środa, 2 września 2015

Sign of the Jackal – Mark of the Beast




Sign of the Jackal – Mark of the Beast
2013, High Roller Records
Ten album jest debiutanckim krążkiem młodych Włochów z Trydentu. Po kilku latach nieustannego ostrzenia apetytu, w końcu możemy cieszyć uszy prawdziwą ucztą dla zmysłu słuchu. Zawartość "Mark of The Beast" stanowią głównie na nowo nagrane utwory obecne na poprzednich wydawnictwach grupy. Z demo "Haunted House Tapes" na długogrającą płytę trafił "Sign of the Jackal" oraz przebojowy "Fight For Rock". Z EP zatytułowanej "Beyond" zostały odświeżone utwory "Night of the Undead", "Hellhounds", "Heavy Metal Demons" oraz instrumentalny "Paganini Horror", czyli niemalże cała zawartość mini albumu. Przez to na "Mark of the Beast" pojawiły się raptem, nie licząc intro i coveru, cztery nowe kompozycje. Ci, którzy są zaznajomieni z dotychczasową twórczością Włochów mogą czuć lekki niedosyt. Jednak poziom i moc nowych, jak i starszych numerów rekompensuje ewentualne rozczarowania. 
"Mark of the Beast" to prześwietny album, wierny tradycyjnym old-schoolowym ideałom i prawidłom prawdziwej heavy metalowej muzy. Cała zawartość płyty jest utrzymana w klimacie i konwencji kultowych horrorów klasy B - czyli tych najlepszych, a nie jakiegoś ugłaskanego kina dla stulejarzy. Motywy związane z tą tematyką popkultury, zwłaszcza tworzoną przez osławionego włoskiego reżysera i scenarzystę - Lucio Fulciego, są obecne niemalże w każdym utworze. W dodatku te tematy są poruszone z klasą i dzięki temu nie tracą swej klimatyczności. Nie tak, jak głupkowate, lapidarne, bzdurne thrashowo/crossoverowe potworki o zombiakach, które wszystkie horrorowe motywy sprowadzają do rynsztokowego bełkotu dla quasi-metalowych plebejskich spierdolin. 
Teksty i muzyka Sign of the Jackal są dopracowane i wymuskane jak hołubione dziecię. Nie znaczy to, że produkcja dźwięku jest wyśrubowana do granic możliwości. Wręcz przeciwnie, jest na niej nostalgiczna patyna miksowania ścieżek rodem z lat osiemdziesiątych. Wbrew pozorom działa to na korzyść materiału zawartego na tej płycie - bo tak powinna brzmieć tego typu muza, a nie jakieś przetechnologizowane, zdygitalizowane, popodciągane ścieżki.
Powróćmy jednak do omawiania brzmienia "Mark of the Beast". Muzyka włoskiego kwintetu jawi się jak ciasno skompresowany pakunek riffów i patentów rodem z samego środka lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W muzyce Sign of the Jackal bardzo łatwo odnaleźć bezpośrednie wpływy Tyrant, Accept, Gotham City, Crossfire, a także Riot oraz speed metalowego Exciter. Kompozycje na tej płycie ciągle oscylują między brzmieniem i klimatem tych starych kapel. Momentami da się wyczuć nawet riffy podchodzące subtelnie pod granie w stylu Black Knight czy Pretty Maids. Tak czy owak, wszyscy muzycy wspinają się na wyżyny swoich umiejętności - od ciekawych przejść perkusyjnych, poprzez tętniący i żywy bas, aż po płomienne i melodyjne solówki. Skoro mowa o solówkach - mankamentem, o ile można użyć takiego słowa, gry solowej jest przesyt tappingów. Wygląda na to, że ta technika jest ulubioną zagrywką gitarzystów z Sign of the Jackal. Moim zdaniem jednak trochę za często jej używają w swych utworach, zwłaszcza, że większość solówek ma zbliżone do siebie brzmienie, przynajmniej w którymś momencie trwania solo. 
Mocny i silnie zaakcentowany w miksie głos wokalistki jest wspaniałym zwieńczeniem całości muzyki. Dzięki niej, przy słuchaniu debiutu Sign of the Jackal, mimowolnie nawiedzały mnie skojarzenia z Original Sin, Taist of Iron, Black Knight, a przede wszystkim z Acid oraz, co ciekawe, z Chastain, gdyż głos Laury Coller jest łudzącą podobny do maniery śpiewania frontmanki wspomnianej kapeli. Mimo tego, że akcent Laury wywołuje co jakiś czas uśmieszek w kąciku ust, jej śpiewu słucha się bardzo przyjemnie. Tak jak i całej muzyki na "Mark of the Beast". Ta płyta jest pełna pierwotnego żaru oraz horrorowego klimatu. Dusza tradycyjnego heavy metalu przemawia z tego dzieła poprzez old-schoolowe riffy i bujne solówki, które nie stronią od wzniosłych harmonii gitarowych w swych kulminacyjnych momentach. 
Ocena: 5/6

