czwartek, 3 września 2015

Obsession - wywiad


GŁOŚNO, SZYBKO, MELODYJNIE

Michael Vescera jest artystą, który był zaangażowany w wiele różnorakich przedsięwzięć muzycznych. Aktywny muzycznie od ponad trzydziestu lat muzyk nadal czynnie udziela się na scenie metalowejj. Wśród licznych kapel, w których Michael się pojawił warto wymienić Loudness, duński Fatal Force, projekty Yngwiego Malmsteena oraz Rolanda Grapowa, jednak dla wielu wciąż najważniejszym pozostanie ten pierwszy zespół, w którym zaistniał Michael czyli heavy/power metalowy Obsession. Wspomniana kapela ostatnio przymierza się do nagrania kolejnego albumu studyjnego. Sfinansować go miała kampania założona w serwisie Kickstarter, jednak jej przygotowanie pozostawiało wiele do życzenia i w efekcie nie udało się wśród fanów zebrać wystarczających pieniędzy na rozpoczęcie długo wyczekiwanej sesji nagraniowej.

Byłeś członkiem wielu grup i projektów muzycznych. Między innymi udzielałeś się w zespołach Yngwiego Malmsteena oraz Rolanda Grapowa. Jak wspominasz współpracę z tymi artystami?

Michael Vescera: Praca z Yngwiem była ciekawa. To była bardziej impreza niż cokolwiek innego, zupełnie inaczej niż większość ludzi mogłaby pomyśleć. Uważam, że razem stworzyliśmy naprawdę dobry materiał, naprawdę dobrze się nam razem pracowało! Współpraca z Rolandem Grapowem też była świetnym przedsięwzięciem. Koleś jest zabójczym muzykiem i artystą. To był bardzo melodyjny materiał. Roland bardzo profesjonalnie podchodzi do tego, co robi, jednak jest także naprawdę spoko gościem! Bardzo utalentowanym w dodatku!

Czy zamierzasz jeszcze napisać coś w ramach swego projektu solowego lub MVP w przyszłości?

Mam już napisane utwory na kolejną płytę mojego solo projektu. Mam nadzieję nagrać ten materiał naprawdę niedługo!

Bierzesz też udział w przedsięwzięciu zwanym Animetal USA. Czy możesz nam opowiedzieć trochę o tym projekcie? Nie ukrywam, że sam o nim niewiele wiem, bo trafiłem na tę nazwę stosunkowo niedawno.

Animetal USA jest zespołem opierającym się na anime. Aranżujemy na nowo popularne utwory z filmów anime i nagrywamy je w stylu heavy/speed metalowym. To naprawdę świetna sprawa i dobra zabawa być członkiem tej kapeli. Na scenę zakładamy odpowiednie stroje, make-up i tak dalej. Animetal jest bardzo popularny w Japonii, a także w innych częściach świata. Goście w naszym zespole to niesamowici muzycy - Rudy Sarzo, Chris Impelliterri, John Dette. Zaczynamy właśnie nagrywać trzeci album, który ujrzy światło dzienne na początku 2015 roku.

Na których projektach chcesz się aktualnie skoncentrować? Czy masz jakieś plany dotyczące Obsession? Słyszałem, że wystartowaliście kampanię na Kickstarterze, dzięki której mieliście zebrać środki na nagranie kolejnego albumu, jednak okazała się ona niewypałem. Co zamierzacie zrobić teraz w takim wypadku?

Moim głównym polem działań będzie teraz Animetal USA oraz Obsession. Jeżdżę też ze swoim solowym projektem, mam zabookowane koncerty w Europie na październik, listopad i grudzień, na których będę też grał utwory, które tworzyłem z Loudness, Yngwiem, Obsession i tak dalej. Nasza kampania na Kickstarterze była swoistym wypróbowaniem tego sposobu na finansowanie muzycznych przedsięwzięć. Kickstarter jest dość śmiechawą sprawą i w sumie nie jest tak prosty jak wiele osób może uważać Wyciągnęliśmy wnioski z pierwszej kampanii i myślę, że wystartujemy z kolejną, jednak już na innej, bardziej przyjaznej stronie. Naszym zamiarem było samodzielne uzyskanie wystarczających środków na nagranie albumu. Jest to niezwykle trudne przy ograniczonych zasobach pieniężnych. Gdy muzyka jest twoja pracą, niemożliwym jest by samodzielnie (albo zespołowo) sfinansować całą sesję nagraniową płyty o odpowiedniej jakości! W każdym razie sprawę dystrybucji mamy dogadaną z Innerwound. Emil to świetny gość, który zna się na promocji i dystrybucji muzyki.

Kto był mózgiem ustalania poszczególnych pledge’ów w kampanii na Kickstarterze?

Te decyzje podejmowaliśmy kolektywnie jako cały zespół. Wiele się z tego nauczyliśmy i następnym razem, będziemy mieli lepsze podejście do tego typu przedsięwzięć.

Chciałbym omówić historię Obsession i twój wkład w rozwój tego zespołu. Kapela została założona w 1982 roku. Kto ją założył i jak wyglądały okoliczności, w których zespół zaczynał działalność?

Bruce Vitale i Jay Mezias byli kumplami ze szkoły, tak samo jak Art Maco i Matt Karagus. Nie jestem pewien w jakich okolicznościach cała czwórka się spotkała, ale wydaję mi się, że stało się tak przez wspólnego znajomego. Obsession powstało na kilka miesięcy przed tym jak dołączyłem do zespołu. W lokalnej gazecie muzycznej znalazłem ogłoszenie, że poszukują wokalisty w stylu Judas Priest, Iron Maiden, UFO i tak dalej. Byłem wtedy wielkim fanem tych zespołów, więc stwierdziłem, że spróbuję swoich sił, gdyż także szukałem kapeli, który wzorowałaby się na tych nazwach. Gdy się spotkaliśmy byłem pod wielkim wrażeniem ich umiejętności muzycznych! Zagraliśmy kilka prób, które wyszły nam bardzo dobrze. Pierwsze koncerty jakie graliśmy składały się głównie z coverów, jednak z każdym kolejnym gigiem dokładaliśmy do setu coraz więcej swojego materiału. Nasze kawałki podobały się wszystkim tak bardzo, że w końcu zarzuciliśmy granie coverów na koncertach. Stało się to w sumie dość szybko, w jakieś sześć czy osiem miesięcy!

