzie rządził! Muzycy zaangażowani w ten projekt to jedni z moich najbardziej ulubionych artystów, a to samo w sobie sprawia, że to musi mi się podobać. Świetnie, że nadal chcą wypluwać z siebie płonący metal.

MS: Mi się bardzo podoba. Michael Denner mi go puszczał i jak dla mnie jest to coś, co trzeba mieć. Świetne utwory i riffy ikonicznej pracy gitary, która przywołuje wspomnienie Mercyful Fate, najlepszego zespołu z Danii. To był prawdziwy zaszczyt, że zagrali na naszej płycie w utworze „Cosmic Brain”. Oprócz tego są wspaniałymi kumplami. Znam ich od wczesnych lat osiemdziesiątych, gdy współdzieliliśmy salę prób.

Podczas naszego ostatniego wywiadu, Michael Stutzer obiecał, że Artillery powróci wkrótce do Polski. Kłamał. (śmiech) Ale już tak serio, jak wyglądają wasze plany na trasę promującą nowy krążek?

MBD: Będziemy promować nasz album jak tylko się da, także grając dużo koncertów. Chcielibyśmy zagrać wszędzie tam, gdzie jest to tylko możliwe. W sierpniu lecimy do Ameryki Południowej, a na resztę roku dostaliśmy sporo ciekawych ofert. Nie mogę niestety nic zdradzić, ale szansa na to, że zagościmy w Polsce jest całkiem spora!

MS: (śmiech) Wcale nie kłamałem, bo naprawdę niewiele brakowało, a byśmy zagrali w Polsce, ale promotor zmienił terminy i się to wszystko posypało. Aktualnie prowadzimy poważne rozmowy na temat trzech koncertów w Polsce w listopadzie. Będziemy was informować na bieżąco, gdy coś potwierdzimy! Bez wątpienia chcielibyśmy wrócić do Polski, bo ostatni koncert był naprawdę genialny.

Wielkie dzięki za tę rozmowę na temat waszej nowej płyty. Czas na ostatnią wiadomość dla fanów metalu z Polski

MBD: Wielkie, olbrzymie dzięki! Dzięki, za to że nadal jesteście z nami, że piszecie do nas, wspieracie nas i dajecie nam tak wiele. Jesteście prawdziwą duszą metalu i mam nadzieję, że niedługo się spotkamy!

MS: Zrobimy co w naszej mocy by wrócić do Polski i zagrać u was. Do zobaczenia!

Przeprowadzono: maj 2016