Sodom – Epitome of Torture




Sodom – Epitome of Torture
2013, Steamhammer
Po takim zespole jak Sodom, filarze niemieckiego thrash metalu, prawdziwy fan muzyki metalowej spodziewa się wyłącznie świetnych albumów, przepełnionych agresywną muzyką i prawdziwą headbangerską ucztą. Uciekanie się do półśrodków lub odcinania kuponów nie jest nawet brana pod uwagę. Stawia to przed podstarzałym już thrash metalowym trio nie lada wyzwanie. Trzeba się pogodzić, choć z trudem, z faktem, że czasy „Persecution Manii” i „Agent Orange” bezpowrotnie minęły. Jednak nie oznacza to, że Sodom nie nawiązuje do tych dokonań w swych najnowszych dziełach. I tak stajemy przed najnowszą produkcją Niemców. Albumem, który sądząc po przewrotnym tytule, ma być prawdziwym uosobieniem męczarni i cierpienia.
Na samym starcie można się przekonać, że muzyczna zawartość "Epitome of Torture" zaskakuje. Nie jest to Sodom najwyższej klasy, jednak nadal jest to profesjonalna, rzemieślnicza robota. Tom chyba trochę za bardzo zapatrzył się na niedawne dokonania Kreatora, gdyż riffy i produkcja bardzo przypomina styl ostatnich płyt załogi Millego Petrozzy. Zwłaszcza o poziomie produkcji można tu wiele pisać. Na "Epitome of Torture" zostało bardzo mało miejsca na brud w garach czy gitarach. Nie jest to dobra rzecz, gdyż przez to płyta brzmieniowo oscyluje niebezpiecznie blisko klimatów groove metalowych i post-thrashu. Eskapady w post-thrashowe rewiry, których korzenie sięgają pierwszej połowy lat 90tych są bardzo wyraźne prawie na całym albumie. Załamania rytmu, nietłumione przygładzone riffy, proste świergoczące melodie... Jednak już rozwiewam wszelkie wątpliwości. Nie jest aż tak źle jakby się mogło wydawać! 
Wokal Angelrippera jest ostry i agresywny jak zawsze. Na tej płycie jednak Tom zaczął eksperymentować z bardzo niskimi zaśpiewami, podchodzącymi momentami pod umiarkowany growling. Na łupiącym "Stygmatized" frontman Sodom prezentuje całe swoje spektrum możliwości wokalnych. Nie powiem - brzmi to bardzo potężnie. Sodom karmi nas całkiem sporą ilością ciekawych pomysłów na aranżacje kompozycji. Przez to utwory nie są jednostajne oraz nie są nudne. Interesującym zabiegiem było użycie melodii sowieckiej piosenki w utworze "Katjuscha". Sodom już kiedyś zawierał motywy ze znanych utworów w swoich kompozycjach (np. w "Bombenhagel") teraz znowu uciekł się do takiego chwytu. 
Patrząc ogólnie na "Epitome of Torture" nie da się ukryć, że nie jest to album wypełniony po brzegi świetnymi hiciorami. Znajdują się na nim typowe wypełniacze oraz utwory, które nie porwą słuchacza. Jednak występują tu także solidne pozycje. Sprinterski, wpadający w ucho "S.O.D.O.M.", z pełnymi furii chórami i szybkimi riffami, ciężki i równie szybki "Stigmatized", pełny tradycyjnego brzmienia i mocy Sodom "Shoot Today - Kill Tomorrow" oraz "Into The Skies of War", który rozrywa swym epickim klimatem, to utwory, które na trwałe wpiszą się sczerniałymi od napalmu literami w historii dokonań twórców "Agent Orange". Także bonusowy "Splitting the Atom" skwierczy aż miło. Choć nie powiem, styl riffów w tym kawałku bardzo przypomina dokonania duńskiego Artillery z ostatnich lat. 
Na najnowszym albumie Sodom, mimo wielu zalet i mocnych punktów, czegoś mi zabrakło. Muzyka na "Epitome of Torture" oscyluje niebezpiecznie na granicy pomiędzy thrash metalem, a jego nowocześniejszymi formami. Sodom dalej podąża ścieżką obraną na "M-16" jednak wytraca powoli pierwotną patynę brudu i bestialską bezkompromisowość. Ich muzyka dalej jest agresywna jednak coraz bardziej brata się z patentami, które średnio pasują do wojennego trio. No i nowy Sodom brzmi jak ostatnie dokonania Kreatora, tyle że z Tomem Angelripperem na wokalu... 

ps. renderowane komputerowo grafiki okładek ssą.
Ocena: 4/6

Vicious Rumors - wywiad

 
PRZYSZŁOŚĆ JEST NASZA, NIC NAS NIE POWSTRZYMA
Z tym wywiadem to niezłe jaja były. Geoff Thorpe bezustannie stanowi trudny cel i zawsze ciężko było uzgodnić coś jasnego w sprawie potencjalnych rozmów z nim. A dorwać go próbowaliśmy od dłuższego czasu. Pojawienie się nowego wokalisty w Vicious Rumors trochę ułatwiło zadanie dotarcia do zespołu, gdyż prawie zawsze w takich sytuacjach, to właśnie nowy frontman jest oddelegowywany do udzielania wywiadów, mimo że nie zawsze stanowi do tego najlepiej wykwalifikowanego przedstawiciela zespołu. Zwłaszcza, gdy kapela ma ponad trzydzieści lat historii. Na szczęście udało nam się w końcu porozmawiać i z Nickiem, nowym wokalistą Vicious Rumors i z Geoffem Thorpem, mózgiem i umysłem stojącym za twórczością oraz polityką tego zespołu. Dzięki temu mogłem zadać pytania dotyczące nie tylko najnowszego wydawnictwa, ale także ostatniego studyjnego dzieła Amerykanów oraz (w końcu) tego, co się wydarzyło kilka lat temu między Jamesem Riverą, a  załogą Vicious Rumors. Choć Geoff, jak będzie można zauważyć, nie był zainteresowany rozpamiętywaniem starych konfliktów. Mimo drobnych nieporozumień wynikających ze zmęczenia materiału (np. życzyłem udanego występu na HOA 2014, na którym Vicious Rumors przecież nie gra) udało się w końcu dopiąć oba wywiady do końca.
Nie wypada nie zacząć od zasłużonych gratulacji. “Live You to Death 2 - American Punishment” jest świetnym albumem koncertowym. Zapewne jesteście niezwykle zadowoleni z tego jak udało wam się zabrzmieć na tej płytce?

Geoff Thorpe: Bardzo dziękuję za miłe słowa. Ten album oraz cała trasa jest świetnym i ekscytującym rozpoczęciem nowego rozdziału w historii Vicious Rumors! Spotkaliśmy się z Nickiem po raz pierwszy w San Francisco. Na szczęście dla nas Nick miał odwagę by przelecieć pół świata, aby dołączyć do paru świrów, których nigdy wcześniej nie spotkał! Na tym albumie udało nam się uwiecznić ogień i energię żywiołowego koncertu Vicious Rumors. Nigdy wcześniej nie dokonaliśmy tego na żadnym albumie koncertowym.

Nick Holleman: Ten album zawiera dokładnie to, co się liczy w Vicious Rumors - przepełniony energią metal. W tej muzyce jest niezwykle wiele pasji. Chcemy, by była ona widoczna na każdym naszym koncercie. Mam nadzieję, że publiczność także za każdym razem to widzi, słyszy i odczuwa. Na tej trasie mogliśmy zobaczyć, że dzięki niej heavy metal nadal żyje. Dzięki niej także nigdy nie umrze. Jako nowy człowiek w zespole, jestem niezwykle podekscytowany tą trasą. To było niesamowite przeżycie z wieloma niezapomnianymi chwilami. Cieszę się, że zostało to uchwycone na tej koncertówce.

Nowa płyta to pasjonująca siedemdziesięciominutowa jazda. To pierwsza płyta z pierwszej trasy z waszym nowym wokalistą. Czy możecie nam przybliżyć jego postać?