Po raz pierwszy pojawiliście się na kompilacji “Metal Massacre II”. Obok was trafiły tam utwory kapel, które w następnych latach stały się całkiem znane - Overkill, Armored Saint, Savage Grace i Warlord. Jak się załapaliście na to wydawnictwo?

Skontaktowaliśmy się z Brianem Slagelem. Wyraziliśmy swoje zainteresowanie pojawienia się na kolejnej odsłonie kompilacji „Metal Massacre”, a on poprosił nas o wysłanie naszego materiału do oceny. Tak też zrobiliśmy. Nasza muzyka mu się spodobała, więc umieścił nas na tej płycie.

Jak to się stało, że przez Metal Blade wypuściliście tylko swoją EP “Marshall Law”? Dlaczego nie kontynuowaliście współpracy dalej?

Nie pamiętam już dokładnie co było tego powodem. Epki były dość powszechnymi wydawnictwami w tamtym czasie, więc pomyśleliśmy, że to będzie całkiem dobry start dla nas! W sumie efekt wyszedł całkiem nieźle.

Wasze dwa pierwsze albumy - “Scarred For Life” i “Methods of Madness” są przez wielu metalowych maniaków uznawane za ponadczasowe klasyki. Jak wyglądają teraz twoje odczucia względem tych płyt? Czy gdyby to było możliwe, to czy wprowadziłbyś do nich jakieś zmiany?

Uwielbiam te albumy. Doceniam te płyty teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zdaję sobie sprawę z tego, że to co wtedy zrobiliśmy, było naprawdę niesamowite jak na tamte czasy. Zawsze się jednak znajdzie coś, co chciałoby się potem zmienić, ale to raczej efekt własnych upodobań. Może “Scarred…” mogłoby mieć bardziej przestrzenne brzmienie, jednak nadal jest świetnym wydawnictwem!

Kto zdecydował, by machnąć teledysk do “For The Love of Money” a nie do jakiegoś innego wałka?

Wytwórnia tak zadecydowała. Wszystko wtedy było robione pod MTV i pod to, by teledysk był jak najdłużej w obrocie. Wówczas MTV dyktowało kierunek rozwoju naprawdę wielu grupom muzycznym. Bardzo lubiliśmy ten utwór, więc nie mieliśmy z tym problemu, by do niego nakręcić klip.

Dwa utwory z “Methods of Madness” znalazły się na ścieżce dźwiękowej w filmach z serii “Sleepaway Camp”. W jaki sposób one trafiły do tych filmów?

Wytwórnia i w tym miała spory udział. Stwierdzili, że nasza muzyka będzie idealnie pasować do slasherów. Nasze utwory pojawiają się także w innych filmach tak prawdę mówiąc. Pierwotnie mieliśmy zrobić też małe cameo w “Sleepaway Camp” jednak nasz grafik nam to uniemożliwił.

Co stało za ówczesnym rozpadem Obsession?

Zespół borykał się z wieloma problemami wewnętrznymi. Po trasie promującej “Methods of Madness” kapela zaczęła się rozpadać. Razem z Brucem musieliśmy znaleźć zastępstwo za pozostałych członków kapeli, jednocześnie pisząc materiał na trzeci album. Znaleźliśmy się w punkcie, w którym nie byliśmy pewni czy zespół podąża w dobrą stronę. Zacząłem też wtedy dostawać oferty od innych zespołów, które poszukiwały wokalisty. Mój management stwierdził, że w tej sytuacji w mym interesie będzie leżała zmiana kapeli. Wówczas też miałem takie odczucia. Porzuciłem wtedy Obsession na rzecz Loudness!

Właśnie. W 1988 roku wstąpiłeś w szeregi Loudness. Jak do tego doszło?

To było dość szalone w pewnym sensie. Zadzwonił do mnie ich angielski management. Powiedzieli mi, że goście z Loudness widzieli klip Obsession w MTV i bardzo im się spodobałem i byliby zainteresowani przesłuchaniem mnie do roli wokalisty w ich zespole. Byłem wtedy wielkim fanem Loudness, więc zgodziłem się na lot do Tokio. Spędziłem trochę czasu z kapelą, zagraliśmy kilka przesłuchań i tak dalej. Wszystko poszło na tyle gładko, że wkrótce dostałem propozycję gry w tym zespole!

Nagraliście razem dwa albumy, jednak w 1991 roku wasze ścieżki się rozeszły. Co było powodem twego odejścia z tego legendarnego zespołu?

Głównym powodem były kierunki muzyczne. Zespół wtedy zmierzał w stronę bardziej abstrakcyjnych stylów, z czego nie byłem zadowolony. Dużo złych decyzji padło w zakresie tras, promocji, finansów i tak dalej. I to podjętych zarówno przez zespół jak i przez management. Nie robiliśmy wiele poza granicami Japonii i południowo-wschodniej Azji, a wtedy naprawdę potrzebowaliśmy promocji także w innych częściach świata. Tak się nie działo, więc postanowiłem poszukać szczęścia gdzie indziej.

W 2002 roku nastąpiła reaktywacja Obsession, jednak z oryginalnego składu pozostałeś tylko ty oraz Jay Mezias. Co się działo wtedy z resztą?

Wszyscy oryginalni członkowie dostali propozycję grania w odrodzonym Obsession, lecz jedyną osobą, która była dostępna i była tym zainteresowana, był Jay. Chcieliśmy mieć cały oryginalny skład, jednak okazało się to niemożliwe!

Comeback album “Carnival of Lies” był całkiem udanym wydawnictwem. Podobno natrafiliście na pewne problemy ze strony wytwórni. Czy możesz nam powiedzieć nieco o tych przeciwnościach losu?

W głównej mierze chodzi o zupełny brak promocji i nieuczciwe umowy. Jestem bardzo zadowolony, że Emil i Innerwound będą wkrótce wydawać na nowo ten album. Został on ponownie zmiksowany, zmasterowany i ma nowy artwork. Świetnie, że ta płyta doczekała się odpowiedniego wydania. Dzięki temu czuję się znacznie lepiej.

“Order of Chaos” jest, póki co, waszym najświeższym albumem. Co możesz nam o nim powiedzieć, jak prezentuje się on w porównaniu z innym pozycjami w waszym katalogu?