Geoff: Mój stary dobry przyjaciel z holenderskiego zespołu Rebelstar był świadom tego, że szukam nowego wokalisty za Briana Allena, który nie był w stanie wyruszyć z nami w trasę. Toine powiedział mi, że zna gościa, który mógłby być dla nas idealny. Puścił mi płytę zespołu Powerized, w którym śpiewał Nick, jednak ja wiedziałem, że w studio nawet średni wokalista może dobrze zabrzmieć. Poszukałem więc ich nagrań live na Youtube. Okazało się, że Nick jest jeszcze bardziej przekonywujący na nich niż na nagraniach studyjnych! Razem z Larrym doszliśmy do wniosku, że Nick będzie pasował do Vicious Rumors. Na początku miało być to tylko zastępstwo, jednak los poprowadził Allena w innym kierunku niż tym, w którym podążał nasz zespół. Po odwołaniu dwóch dużych tras zostaliśmy zmuszeni do pewnych drastycznych posunięć. Dlatego Nick jest nowym pełnoprawnym członkiem Vicious Rumors. Czuję, że przyszłość jest nasza, nic nas nie powstrzyma!

Nick: To jak trafiłem do zespołu to całkiem zabawna historia. Siedziałem w klasie, gdy dostałem telefon. Gdy usłyszałem pytanie czy nie chciałbym wyruszyć w trasę po USA jako wokalista zespołu Vicious Rumors, to z początku pomyślałem, że jacyś moi znajomi robią sobie ze mnie zwyczajne jaja. Szybko się jednak okazało, że jest to jednak prawdziwa propozycja! Byłem niezmiernie podekscytowany. (śmiech) To było dosłownie kilka tygodni przed zaplanowaną trasą Vicious Rumors.

Nick, czy jesteś zadowolony ze swojego występu, który został zarejestrowany na płycie?

Nick: Nigdy nie jestem kompletnie usatysfakcjonowany. Gdybym był, to byłby koniec mej kariery muzycznej. (śmiech) Ciągle jestem młody i jest jeszcze wiele rzeczy, których muszę się nauczyć. Esencja Vicious Rumors to dawanie z siebie wszystkiego, każdego wieczoru. To słychać na nagraniu. Dlatego można przyjąć, że jestem zadowolony z tego jak zabrzmieliśmy.

Jak się czujesz jako część legendarnego Vicious Rumors?

Nick: Mogę powiedzieć, że to wspaniałe uczucie być częścią tej historii metalu, która ciągle powiększa się o kolejne rozdziały. To jest niezwykłe być na scenie wieczór za wieczorem i dawać z siebie wszystko w towarzystwie takich znakomitych muzyków. Karmimy się nawzajem swą pozytywną energią i myślę, że publiczność też to widzi i czuje. To, co do tej pory zrobiliśmy było powalającym doświadczeniem, a wiele jeszcze przed nami.


Czy znałeś materiał Vicious Rumors zanim dołączyłeś do zespołu?

Nick: Cóż, znałem nazwę. Muszę jednak przyznać, że niewiele więcej. (śmiech) Gdy zgodziłem się na dołączenie do zespołu na amerykańską trasę, musiałem się porządnie nauczyć trzydziestu nowych dla mnie utworów oraz zaznajomić się z tym wszystkim, co Geoff i Vicious Rumors dali heavy metalowi.

Dlaczego Brian Allen nie jest już członkiem zespołu?

Geoff: Głównie chodziło o to, że Allen nie był w stanie pojechać na trasę. Vicious Rumors jest zespołem, który nagrywa płyty i jeździ w trasy. Jedno i drugie jest ze sobą nierozłączne. Nie możemy robić jednego bez drugiego. Nadal mamy dobre stosunki z Brianem i życzymy mu jak najlepiej.

Nick, który utwór Vicious Rumors najbardziej lubisz wykonywać na żywo?

Nick: To trudne pytanie. Jest ich całkiem sporo, ale by wybrać kilka, to będzie “Together We Unite”, ale Geoff nie chce grać tego utworu na żywo. (śmiech) Woli puszczać ten utwór jako outro po występie, ale myślę, że uda nam się dojść w końcu do porozumienia w tej kwestii. (śmiech) Oprócz tego lubię wykonywać “Mastermind”, “Lady Took A Chance” oraz “World Church” ponieważ są w tej skali, w której najbardziej lubię śpiewać. Utwór, który mnie najbardziej rozgrzewa na scenie to “Don’t Wait For Me”. Daję wtedy z siebie dosłownie wszystko i szaleję na scenie! Ponadto, ten utwór zawsze wprowadza niezłe zamieszanie w tłumie pod sceną.

Starasz się trochę naśladować poprzednich wokalistów Vicious Rumors przy ich utworach czy raczej starasz się zaznaczyć swój własny styl podczas występu?

Nick: Przesłuchałem całą dyskografię Vicious Rumors, każdy nasz wokalista odwalił kawał świetnej roboty. Najbardziej podobał mi się Carl Albert. Był naprawdę doskonałym wokalistą z bardzo mocnym głosem. Odczuwam z nim pewne powiązanie. To nie jest tak, że staram się go kopiować, ale staram się w pełni odzwierciedlić jego styl z tamtego okresu Vicious Rumors.


W jaki sposób uczysz się utworów Vicious Rumors?

Nick: Odsłuchuję je dwa lub trzy razy. Zwykle wtedy już wiem jak leci melodia wokalu, choć bez jakiś drobnych niuansów. Potem staram się to odśpiewać razem z utworem, tak trochę jak karaoke i się przy tym nagrywam. Potem porównuję nagranie z oryginalnym utworem i patrzę, które rzeczy należy ewentualnie poprawić, a które bardzo mi się podobają. Staram się w każdym utworze dodać coś od siebie, a reszta zespołu jest bardzo chętna takiemu rozwiązaniu!

Jak długo ci zajęło dopracowanie całego materiału na trasę?

Nick: Cóż, dano mi tylko trzy tygodnie, więc w tej kwestii nie miałem dużego wyboru. (śmiech) Nauczyłem się tych trzydziestu utworów, ich tekstu i melodii, w trzy tygodnie. Wydaję mi się, że dopracowałem je dopiero pod koniec trasy. (śmiech) Dlatego nie mogę się doczekać nadchodzącej European Live You To Death Tour w 2014 roku.

Jak z twojej perspektywy wygląda życie w trasie z Vicious Rumors? Czy ci się ono podoba? Czy zespół odstawia szalone imprezy czy jest na ogół spokojnie?

Nick: Trasa po Stanach to był świetnie spędzony czas. Koncerty były udane, a my czuliśmy między sobą prawdziwą chemię. Życie w trasie było całkiem fajne. Na początku myślałem, że będzie dość drętwo, tak siedzieć szesnaście godzin w autobusie zanim się dojedzie na kolejne miejsce koncertu. Okazało się jednak, że tematów do rozmów nam nie brakowało. Zdarzały się także szalone momenty, ale Geoff by mnie pewnie zabił, gdybym coś o nich wspomniał. (śmiech) Było wspaniale. Spotkaliśmy po drodze świetnych ludzi i mogliśmy robić to, co kochamy najbardziej!

W zeszłym roku wydaliście swój najnowszy album studyjny, zatytułowany “Electric Punishment”. Przy nim nie ma żadnych wątpliwości, że nadal potraficie łoić solidny heavy metal. Jak długo zajęły wam pracę nad tym albumem?

Geoff: Zajęło nam to jakieś osiem miesięcy w 2012 roku. Wróciliśmy z jednej z naszych największych tras pod koniec 2011 roku, na której zagraliśmy 92 koncerty w samej tylko Europie, z czego sześćdziesiąt headline’owaliśmy, a na większości pozostałych wspieraliśmy Hammerfall.

Skąd taki pomysł na tytuł płyty? Po wsłuchaniu się w tekst utworu tytułowego wychodzi na to, że wszyscy, którzy słuchają heavy metalu są w jakiś sposób naznaczeni. Uważasz, że tak jest w istocie?

Geoff: Nie mogę mówić za wszystkich metalowców, jednak wiem, że ja na pewno jestem naznaczony (śmiech). Stajesz się mniejszością w chwili, gdy heavy metal staje się twą pasją. “Electric Punishment” dla mnie jest siłą, a zarazem piętnem heavy metalowego życia w undergroundzie. Jest to także zaszczyt i przywilej, którego nie zamieniłbym na nic na świecie.


W tym utworze da się także wyczuć dużo nostalgii. Czy żałujesz czegokolwiek, co zrobiłeś w przeszłości lub jakichś swoich wyborów życiowych?

Geoff: Nigdy w życiu! Spełniają się nasze marzenia - nagrywamy płyty i gramy koncerty po całym świecie. Co może być lepsze niż to?

Co jest tematem “Black X List”? Co cię zainspirowało do napisania tego utworu?

Geoff: “Black X List” jest prawdziwą historią dotyczącą kultu voodoo w USA. Nie jestem z nią w ogóle związany czy coś, po prostu bardzo mi się podobała i mnie zafascynowała. Temat voodoo jest idealny do heavy metalowego utworu.

Numer “Together We Unite” jest swoistym triumfalnym hymnem? Uczczeniem faktu, że nadal jesteście istniejącym i koncertującym zespołem mimo różnorakich przeciwności losu?

Geoff: Bardzo ci dziękuję. Jest to prawdziwy hymn naszej wspólnej pracy. Potęgi przekuwania wysiłku wielu ludzi w jedność. Jest to właściwie mój najbardziej ulubiony utwór z tej płyty, a Nick chce bym grał go na każdym koncercie! Jest to ten rodzaj kompozycji, który właściwie napisał się sam. Uwielbiam to jak utwory rodzą się naturalnie same z siebie, jest to naprawdę wspaniałe. Nawet jeżeli nie jest to coś, co można określić typowym numerem Vicious Rumors. Przez 35 lat przerobiliśmy już tyle rozmaitych stylistyk, że nie czujemy się ograniczeni żadnymi ramami gatunkowymi czy brzmieniowymi.

W tym utworze występuje silny topos metalowego braterstwa. Czy uważasz, że istnieje taka potrzeba by metalowcy jednoczyli się i stali ramię w ramię przeciw światu czy coś w ten deseń?

Geoff: Nie nazwałbym tego potrzebą. Po prostu tak się dzieję, że metalowcy zwykle trzymają się razem. Jeżeli czegoś się nauczyłem z mych tras dookoła świata to tego, że niezależnie od tego gdzie jesteś, i tak czujesz swoistą więź z metalowymi braćmi i siostrami.

Na nowym albumie koncertowym znalazły się tylko dwa utwory z ostatniego albumu studyjnego. Większość utworów pochodzi z waszego klasyku - “Digital Dictator”. Czy uważasz, że “Digital Dictator” jest o wiele lepszym albumem niż “Electric Punishment”?

Geoff: Nie to nie tak. Chcieliśmy pokazać fanom, że nasz nowy skład jest w stanie doskonale odzwierciedlić i rozwinąć klasyczne brzmienie Vicious Rumors. Myślę, że skala jaką dysponuje Nick przywróciła z powrotem naszą prawdziwą formę. Kawałki z “Digital…” idealnie pokazują tę bardziej melodyjną stronę naszego brzmienia.

Nick: Pracowaliśmy wspólnie, by stworzyć najlepszy album jaki tylko byliśmy w stanie. Geoff chciał pokazać fanom, że zespół wrócił do swojej najlepszej formy, więc dobór utworów musiał to jakoś odzwierciedlać. Bardzo lubię utwory z “Digital Dictator” bo dobrze pasują do mojego wokalu.

Ponoć w 2015 roku zostanie wydany nowy studyjny album Vicious Rumors. Czy moglibyście nam powiedzieć coś więcej na jego temat?

Geoff: Jeżeli bym ci powiedział, to musiałbym cię potem zabić (śmiech)! Jesteśmy silni, chętni i skoncentrowani na tym by wypaść tak dobrze jak nigdy wcześniej!

Nick: Historia nadal się tworzy!

A jak wygląda proces tworzenia nowego materiału? Czy Nick ma szansę dodać swoje pomysły do przyszłych utworów?

Nick: Geoff jest zawsze otwarty na wkład i sugestie innych członków zespołu. Mamy wielkie plany i nie możemy się doczekać wyników. To będzie jakość w stylu Vicious Rumors, dokładnie tego czego się spodziewacie, a nawet więcej. Taki przyświeca nam cel!

Walnęliście klipa do “I Am The Gun”. Powiedz mi, dlaczego wasz ubiór i ogólny image zalatuje tam trochę gotykiem? To był taki zamysł, by nie epatować prawilnym power metalem w tym wideoklipie?

Geoff: Jesteśmy kim jesteśmy, teatralność i dramaturgia zawsze była dużą częścią Vicious Rumors. Im jestem starszy, tym mam bardziej poryte pomysły. A sąsiedztwo tych wszystkich młodych dusz w mym zespole bezsprzecznie dostarcza nowe pokłady energii. Nick ma trochę ponad dwadzieścia lat, nasz nowy basista Tilen Hudrap też ma trochę ponad dwadzieścia lat… Dzięki temu możemy docierać nie tylko do starszych fanów, ale także i młodszej części metalowej sceny. Stałem się mrocznym Ojcem Chrzestnym! Każdy aspekt zespołu jest istotny, także ten wizualny. Nie należy także zapominać o zwykłym czerpaniu radości z tego, co się robi. Jesteśmy entertainerami, naszym zadaniem jest byś porzucił swoje troski na progu klubu, do którego przychodzisz na nasz koncert. I żebyś dzięki temu przyszedł na kolejny!