Uważam, że z każdym kolejnym nagraniem rozwijamy się jako muzycy. Zawsze się znajdzie coś nowego, czego można się nauczyć. Ten album jest naprawdę dobrą płytą, tak samo jak wszystkie poprzednie.

Czy macie już skomponowane utwory na następną płytę Obsession czy nadal piszecie materiał?

Mamy już wszystko przygotowane, czekamy tylko na wejście do studia nagraniowego. Następny album Obsession będzie prawdziwym kilerem, prawdziwym melodyjnym metalem!

Jak wygląda pisanie nowych utworów w Obsession? Kto piszę muzykę i kto buduje strukturę kompozycji? Czy tylko ty jesteś autorem tekstów?

Tak, jestem jedynym autorem tekstów w Obsession. Muzykę głównie tworzę razem z Johnem Bruno. Scott Boland także ma pewien wkład w nowe utwory. Zwykle siadamy razem i rozpisujemy strukturę utworu i poszczególnych partii. Bardzo chcielibyśmy, by reszta członków zespołu także miała wymierny wkład w kompozycje, może tak będzie następnym razem!

Przejrzałem sekcję z merchem na waszej stronie i niestety nie natrafiłem na żadne poprzednie nagranie. Fani mogą tylko kupić ostatni album ze strony Innerwound Recordings. A co z resztą płyt?

Innerwound będzie wydawać na nowo całą nasza dyskografię. Wszystkie albumy będą zremasterowane i zostaną dodane do nich fajne bonusy. Będą także nowe przypisy w bookletach, bardzo rzadkie, nigdy nie wydane fotografie i tym podobne. Jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że wszystkie albumy zostaną wydane na nowo w ten sposób.

Jak wyglądają obecne plany koncertowe Obsession?

Mamy nadzieję odbyć jakąś trasę pod koniec tego roku lub na początku następnego. Gramy kilka koncertów tutaj w Stanach. Póki co, nie możemy zrobić więcej bo wszyscy mają szalenie zapchane rozkłady. Myślę, że przy okazji wydania na nowo “Carnival…” i reszty naszej dyskografii, warto będzie wrzucić Obsession wyższy bieg i pozwolić sobie na bardziej intensywne koncertowanie!


Przeprowadzono: sierpień, 2014

U.D.O. – Steelhamer – Live From Moscow




U.D.O. – Steelhamer – Live From Moscow2014, AFM
Z okładki straszy mnie herb Federacji Rosyjskiej i stylizowany na cyrylicę napis "Live From Moscow" z czerwonymi, a jakże!, gwiazdami. Za to z nagrania straszy mnie fatalna kondycja głosu Udo Dirkschneidera, którego to skrzeki chłonąć będziemy przez ponad półtorej godziny.
Sam tytuł albumu jasno nam mówi, że motywem przewodnim jest promocja ostatniej płyty studyjnej U.D.O., dlatego nie dziwi fakt, że w setliście dominują utwory właśnie z tego wydawnictwa. Stanowią ponad jedną trzecią całości utworów. Dwupłytowy album stanowi zapis koncertu U.D.O. który odbył się 28 września 2013 w Moskwie. Niestety jest to zapis niekompletny, gdyż na płytę z jakiegoś powodu nie trafił "Balls to the Wall", który zespół zagrał na koniec. Nie wiem dlaczego, gdyż jest to klasyczny utwór, który Udo nagrał z Accept w czasach swojej świetności i jest to także ważny element jego kariery muzycznej. O ile zawsze na koncertach U.D.O. czasem dość często są grane kawałki, które Dirkschneider nagrał z Accept, to na koncercie w Moskwie został zagrany tylko “Metal Heart”, który trafił na płytę oraz “Balls to the Wall”. Brak tego ostatniego na track liście mogę tylko wytłumaczyć tym, że zespół musiał jakoś strasznie ten numer zepsuć na koncercie, tudzież względnie decyzją marketingową, by promując swoją nową płytę, nie promować także konkurencyjnej już kapeli.
Oprócz coveru Accept i siedmiu kawałków ze "Steelhammer" na "Steelhammer - Live From Moscow" trafił również przekrojowy przegląd największych hitów U.D.O., także tych trochę rzadziej granych. I tak mamy naturalnie "Holy", "Timebomb", "Go Back To Hell", "They Want War", "Mean Machine", a także garść melodyjnych hiciorów z "Faceless World". Oprócz tego miłym dodatkiem są relatywnie nieczęsto grane przez U.D.O. utwory - "No Limits", "Azrael" i "Burning Heat". Ciekawe, że żaden utwór z "Mastercutor", "Rev-Raptor" ani z "Dominator" nie zagościł na tym wydawnictwie. Jak widać Udo zaorał totalnie swe niedawne albumy, koncentrując się wyłącznie na najnowszym dziele i starych klasykach, w tym także na tych mniej ogranych, co akurat pisze się na duży plus temu wydawnictwu.
Wspomniałem o fatalnych wokalach Udo. Rzeczywiście, na początku płyty, nie brzmi za ciekawie, przez co otwierający "Steelhammer" wypada tak sobie. W dalszej części koncertówki głos Dirkschneidera się nieznacznie poprawia, jednak dalej słychać, że to nie był jego wieczór. Same utwory były fajnie wykonane - chórki tętnią mocą i przestrzenią, a klawisze, o ile się pojawiają w tle, to dobrze współgrają z resztą instrumentów. W sumie godną pochwały rzeczą jest to, że Udo co jakiś czas rzuca teksty w styli "spasiba" i tak dalej do publiczności, to miłe, że stara się w taki sposób nawiązać kontakt z publiką. Aczkolwiek mnie to potwornie irytuje, gdyż język rosyjski w ustach Udo drażni w niewyobrażalny sposób. Nie wpływa to jednak na moją ocenę albumu, jest to tylko luźne spostrzeżenie.
Cóż rzec, wygląda na to, że każdy album studyjny po "Mastercutor" jest także promowany albumem koncertowym. Jest to ciekawa strategia promocyjna, która na pewno jest opłacalna przy tak dużej liczbie oddanych fanów . Oni przecież i tak kupią każde wydawnictwo sygnowane logotypem U.D.O., więc można tego wypuszczać na pęczki. Z drugiej strony jakość nagrania jak i dobór setlisty pokazuje, że nic tutaj nie zostało zrobione na odwal się. Nie było też zbędnego kombinowania podczas post-produkcji. To wydawnictwo jest naprawdę solidną płytą, zwłaszcza dla tych, którym się spodobał studyjny “Steelhammer”. Gdyby tylko głos samego Udo brzmiał nieco lepiej...
Ocena: 4/6