Co się tak dokładnie stało między tobą i Larrym a Jamesem Riverą w 2007 roku? W swym oficjalnym oświadczeniu, umieszczonym w serwisie blabbermouth.net 13 listopada 2007 napisał, że odszedł z Vicious Rumors, bo go zwyzywałeś, zaatakowałeś i uderzyłeś pustą butelką w głowę. Ale już w 2009 roku na Headbangers Open Air razem dzieliliście scenę, grając wspólnie kawałki z “Warball”....

Geoff: Brzmi jak prawdziwe Vicious Rumors [ach, ta gra słów - przyp.red.]. Nie wierz we wszystko co przeczytasz. Wszystko między mną i Jamesem jest w najlepszym porządku. Jesteśmy braćmi, a bracia czasem wdają się ze sobą w bójki. Prawdziwi bracia przechodzą po tym do porządku dziennego. I tak zrobiliśmy.

Przeprowadzono: maj 2014

Living Death – Metal Revolution




Living Death – Metal Revolution
1985/2014, High Roller Records

Living Death, siedząc w thrash metalowej ekstremie, nie popadało w rutynę i sztampę. Choć, gdy pierwsze studyjne dokonania tej załogi ujrzały światło dzienne, thrash sam w sobie nadal był w fazie krystalizowania swej odrębności. Living Death jednak na szczęście pozostawało kreatywne i świeże pod względem pomysłów na swoją muzykę i przede wszystkim na jej strukturę. Wiele zespołów zaczynało powoli grać na jedno kopyto, jednak nie twórcy "Metal Revolution". Wczesna twórczość tego zespołu z Nadrenii Północnej - Westfalii pokazała, że nawet w rytmie cztery czwarte można skomponować satysfakcjonująco urozmaicone kompozycje. Dzięki temu "Metal Revolution", album studyjny Living Death numer dwa, jest wydawnictwem ponadczasowym. Przy okazji pokazującym jakim chybionym przedsięwzięciem jest z grubsza większość Nowej Fali Thrashu, która nadal nie przestaje nas zalewać. Brzmienie jak kalka innego zespołu nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę.
Wznowienie zremasterowanego "Metal Revolution" jest świetnym pretekstem do odświeżenia sobie twórczości Living Death. Zwłaszcza, że ten album to prawdziwy lodołamacz na skutym lodem oceanie heavy metalu ze świetnymi utworami na pokładzie. A ile tutaj świetnych hitów w ładowniach! Utrzymany w marszowym klimacie "Rulers Must Come" sprawnie operuje swą naturą, oferując ułudę spokoju, między kolejnymi atakami krzykliwego, miarowego refrenu. Świetne gitary, które przeplatają się ze sobą w melodyjnych lekko tłumionych przejściach to prawdziwe ukojenie dla każdego głodnego fana prawdziwego speed metalu z Niemiec. Czarne rytmy wypełzają ze złowieszczego "Screaming from a Chamber". Zaskakujący niski zaśpiew Toto prezentuje jego umiejętność operowania w szerokim spektrum dźwięków, zwłaszcza że nigdy nie porzuca swego firmowego piania na dłuższy okres. By nie było nudno słuchacz dostaje także po mordzie bardzo udanymi speed/thrashowymi łupaninami w postaci otwierającego album "Killing Machine" oraz "Shadow of the Dawn". Dudniące basy, szybkie tremola i rozpędzona perkusja zmiatają wszystko na swojej drodze. W dodatku w rzeczonym "Shadow of the Dawn" Toto pozbywa się swojej chropowatej chrypki i uderza w nas niezwykle wysokim i czystym zaśpiewem w refrenie. Megawaty niepowstrzymanej mocy, które biją wtedy z nagrania są trudne do oddania w słowach!
Do nowej reedycji tego albumu zostały dodane bonusy w postaci utworów z wydanej w 1985 roku epki "Watch Out" oraz z demówki "Living Death" z 1983 roku. Dzięki temu otrzymaliśmy także dostęp do innych wersji utworów, które znalazły się na debiutanckim albumie studyjnym "Vengeance of Hell". Przez całą długość trwania nowego wznowienia "Metal Revolution" mamy do czynienia z twórczością wysokich lotów. Muzycy Living Death pokazują klasę nie tylko w kompozycjach riffów i aranżacjach utworów. Solówki Niemców to niesamowity ogień w palcach i elektryzacja powietrza. Cudowna melodyka, która mimo mnogości dźwięków nie porzuca swej mocy i energii. Warto zarzucić dobrym old schoolem niezależnie od pory dnia czy nocy!