środa, 2 września 2015

Living Death – Vengeance of Hell




Living Death – Vengeance of Hell
1984/2014, High Roller Records

Debiutancki album Living Death doczekał się kolejnej reedycji, tym razem sumptem High Roller Records. Co ciekawe na tym wydawnictwie możemy usłyszeć utwory, które zostały poddane ponownemu zmiksowaniu w 1985 roku, czyli w następnym roku po pierwotnej premierze krążka. Sam remiks ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony wszystko jest w nim lepiej słyszalne i gitary oraz bas są o wiele czystsze. Sam dźwięk stał się także przy tym bardziej przestrzenny, a i niektóre wpadki produkcyjne zostały skrzętnie zniwelowane. Z drugiej strony po tym sprzątaniu dźwięk stracił swoją kompresję przy okazji gubiąc po drodze nieco swojej mocy.
Na szczęście High Roller wpadł na absolutnie genialny pomysł. Otóż na płycie zostały umieszczone zremiksowane i zremasterowane wersje utworów, a także zremasterowana oryginalna zawartość krążka z 1984 roku. Dzięki temu zabiegowi można porównać czy preferuje się utwory ciaśniejsze i pełne kompresji czy cieńsze lecz bardziej przestrzenne. Remiksy utworów stanowią bardzo ciekawe spojrzenie na muzykę Living Death z wczesnego okresu. Fakt faktem, niektóre utwory jak "Living Death" albo "Labirynth" dużo zyskują po ponownym zmiksowaniu.
Co do samej zawartości muzycznej krążka, ci którzy znają nazwę Living Death dokładnie wiedzą czego mogą się spodziewać. Surowe riffy, które wręcz promieniują rokiem 1984 (kłaniają się "Gates To Purgatory" Running Wild, "Sentence of Death" Destruction i wczesne demówki Iron Angel), aranżacje utworów, mieszające thrash metal z wpływami speed i heavy metalowy oraz jedyny w swoim rodzaju wokal Thorstena "Toto" Bergmanna.
O głosie Toto i jego pozytywnych i negatywnych aspektach można wręcz napisać pokaźnych rozmiarów pracę dyplomową. Toto należy do tych wokalistów, których można albo lubić albo nienawidzić. Jego barwa głosu jest niezwykle niejednoznaczna. Z jednej strony bardzo dobrze koreluje z agresywną i intensywną muzyką Living Death, z drugiej zalatuje amatorszczyzną i silnymi problemami z nieokiełznanymi strunami głosowymi, co słychać na przykładzie "My Victim" albo "Riding a Virgin". Niezależnie od opinii jaką ma się na temat wokali Toto Bergmanna, to bez jego charakterystycznej maniery piania niczym przekupka na odpuście muzyka Living Death wydaje się niepełna. Zabójcze tremola i pogięte riffy poprzeplatane z niezmiernie kreatywnymi przejściami stanowią kompozyt, który został pokryty chyba najdziwniejszymi wokalami w historii heavy metalu. Fakt faktem, ten album jest już właściwie kultowy – samo z siebie się to nie wzięło!

Blood Feast - wywiad


FANI SĄ DLA NAS NAJWAŻNIEJSI
Tegoroczna edycja festiwalu Headbangers Open Air zebrała w jednym miejscu wiele interesujących kapel, które brały udział w wykuwaniu prawdziwego metalowego undergroundu w ubiegłym stuleciu. Blood Feast, thrash metalowi cichociemni z New Jersey, pojawili się na tym niemieckim festiwalu po raz drugi. Skorzystaliśmy więc z okazji, że zaczął padać deszcz i zgarnęliśmy gitarzystę Adama Tranquiliego, jednego z dwóch oryginalnych członków, którzy jeszcze grają w tym zespole, pod zadaszone miejsce, by przygwoździć go krzyżowym ogniem pytań. Tak się złożyło, że w tym samym miejscu przed strugami wody schronił się także wokalista grupy – Chris Natalini.
Nie owijając w bawełnę przejdźmy od razu do konkretów. Jest całkiem spory nacisk fanów, by wasze opus magnum „Kill For Pleasure” doczekało się w końcu poprawnej reedycji. Czy macie już zalążki takich planów?
Adam Tranquili: Chcielibyśmy, by nasz debiutancki krążek został ponownie wydany, jednak na przeszkodzie stoją nam problemy związane z prawem do tego albumu. Nie możemy się ciągle dogadać z wytwórnią. To jest bardzo trudna kwestia. Zdaję sobie sprawę, że „Kill For Pleasure” i „Face Fate” to bardzo ważne nagrania dla naszych fanów. Zawsze wozimy ze sobą kilka dodatkowych pressingów, jednak nie mamy praw, by wydać większy nakład tych albumów.
Chris Natalini: Jesteśmy związani przez restrykcje handlowe!
Czy sytuacja wygląda podobnie gdybyście chcieli, na przykład, nagrać te albumy od nowa?
Adam: Jest to jakieś rozwiązanie. Też nad tym myśleliśmy, jednak i tak byśmy musieli płacić tantiemy wytwórni. No i chyba nie tego oczekują fani….
Co było przyczyną rozpadu zespołu po wydaniu „Chopping Block Blues”?
Adam: Hmm… najlepiej by było, gdyby na to pytanie odpowiedział Kevin [Kuzma, perkusista – przyp. red.]
No tak, bo ciebie wtedy nie było w zespole, odszedłeś przed nagraniem tego albumu. Myślałem, że mimo wszystko jesteś zaznajomiony z tym, co się wtedy działo w zespole.
Adam: O, w końcu ktoś, kto odrobił pracę domową! (śmiech) Wszyscy się mnie pytają w wywiadach, dlaczego zostałem wyrzucony z zespołu w 1988 roku. Odpowiedź brzmi: nie zostałem wyrzucony! To była moja decyzja. Chciałem odejść z zespołu i byłem do tego gotowy! Odbyło się to z zyskiem i dla mnie i dla zespołu. To, co się działo potem w zespole nie za bardzo mnie interesowało. Dopóki znowu się w nim nie znalazłem.
Zespół zaczynał pierwotnie pod szyldem Blood Lust w 1985 roku. Co sprawiło, że postanowiliście zmienić nazwę na Blood Feast?
Adam: To wszystko przez Metal Blade Records. Mieli wtedy u siebie już zespół z taką nazwą. Ci goście byli z Los Angeles i wydali w 1985 roku płytę „Guilty as Sin”. Brian Slagel, założyciel Metal Blade, bardzo był zainteresowany tym, żebyśmy grali pod skrzydłami jego wytwórni, więc zaproponował nam zmianę nazwy na Blood Feast. Na początku byliśmy do tego nastawieni bardzo krytycznie. Wiesz, byliśmy młodzi i charakteryzował nas ośli upór i typowe w tym wieku aroganckie zacietrzewienie. Skończyło się na tym, że podpisaliśmy kontrakt z „N” [New Renaissance Records – przyp. red.], gdyż oferowali nam lepszą umowę, jednak zdecydowaliśmy się posłuchać rady Briana i zmieniliśmy nazwę. W sumie Blood Feast jest o wiele lepszą nazwą niż Blood Lust…
Chris, jak to się stało, że trafiłeś do Blood Feast? John Blicharz i Tom Lorenzo grali z Adamem i Kevinem w ich innych projektach muzycznych, jak to jednak było z tobą?
Adam: Tom grał ze mną w Without End, a John grał w Annunaki oraz w Lament razem z Kevinem.
Chris: Adam i ja mamy wspólną przyjaciółkę, Tracy. Ona wiedziała o tym, że Blood Feast potrzebuje nowego wokalisty i już mają zabookowany występ na Headbangers Open Air 2010.  Skontaktowała się ze mną, mówiąc, że ma do mnie dwa pytania. Po pierwsze, czy mam aktualny paszport, po drugie, czy chciałbym pojechać do Niemiec. Odpowiedziałem natychmiast twierdząco na oba pytania. Spytałem się jej o co tak właściwie chodzi. Wytłumaczyła mi wtedy, że wie od Adama, iż Blood Feast potrzebuje nowego wokalisty i pomyślała o mnie. Jestem wielkim fanem Blood Feast. Byłem nim na długo zanim zostałem członkiem tego zespołu. Z wielką nadzieją pojechałem na przesłuchanie i tak się złożyło, że od tamtej pory jestem wokalistą w tej kapeli.
No to się wyjaśniło dlaczego z takim entuzjazmem wchodziłeś dzisiaj w tłum. Jako fan zespołu chciałeś popatrzeć na koncert spod sceny!
Adam: (śmiech) On lubi to często robić.
Chris: Nie, to nie tak! (śmiech). Rzucać się w tłum ze sceny na Headbangers Open Air, przeżywać to wydarzenie razem z fanatycznym tłumem… przecież to jedyna taka okazja w życiu! Jak mógłbym to sobie darować? Mam okazję kumplować się, imprezować i grać razem z zespołem, którego byłem fanem przez bardzo długi okres. Niewielu ludzi ma taką okazję. Ja należę do tych szczęściarzy.
Adam: My nie wychodzimy na scenę i po prostu: gramy koncert. My chcemy poczuć energię ludzi, którzy przyszli na nasz występ. Im lepiej fani się bawią, tym lepiej my gramy. To jest takie sprzężenie zwrotne! Dlatego nie marudzimy, gdy Chris w szale zaczyna niknąć gdzieś tam w kłębie ciał podczas koncertu
Chris: Fani są dla nas najważniejsi!


Czy pracujecie nad jakimś nowym materiałem, nowymi utworami?
Adam: Idzie nam to strasznie powoli…
Chris: O, to będzie dobre! Sam z chęcią posłucham odpowiedzi na to pytanie! (śmiech)
Adam: (śmiech) Chodzi o to, że Kevin mieszka w Pittsburghu, Chris mieszka w hrabstwie Delaware pod Philadelphią w Pensylwanii, a ja aktualnie żyję w New Jersey. Mieszkamy w sporej odległości od siebie. Nie mamy za często okazji by się razem spotykać. Żeby jeszcze było mało, to do tego jesteśmy też bardzo zajęci naszymi pracami i rodzinami.
Czyli Blood Feast nie ma w zanadrzu żadnych nowości?