sobota, 29 sierpnia 2015

Grinder - wywiad


CHCIELIŚMY PRZYPOMNIEĆ LUDZIOM CO OZNACZA WOJNA
Grinder jest martwą nazwą od bardzo wielu lat. Zespół od dawna już nie funkcjonuje i wszystko wskazuje na to, że już nigdy nie zobaczymy go na żywo, ani nie uświadczymy nowych nagrań firmowanych tą nazwą. Dlatego przy okazji reedycji drugiego albumu tej undergroundowej thrashowej kapeli warto odświeżyć sobie twórczość tego zespołu, zwłaszcza, że na pierwszych dwóch krążkach była ona znakomita. Grinder grał wysokiej jakości thrash metal z energicznymi kompozycjami, dopracowanymi z wielką starannością o szczegóły. Choć jest to kapela wywodząca się z Niemiec, daleko było jej do typowych germańskich thrashowych rytmów. Z niemieckiego thrashu najbliżej stylistycznie było Grinderowi do znakomitych Paradox oraz Risk. Ilość niecharakterystycznych patentów, które cechował te kapele oddzielał je wyraźnie od reszty niemieckiej sceny i plasował ich bliżej temu co grały wtedy ich amerykańskie odpowiedniki. Błędnym jest jednak stwierdzenie, że te kapele, a więc także Grinder, grały amerykańską szkołę thrashu, gdyż ich muzyka także i od niej się wyraźnie oddzielała. Zespół rozpadł się w 1991 roku po nagraniu trzeciej, dość słabej płyty. Drogi muzyków się rozeszły – część z nich założyła nowe zespoły – Rawboned i power/thrashowy Capricorn. Stefan Arnold trafił do formacji Grave Digger, w której gra po dziś dzień. Niestety, możliwą reaktywację Grindera skutecznie uniemożliwiło samobójstwo gitarzysty Lario Teklicia. W rozmowie z Andym Ergünem dowiedzieliśmy się dlaczego osoba Lario jest tak istotna dla Grindera, a także dlaczego debiutancki krążek Niemców ma zupełnie inną okładkę i tytuł niż pierwotnie planowano. Ponadto dowiedzieliśmy się także kilku innych ciekawych faktów z historii tej kapeli, jak na przykład to jak wyglądał ich jedyny koncert poza granicami Niemiec, w kraju w którym nigdy wcześniej przed nimi nie grała żadna zachodnia kapela heavy metalowa.
Po rozpadzie Grindera grałeś w zespole, który nazywał się Nemesis. Czy następnie grałeś jeszcze w jakiś innych kapelach? Czy aktualnie nadal zajmujesz się graniem metalu?
Andy Ergün: Nemesis było raptem projektem do którego na krótko dołączyłem razem z Adrianem [Hahnem, wokal i bas – przyp.red.]. Po rozpadzie Grindera założyłem Rawboned, tak coś koło 1992 roku. W 1996 nagraliśmy taśmę demo i odbyliśmy małą trasę po Niemczech i Austrii z brytyjskim Reign. We wrześniu tego samego roku musiałem opuścić Rawboned z pewnych powodów osobistych. Zespół ciągnął jeszcze swój żywot przez jakiś czas, ale z tego co wiem rozpadł się jakiś czas temu. Od tamtego czasu nie gram już w żadnym zespole. Skupiam się na swojej rodzinie, lecz czasem coś tam pogrywam w domu. Możliwe, że dołączę do zespołu mojego przyjaciela z Turcji, gdyż poprosił mnie o pomoc w swoim projekcie. Jest jednak bardzo zapracowanym człowiekiem, więc nie wiem kiedy ewentualnie miałoby to miejsce.
Czy reaktywacja Grindera jest możliwa bez Lario Teklicia?
Nie. Lario był głównym autorem utworów i duszą zespołu. Poza tym Stefan [Arnold – przyp.red.] jest zbyt zajęty odnoszeniem sukcesów z Grave Digger. Wątpię by opuścił Grave Diggera dla Grindera. W każdym razie bez Lario nie będzie Grindera.
Czy ktoś kontaktował się z wami w sprawie przywrócenia działalności Grinder?
Tak, i to parokrotnie. Ostatnio goście od Wacken Open Air pytali Stefana o nasz reunion. Było to dwa lata temu. Odpowiedź jednak jest zawsze taka sama. Bez Lario nie ma mowy o żadnym ponownym zreaktywowaniu zespołu. Był zbyt ważny dla kapeli.
Grinder przestał funkcjonować ponad dwadzieścia lat temu. W międzyczasie, zwłaszcza ostatnimi laty, powstała cała nowa generacja zespołów thrash metalowych. Czy śledzisz rozwój sceny thrashowej?
Nadal kocham muzykę, zwłaszcza metal, bardziej niż cokolwiek innego. Nie przyglądam się jednak nowinkom, które pojawiają się w thrash metalu. W sensie, nie koncentruje się na tym. Myślę jednak, że jest tam wiele świetnych zespołów. W latach osiemdziesiątych thrash metal był bardzo dominującym gatunkiem. Nie było zbytniej alternatywy, gdyż nie powstało wtedy jeszcze zbyt wiele odłamów metalu. Jasne, był ten cały Hair-Spray-Metal, jednak to w sumie nie był żaden metal. Dzisiaj masz o wiele szersze spojrzenie na tym czym jest ciężka muzyka. Nadal mamy klasyki NWOBHM jak Iron Maiden czy Judas Priest, jednak obok nich mamy też takie interesujące zespoły jak Gojira i dobrze rozwinięty Melodic Death Metal, Groove Metal, Metalcore czy Nu Metal w postaci In Flames, Slipknot, Killswitch Engage, Devildriver i tak dalej. Mimo to speed i thrash metal nadal istnieją i ich herosi pokroju Metalliki, Testament, Megadeth, Slayer, Exodus, Anthrax, Machine Head dalej aktwynie grają. Mamy więc bardzo dużo interesującego materiału, wliczając w to także nowe zespoły thrash metalowe.
Ostatnio fani mają okazję nabyć nową reedycję „Dead End”. Czy w planach są także zamiary wydania pierwszego albumu?
Uważam, że „Dead End” był najlepszą płytą Grindera. To by też tłumaczyło dlaczego było tak wielkie zainteresowanie tym, by wydać ten album na nowo. O nasz pierwszy album póki co nikt nie pytał.