Chris: Mamy już skończony cały jeden utwór! Rozumiesz? Cały jeden! (śmiech). I kilka innych w trakcie komponowania.
Adam: Wszystko by szło o wiele sprawniej gdyby nie te wszystkie przeciwności losu, gdyż naprawdę chcielibyśmy razem pracować częściej i bardziej efektywnie…
Kiedy zamierzacie zaprezentować ten nowy utwór?
Adam: Chcieliśmy to zrobić dzisiaj, jednak stwierdziliśmy, że mijałoby się to z celem. To old-schoolowy festiwal.
Chris: Właśnie! Ludzie tu przyszli posłuchać naszych klasyków, więc im żądaniom uczyniliśmy zadość! (śmiech)
Skoro mówimy o klasykach. Wielu uważa wasz debiutancki krążek „Kill For Pleasure” za wasze najlepsze dzieło. Czy zgadzacie się z takim stwierdzeniem? Jakie są aktualnie wasze odczucia względem tego wydawnictwa?
Adam: Powiem tylko tyle: tak! (śmiech) A tak bardziej serio, to wspaniały album. Jednak jego brzmienie jest naprawdę tragiczne… z drugiej strony, może też w tym tkwi cały jego urok? Gdy poszliśmy do studia, by nagrać ten materiał, okazało się, że goście stamtąd w ogóle nie wiedzą jak należy nagrywać metal. Oni nigdy czegoś takiego nie słyszeli. Tam się nagrywało jazz, muzykę klasyczną, czy popłuczyny w stylu Lenny’ego Kravitza, a tu nagle na ich progu zjawia się banda dzieciaków w koszulkach Blood Feast. Nie wiedzieli co z nami zrobić! Nigdy nie słyszeli takich przesterowanych gitar. Nigdy nie słyszeli tak agresywnej gry. Pamiętam, że nie mogli nastawić odpowiednio mikrofonów do nagrania perkusji, gdyż jak twierdzili, Kevin zbyt mocno uderza w bębny. Dlatego efekt tej sesji nagraniowej wyszedł naprawdę strasznie. Nie jestem z niego zadowolony. Jednak mimo to, uwielbiam ten album. To prawdziwy klasyk. To część mojej historii. Nie mogę uwierzyć, że po tylu latach nadal gram te kawałki na żywo. To naprawdę daje wiele satysfakcji. A jeszcze jak słyszę, że ludzie przyjeżdżają specjalnie po to by nas posłuchać, to w ogóle odpływam (śmiech).
Ostatnio możemy zaobserwować swoisty renesans thrash metalu. Jaka jest twoja opinia na temat całej mnogości młodych kapel, które nagle zaczynają łupać stary dobry thrash?
Adam: Jak to zwykle bywa, takie mody rodzą wiele bardzo dobrych, jak i bardzo złych zespołów. Nie śledzę tej sceny, jestem bardzo zajętym człowiekiem. Nie interesują mnie za bardzo młode zespoły. Wolę posłuchać stare, dobre, sprawdzone marki. Na przykład wczoraj wielkie wrażenie zrobił na mnie koncert Mantasa i jego zespołu M-Pire of Evil. W nich jest więcej Venom niż w Venom. Cieszę się, że mogłem tu przyjechać, bo w Stanach bym takiego koncertu nie zobaczył.
Bardzo często słyszy się od amerykańskich kapel, że w Stanach z old-schoolowym metalem jest marnie.
Adam: Bo tak niestety jest. Zwłaszcza w kwestii dobrego thrash metalu.
Chris: Mi za to podoba się muzyka kilku młodych zespołów ze Stanów. Na przykład Bonded By Blood i…. hmm….
Adam: Widzisz, kiedyś to było proste, wszyscy byliśmy zajarani i wrzeszczeliśmy, że lubimy Metallikę, Slayera, Mercyful Fate, Overkilla! A teraz jak to wygląda? Musisz położyć palec na dolnej wardze, spojrzeć w górę i się chwilę zastanowić (śmiech).
Jesteście bardziej przekonani do starszych zespołów?
Chris: To nie jest do końca tak. Wiele młodych kapel umie porządnie dać do pieca. Tak samo jak starzy wyjadacze. Overkill ciągle dostarcza nam świetne albumy. Ja wiem, że dla młodych ludzi to świetne przeżycie starać się doświadczyć na nowo, tego co się działo w latach osiemdziesiątych. Jednak tej atmosfery tamtych lat nie da się odtworzyć, niezależnie od tego jak bardzo będziesz się starać. Trzeba było żyć w tamtym okresie by to zrozumieć.

Jaki jest wasz stosunek do Internetu? Postrzegacie to jako szansę na dotarcie do szerszej liczby fanów, czy też zagrożenie związane z piractwem muzycznym?
Adam: Internet zawsze miał dwie strony: dobrą i złą. Nie można go jednak skreślać. Rozejrzyj się dookoła. Takie festiwale, jak ten, nie miałyby racji bytu, gdyby nie Internet. Teraz możemy się komunikować z ludźmi po drugiej stronie świata z zatrważającą łatwością! Nie powiesz, że to nie jest wspaniałe. Nie mówiąc już o tym jak to wpływa na promowanie naszej muzyki i możliwości koncertowe! Naturalnie, zwiększa się też niezbyt legalne powielanie naszych nagrań, jednak to też nam pomaga. Dzięki temu nasza muzyka żyje i dociera do ludzi. Z grania metalu nigdy nie ma dużo pieniędzy, więc nie narzekam na taki obrót sytuacji. Gdybyśmy mieli robić to dla szmalu, to dałbym sobie z tym spokój jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu. A prawda jest taka, że im więcej ludzi kopiuje twoją muzykę, tym więcej ludzi lubi twoją muzykę! (śmiech)
Wydaliście ostatnio utwory, które wcześniej nie zostały opublikowane lub znalazły się na demówkach, w wydawnictwie zatytułowanym „Remnants: The Last Remains” sumptem Militia Records, wytwórni założonej przez Kevina.
Adam: Ponadto Jurgen, organizator HOA, wydał składankę „Last Offering Before the Chopping Block” poprzez Hellion Records. To też jest mocna old-schoolowa rzecz!
Czy zamierzacie także wydać jakieś niepublikowane nagrania wideo?
Adam: Niestety nie jest tego za wiele. Na pewno nie w dobrej jakości. Jedyne dobre nagrania to te z Headbangers Open Air w 2010. Na Youtube są też nagrania wideo zarejestrowane przez naszego fana jakoś w ’86 lub ’87 roku. My wtedy nie mieliśmy takich możliwości. Nie stać nas nawet było na wynajęcie kamery. To były świetne koncerty – w Detroit i w Washington D.C. . Ja niestety nie posiadam żadnych własnych materiałów z tamtego okresu.
Adam, nie jestem pewien, ale chyba grałeś u nas wraz ze swoim zespołem Without End…
Adam: Tak, graliśmy między innymi na tym waszym Przystanku Woodstock. Jurek Owsiak to spoko typ. Nasz występ też jest na Youtube. To naprawdę był szalony dzień! To było w 2005 roku. Trzysta tysięcy ludzi czy coś koło tego! Byłeś kiedyś na tym festiwalu?
Nie i nie zamierzam tam jechać. Wiesz, u nas Przystanek Woodstock budzi u niektórych niezbyt przyjemne skojarzenia…
Adam: Ojej, naprawdę? A ja myślałem, że ten cały Peace&Love to tylko taka stylistyka. Nie przeszkadzało mi to. Wiesz, w głębi duszy jestem prawicowcem. Oczywiście, bez żadnych skrajnych odchyłów czy czegoś w ten deseń (śmiech). Rozumiem, że nie wszyscy patrzą przychylnym okiem w Polsce na rzeczy kojarzone z lewicową polityką. W końcu byliście w strefie wpływów ZSRR ile? Czterdzieści lat?
Ponad czterdzieści… niektórzy twierdzą, że ciągle w niej jesteśmy (śmiech). Nie jest też tak, że to co robi Jurek Owsiak jest jednoznacznie negatywnym przedsięwzięciem. To dość skomplikowana kwestia.
Adam: Dostaliśmy zaproszenie, by zagrać dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Graliśmy w Nowym Jorku, a potem przylecieliśmy do Polski, by dać występ w Gdańsku, Toruniu, Bydgoszczy. Graliśmy tam z Butelką. Znam też kilka słów po polsku – butelka, piwo, zapiekanka! (śmiech) Bigos! Bardzo mi smakował. Gotowana kapusta jest fajna o ile doda się do niej mięso, tak jak u was się to robi. Jedzenie staje się pełnoprawnym posiłkiem tylko wtedy gdy zawiera mięso (śmiech). Bardzo mi się podobało w Polsce. Wszyscy byli dla nas bardzo uprzejmi.