Kto pisał teksty do waszych utworów? Czy było dla was trudnością pisać teksty w, bądź co bądź, obcym języku?
Większość naszych tekstów wyszła spod ręki naszego wokalisty Adriana. Tylko część utworów na naszym pierwszym albymie „Dawn For The Living” miała teksty, których byłem autorem. Przyniosłem je do zespołu, gdy do niego dołączałem. Pisanie tekstów po angielsku nie było jakoś specjalnie trudne. Wszyscy mieliśmy angielski w szkołach. Naturalnie nasze teksty nie były perfekcyjne, ale myślę, że wszyscy byli w stanie zrozumieć, co chcieliśmy przez nie przekazać.
Kiedy dokładnie dołączyłeś do zespołu?
Wbiłem do składu jakoś w 1986 lub 1987. Do tego czasu Grinder działał jako tercet z Shellshockiem (Zeljko) za garami, wokalistą Adrianem na basie i Lario na gitarze.
Czytałem, że byliście pierwszym zagranicznym metalowym zespołem, który zagrał w Turcji. Musiało to być nie lada przeżycie. Czy możesz nam opowiedzieć o tym jak to wyglądało? Czy mieliście jakieś problemy z ówczesnymi władzami?
Rzeczywiście, było to niesamowite i niezapomniane przeżycie. Nasz występ był transmitowany na żywo przez turecką telewizję, a gazety były pełne artykułów dotyczących pierwszego zachodniego heavy metalowego zespołu, który miał zagrać w Turcji. Było naprawdę świetnie, a fani byli cudowni. Mieliśmy także okazję spotkać kilka dni wcześniej tureckie zespoły, które nas potem supportowały – Akbaba i Pentagram. To świetni kolesie. Opowiadali nam jak często byli chamsko traktowani przez policję oraz konserwatywną ludność. Na szczęście podczas naszej wizyty w Turcji nie mieliśmy żadnych problem z władzami. Właściwie to było zupełnie na odwrót. Nawet tureccy policjanci, którzy zostali przydzieleni jako ochrona wydarzenia, zdejmowali hełmy i dobrze się bawili razem z resztą fanów. Niektórzy nawet headbangowali. (śmiech)
Czy Grinder miał okazję do odbycia kilku tras koncertowych czy też raczej byliście aktywni koncertowo w okolicy swego miejsca zamieszkania?
Pomimo tego, że chcieliśmy grać tak często jak to tylko możliwe, także poza granicami Niemiec, to większość naszego koncertowania sprowadzała się do jednej trasy po kraju na rok oraz kilku koncertów w różnych miejscach. Grinder grał zdecydowanie za mało i tylko w Niemczech, z wyjątkiem tego jednego koncertu w Turcji.
Rzekomo nazwa zespołu miała swoje źródło w tytule utworu Judas Priest. Dlaczego zdecydowaliście się na zaczerpnięcie nazwy z tego kawałka?
Szczerze, nie mam zielonego pojęcia dlaczego chłopaki wybrali akurat tę nazwę. Tak, została ona wzięta z utworu Judasów, lecz dlaczego, tego już nie wiem. Podejrzewam, że Lario i Zeljko bardzo polubili wymowę tytułu tej piosenki. Albo wypili kilka głębszych podczas słuchania tego utworu i stwierdzili, że taka nazwa będzie pasować do kapeli. Nazwa zespołu nie jest w sumie zbyt ważna. Jeżeli lubisz muzykę, to nie ma znaczenia czy kapela nazywa się A czy B.
Według ciebie najlepszy album Grindera to był właśnie „Dead End’?
Tak, uważam, że nasza druga płyta jest najlepsza i najbardziej dojrzała, mimo że to był nasz raptem drugi album. Nie ma na nim utworu, który by mi nie pasował. Uwielbiam je wszystkie. Tak samo nasza „The 1st EP” była udana. Myślę, że nasz ostatni album „Nothing Is Sacred” jest naszym najsłabszym nagraniem. Produkcja dźwięku była robiona po łebkach. Nie ma w nim tej mocy w brzmieniu, a maniera śpiewania Adriana była trochę zbyt eksperymentalna. Po prawdzie to wszystkie nasze płyty miały w sumie słabą produkcję. Mieliśmy zwykle do dziesięciu dni na nagranie i zmiksowanie albumu, więc czego tu oczekiwać. Wszystko rozbija się o kwestię pieniędzy, a pieniędzy zawsze brakuje, zwłaszcza gdy jesteście młodym zespołem.
„Frenzied Hatred” z pierwszego albumu, „Blade is Back” z drugiego oraz „Dear Mr. Sinister” z ostatniego, ponoć są ze sobą połączone wspólnym wątkiem.
Tak, jest to trylogia o seryjnym mordercy. Gdy słuchaliśmy ukończonego „Frenzied Hatred” stwierdziliśmy, że ten utwór jest naprawdę kozacki, a zwłaszcza jego tekst. Sam pomysł o mordercy, który się gdzieś tam ukrywa, pędzony swa nienawiścią, był fascynujący. Postanowiliśmy więc, że napiszemy więcej takiego materiału. Dlatego zrobiliśmy część drugą i trzecią tej historii. No dobra, „Dear Mr. Sinister”, był najsłabszym rozdziałem tej opowieści, ale w sumie dzięki temu pasował idealnie do najsłabszego albumu. (śmiech)
Okładka „Dead End” została wykonana przez Andreasa Marschalla, gościa który potem pracował z takimi zespołami jak Grave Digger, Rage, Sodom i Blind Guardian. Praca, która znalazła się na przodzie „Dead End” jest jednym z jego pierwszych dzieł dla heavy metalowego przemysłu muzycznego. Czy okładka na tym albumie ma w jakiś sposób korelować z warstwą liryczną i muzyczną płyty?
Nasz perkusista Stefan jest najprawdopodobniej największym fanem kina gore jak „Piątek Trzynastego”, „Halloween” albo „Koszmar z Ulicy Wiązów”. Lario i Adrian także lubili filmy tego typu, więc postanowiliśmy, by okładki naszych albumów nawiązywały trochę do tego stylu. Nie udało się w przypadku pierwszego albumu co prawda. Na okładce „Dawn For The Living” pierwotnie miał być świecący się kościół pośrodku pustyni, stojący na bardzo suchym i popękanym gruncie. Miał wyglądać jak samo wejście do piekła. Sam album miał nosić tytuł „Sinners Exile”. Uważaliśmy, że sama instytucja kościoła jest największym grzesznikiem na Ziemi. Religia, zwłaszcza chrześcijańska, wyrządziła nieprzebraną ilość szkód. Niestety, nasza wytwórnia, czyli No Remorse, obawiała się, że taka okładka może nie spodobać się chrześcijańskim organizacjom w Niemczech, więc nie zgodzili się na naszą wizję. W ciągu raptem kilku dni przed premierą płyty zrobili tę brzydką okładkę i zmienili tytuł na „Dawn For The Living”.
Czy możesz nam powiedzieć nieco o utworze „Train Raid”?
Mieliśmy na pierwszym albumie taki jeden żartobliwy utwór w stylistyce radosnego punka – „F.O.A.D.”. To całkiem zabawne i odprężające mieć taki utwór z przymrużeniem oka, by mieć przy czym szaleć i imprezować. Dlatego postanowiliśmy pociągnąć ten wątek i na „Dead End” skomponowaliśmy „Train Raid”, który jest takim lekko punkowym rock’n’rollem. Inspiracją były belgijskie paski komiksowe z Lucky Lukiem. Bardzo nam się podobały postaci z tych komiksów, zwłaszcza bracia Dalton. W jakiś sposób czuliśmy więź pomiędzy nimi a nami. Ciągle starali się dopiąć swego, jednak zawsze w ostatecznym rozrachunku nic im się nie udawało. No i gdy stali obok siebie to wyglądali zabawnie, bo wszyscy byli różnego wzrostu. Tak samo było u nas. Stefan był najwyższy, następny był Adrian, potem ja, a na samym końcu Lario. Tak powstał „Train Raid”, jako swoisty hołd dla tego komiksu, braci Dalton oraz jako przejaw posiadania dystansu do siebie.