Przeprowadzono: lipiec 2013

Omission - Pioneers of the Storm




Omission - Pioneers of the Storm
2013, War Productions
Ci hiszpańscy black thrashowcy powoli stają się coraz bardziej znaną kapelą w tej strefie metalowego undergroundu, która jest pełna siarkowych wyziewów. Słusznie zresztą, biorąc pod uwagę formę ich trzeciego krążka, który właśnie bierzemy na warsztat. A co można powiedzieć o samym zespole? Skóry, kolce, pasy z nabojami, demoniczne teksty i plakietka "Satanic Speed Thrash Metal War Machine", którą sami zainteresowani sobie przyczepili, mówią same za siebie. Tym bardziej ciekawi zawartość najnowszego dzieła i ślinka cieknie na myśl o tym jaka bezczelnie bezkompromisowa uczta nas czeka. 
Złowieszcze intro w postaci jednej z pamiętnej scen z filmu "Egzorcyzmy Emily Rose" stawia wszystkie włoski na ciele. Jest perfekcyjnym wprowadzeniem w klimat płyty. Będzie mrocznie, będzie demonicznie, będzie szatan, piekło, kozie głowy i odwrócone krzyże. Będą hipnagogiczne powidoki rytualnych mordów, plugawych legionów i piekielnych otchłani. Zespół się o to postarał. Nie tylko pod względem tekstów, muzyki i kompozycji, lecz także samego brzmienia i produkcji. Możemy usłyszeć najlepsze przybrudzone brzmienie gitar, które pasuje do tego stylu muzyki, czyli dźwięk czarnego jak smoła komara na złotym strzale amfetaminy. Aż się łezka w oku kręci od mimowolnego nostalgicznego wspomnienia bardzo wczesnego Destruction i Sarcofago. Do tego mocny, przeszywający i skrzekliwy wokal, który brzmi jak plugawy głos pomniejszego demona, naprzemiennie pieszczotliwie ściskanego imadłem przy mosznie i zmysłowo gwałconego wiertarką udarową. 
Patenty i zagrywki gitarowe są wyjątkowo różnorodne jak na blackened thrash metal. Mamy tutaj mozolnie rzeźbione, monumentalnie smoliste riffy. Mamy wyścigowe tremola. Mamy hiciarsko wybrzmiewające powerchordy. Mamy w końcu elektryzujące galopady. Perkusista też nie idzie na łatwiznę. Łomoty werbli, tomów i centrali, na ogół proste, potrafią być chwilami zaskakująco techniczne. Wsłuchując się w różne rytmiczne podkłady jakie nam serwuje Daviti, można śmiało stwierdzić, że Dave Lombardo był jedną z jego głównych inspiracji. Ponadto, wiele powyższych zagrywek gitarowych i perkusyjnych jest wrzucanych do każdego kawałka, więc nie jest nudno. Utwory z biegiem czasu swego trwania potrafią obrać dość nieoczekiwane kierunki. 
Zaskakują - i to pozytywnie! - bardzo dobrze dopracowane heavy metalowe solówki. Już gry solowe w pierwszym po intro utworze "The Slaughter Hour" zadziwiają swym kunsztem, stylem i klimatem. Dodaje to old-schoolowego stylu do całości muzyki. 
"Pioneers of the Storm" jest płytą, która robi wrażenie na potencjalnym słuchaczu. Trudno jest wskazać wyróżniające się kawałki, gdyż praktycznie wszystkie utwory są świetnymi thrash metalowymi baletami z blackową pikanterią. Plusem jest także smaczek w postaci coveru "Deathwish" death rockowej grupy Christian Death. Ten utwór świetnie pasuje do stylu Omission. Jego obecność tutaj przywodzi mi na myśl analogicznie świetną robotę jaką wykonało Destruction z "The Damned" Plasmatics. Oba utwory kopią dupska i wyrzynają w pień wszystko to, co im stanie na drodze. 
Cóż można więcej rzec? Ogólnie rzecz ujmując jest bardzo dobrze. A właściwie bardzo źle, jednak w pożądanym tego słowa znaczeniu. Do tej płyty będzie się wracać, zwłaszcza gdy jest się fanem przyczernionych thrashowych rytmów. Nagranie ma strasznie kiczowatą okładkę, gdzie rysunkowe personifikacje członków zespołu pozdrawiają piekielne legiony, które dzierżą chorągwie z odwróconymi krzyżami i głowami kozła wpisanymi w pentagram. Co by nie mówić o tym jak biednie i potwornie wygląda okładka, styl w jakim obraca się kapela wymaga takich rysunków. Zresztą i tak jest to najlepiej wyglądająca okładka w dyskografii zespołu (może prócz erotycznego szkicu, który widnieje na przodzie kompilacji "Angelfuck"), gdyż odzwierciedla cechy muzyki na płycie - klimatyczność i prostotę. 
Ocena: 5/6

Vektor – Black Future






Vektor – Black Future
2009/2013, Earache Records

Dobrze pamiętam moje pierwsze odczucia, gdy spotkałem się z twórczością tego zespołu. Pierwsze co się mi rzuciło w oczy to ta nieszczęsna logówka. Skojarzenia z Voivod nasuwają się wręcz same. Pamiętam, że nie byłem z tego zadowolony - raz, że nie przepadałem wówczas za twórczością kanadyjskich połamańców, dwa, że nie przepadam za bandami kserobojów, próbujących się wybić na sukcesie innych, znanych i szerzej docenianych kapel. Normalnie nie przywiązałbym większej uwagi do twórczości tego zespołu, jednak moja dusza melomańskiego odkrywcy oraz bardzo pochlebne opinie znajomych na temat "Black Future" skłoniły mnie w końcu po sięgnięcie po to wydawnictwo.

Aura w tamtym okresie była wyjątkowo nieprzyjazna. Ostra zima 2009, śnieg, silne zawieje i mróz. Wroga pogoda potęgowała mój sceptycyzm, który jednak bardzo szybko się rozpadł pod wpływem rozpoczynającego album utworu tytułowego. Jak się okazało Vektor siarczyście łoi połamany, lecz wciąż czytelny ekscentryczny mariaż thrash metalu, w którym owszem, występuje dużo progresji, jednak, który nie stroi od prędkości i tłamszącej agresji. Jak już pisałem, nie jestem fanem Voivod, jednak zawsze szanowałem ich twórczość. Progresywny thrash, i w ogóle progresywna muzyka, nigdy nie znajdzie we mnie oddanego entuzjasty, jednak zawsze lubiłem płyty takich zespołów jak Coroner, Mekong Delta czy Midas Touch. Do moich faworytów należą także "Control and Resistance" Watchtower oraz "The New Machine of Liechtenstein" Holy Moses. Dodam, że w Vektor jest tyle progresji ile przeciętny fan thrashu może znieść. Osiągnięcie czegoś takiego wymaga wiele umiejętności od młodych muzyków. To nie lada sztuka, by muzyka nie zatraciła pierwotnej energii i siły pod technicznymi riffami. "Black Future" dowodzi tego, że Amerykanie podołali temu wyzwaniu. Brutalne zagrywki, dużo fajnej techniki i wściekły, opętańczy wokal Davida DiSanto współtworzą genialne kompozycje o dużej wartości muzycznej, które poza tym się po prostu świetnie słucha. Struktury utworów ciągle się zmieniają. Zaskakują swą elastycznością i różnorakimi formami dopasowania do niejednostajnego kształtu albumu. Mimo swego dynamizmu formy, klimat i niesamowita atmosfera płyty pozostają niezmienne.

Otwierający album utwór tytułowy jest ciosem, który wbija się w brzuch i przecina jelita swą skomplikowaną, a zarazem brutalną formą i potęgą. Szybkie przesterowane gitary i demoniczne skrzeki wokalisty nie biorą żadnych jeńców. Drugi na płycie "Oblivion" jest kompozycją obfitującą w agresywne ultraszybkie tremola oraz przejmujące melancholijne melodie. Zespół nie traci swego technicznego pierwiastka.

Cieszy fakt, że Vektor nie jest odbitką jakiegokolwiek innego zespołu, lecz tworzy własny rozpoznawalny styl i brzmienie. Słychać inspiracje Coronerem i Voivod, jednak są to właśnie tylko i wyłącznie inspiracje. Twórcy "Black Future" niczego nie przepisują, niczego nie próbują przemycić z kosmetycznymi zmianami lub bez nich. To nie jest zespół pokroju Toxic Holocaust, który ma może ze trzy autorskie riffy, a resztę stanowią skopiowane zagrywki z innych, starszych zespołów. Wiadomo, podobny styl reprezentowały starej daty wizjonerskie kapele pokroju Obliveon i Chemical Breath, jednak Vektor doprowadził tego typu granie na jeszcze wyższy poziom - zarówno pod względem techniki jak i klimatu.

Ultrasoniczny lot "Black Future" kontynuuje niszczycielski "Destroying The Cosmos". Złudnie zaczynający się spokojną melodią by przejść w piorunujące galopady, wyścigowe tremola, poprzetykane technicznymi przejściami, które w dalszej części utworu przechodzą w progresywną zadumę. Gra solowa i zdumiewająca thrashowa melodia kończące utwór to jeden z najlepszych dowodów na majstersztyk tej młodej kapeli. Miękkie dźwięki w "Forest of Legends" stanowią element kreatywności i dowód na gotowość wychodzenia poza ramy gatunku. Na tym nagraniu te spokojne wstawki współgrają bardzo dobrze z całokształtem albumu, sprawiając, że jest on jednocześnie ciekawy i niejednorodny. Łomoczący werbel i stopa oraz thrashowe riffy gitar i basu w "Hunger For Violence", mimo przejścia w pokrętne połamańce i ponure zaśpiewy, nie wytracają swej siły przebicia. Vektor dzięki temu nie gra nudno. Okrasza swe riffy cudownie melodyjnymi i umiejętnymi solówkami.

Najkrótszym utworem na tym wydawnictwie jest niespełna pięciominutowy "Deoxyribonucleic Acid", który jest przykładem na to, ze nawet o kodzie genetycznym można pisać ciekawe utwory. Zespół tutaj umiejętnie manipuluje klimatem, przechodząc z tajemniczego i mrocznego wstępu do szybkiego i kolczastego scherzo. Jakby podkreślając różnorodność muzyczną składającą się na to wydawnictwo, na "Asteroid" zespół upraszcza trochę formę swoich zagrywek i figur. Mamy tutaj do czynienia z hiciarskim i prędkim numerem ze śpiewnym refrenem rodem z wczesnego Destruction. Nawałnica niesamowitych dźwięków towarzyszy nam na całej epickiej długości trwania "Dark Nebula". Melodia idzie w parze z mięsnymi riffami, a temu wszystkiemu towarzyszą jak zwykle szwadrony ciekawych koncepcji.

Mistrzowskim zwieńczeniem tej kosmicznej podróży jest trzynastominutowy "Accelerating Universe". Niesamowite jest to jak Vektor sprawia, że jego ponad dziesięciominutowe kompozycje, których jest tutaj aż trzy, zamiast nudzić, orzeźwiają swymi interesującymi aspektami i nieziemskim klimatem. Podziw towarzyszy każdej minucie spędzonej nad tym wydawnictwem. Zamiast zaperzyć się i tkwić w bajorku "old-schoolowości" tych czterech młodych gości wzięło sprawy w swoje ręce i, umiejętnie manipulując różnymi pokrewnymi stylami, uformowali dzieło wiekopomne, interesujące i metalowe do bólu. Żadne szufladki i bariery gatunkowe nie stanowiły tutaj przeszkody. Dlatego tego dzieła będzie się słuchać z przyjemnością za parę lat, tak samo jak teraz starszych albumów Coronera, Obliveon, Holy Moses czy Voivod.


Ocena: 6/6