Musisz przyznać, że to niesamowity zbieg okoliczności, że Grinder i Sodom jako otwieracze swoich albumów z 1989 roku wybrały utwory o nazwie „Agent Orange”. To zapewne przypadek, jednak czy nie uważasz, że jest to dość niezwykłe? Czy możesz nam powiedzieć co sprawiło, że postanowiliście skupić się w tekście utworu na amerykańskiej sztuce wojennej prosto z Wietnamu?
Grinder zawsze skupiał się na kwestiach politycznych. Nie pisaliśmy głupkowatych utworów o smokach, rycerzach, lochach i tego typu rzeczach. Już na pierwszym albumie mieliśmy sporo utworów zainspirowanych sprawami politycznymi jak „Sinners Exile”, który dotyczy zbrodni popełnionych przez Kościół, „Dawn For The Living”, traktujący o nazistach, „Dying Flesh”, niewolnictwa i „Traitor”. Nasze teksty także niekiedy dotyczyły wątków psychologicznych. „Frenzied Hatred” i jego kontynuacje dotyczą przypadku seryjnego mordercy, a „Delirium” mówi o uzależnieniach. Na „Dead End” także poruszaliśmy tematy, o których dużo myśleliśmy. Należy pamiętać o tym, że lata osiemdziesiąte były czasem Zimnej Wojny pomiędzy Stanami i Rosją. Jesteśmy bardzo wrażliwi na punkcie konfliktów, bo nadal pamiętamy naszą spuściznę historyczną z czasów Drugiej Wojny Światowej. W latach 80tych niewielu było Niemców, którzy wierzyli w czyste i niewinne zamiary USA. Amerykanie prowokowali ciągle Rosję do wojny, a my przecież bylibyśmy pierwszym krajem na który poleciałyby bomby, gdyż na terenie Niemiec znajdowało się wiele amerykańskich baz i wyrzutni rakietowych. Chcieliśmy w tym utworze przypomnieć, że Stany Zjednoczone nie są niewinnym państwem. Przecież to największy agresor w nowoczesnej historii. W ciągu ostatniego stulecia nie było roku, w którym USA nie było uwikłane w jakąś wojnę. I to się nadal nie zmieniło, wystarczy spojrzeć na Bliski Wschód – Afganistan, Syrię, Irak, Somalię, no i przede wszystkim na to, co się teraz dzieje na Ukrainie. Wracając do twojego pytania… to był przypadek, że w tym samym roku Sodom i my wypuściliśmy utwór o takiej samej nazwie i tematyce. Zainspirowały nas wtedy wydarzenia polityczne. Chcieliśmy przypomnieć ludziom co oznacza wojna.
Lario Teklicia niestety nie ma już między nami. Czy możesz nam powiedzieć jak to się stało i czy wiadomo dlaczego Lario targnął się na swoje życie?
Po rozpadzie Grindera Lario w pewnym sensie utracił swą orientację w życiu. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Znalazł jakąś stałą pracę i nagle musiał się przestawić na normalny tryb życia. Myślę, że czuł się przez to niekomfortowo i nie w pełni usatysfakcjonowani z nowej roli jaką pełnił w życiu. Zaczął wtedy eksperymentować z muzyką elektroniczną i, niestety, bardzo często także z narkotykami. Po pewnym czasie narkotyki zupełnie zawładnęły jego życiem. Wpłynęło to na jego kondycję psychiczną i rozwinęły u niego ciężką depresję. Pojawiła się u niego psychoza, która doprowadziło go niemal do stanu otępienia. Po kilku przerwanych terapiach i nawrotach nałogu, w pewnym momencie postanowił się zabić, by to wszystko skończyć i pozbyć się tych demonów, które nim sterowały. W 2004 wyskoczył ze swego balkonu z piątego czy szóstego piętra. Zmarł w szpitalu godzinę po skoku. To był szok. Był moim bardzo bliskim przyjacielem. Co jest jeszcze bardziej smutne, to fakt, że rozmawiałem z Lario o założeniu nowego zespołu raptem kilka dni przed jego niespodziewanym i absolutnie głupim samobójstwem. To był jeden z mych najsmutniejszych dni w życiu. Ciągle za nim tęsknie i mało jest takich dni, w których moje myśli nie krążą wokół niego.
Wielkie dzięki za to, że poświęciłaś nam swój czas, by odpowiedzieć na kilka pytań na temat twojego starego zespołu.
Nie ma sprawy, cała przyjemność po mojej stronie. Przepraszam za drobne opóźnienie, ale byłem ostatnio bardzo zajęty z powodu narodzin mego drugiego syna. Nie jest to jednak wymówka, tylko wyjaśnienie. Dzięki, że dajecie szansę przetrwać Grindera w pamięci fanów. Niech muzyka trwa nadal!
Przeprowadzono: wrzesień 2013

piątek, 28 sierpnia 2015

Grinder - Dead End




Grinder - Dead End
1989/2013, Divebomb Records

Większości maniakom thrash metalu tego zespołu nawet nie trzeba przedstawiać. Dla tych, którzy nigdy nie mieli okazji zaznajomić się z nazwą Grinder, śpieszę z krótkim wyjaśnieniem. Grinder był niemiecką kapelą, która w swym krótkim, siedmioletnim żywocie, nagrała trzy albumy, prezentując muzykę, która nie była typową kalką najbardziej znanych thrash metalowych tuzów z Niemiec. Był, gdyż niestety zespół od dawna nie funkcjonuje. Grinderowi było bliżej Flotsam & Jetsam (zwłaszcza wokalnie) i Sacred Reich niż triumwiratowi Kreator-Sodom-Destruction. Ewentualnie można się dosłuchać paru wpływów Tankard, jednak nie jest ich znów zbytnio dużo. Grinder grał thrash metal na modłę muzyki w stylu Vendetty, Paradox lub Risk. Choć na pierwszej płycie ich brzmienie i produkcja dźwięku przypominają nieco płyty Violent Force i Exumer, jednak sposób pisania utworów różnił się już od tych kapel diametralnie. 
Ich druga płyta, zatytułowana “Dead End” stanowi naturalne rozwinięcie brzmienia zespołu, tak samo jak w przypadku „Heresy” Paradox czy „Brain Damage” Vendetty. Meritum tego albumu stanowią interesujące aranżacje instrumentalne z wyraźnym basem i silnymi, melodyjnymi wokalami w stylu debiutu Pyracandy oraz pierwszych dwóch płyt Flotsam & Jetsam. Padło już tyle nazw różnych zespołów, iż podejrzewam, że czytelnik nie zaznajomiony z twórczością Grinder ma już mniej więcej nakreślony rejon muzyczny, w którym gnieździli się ci Niemcy. 
Na „Dead End” znalazły się świetne utwory, w których oprócz ostrych gitar, bardzo dużo miejsca poświęcono partiom basowym. Żywy bas płonie w każdej kompozycji i bardzo często decyduje się na samotne przebieżki, pozostawiając gitary daleko w tyle. Takie eskapady po gryfie gitary basowej stanowią bardzo ciekawe poszerzenie spektrum brzmieniowego kompozycji i zdecydowanie stanowią dużą zaletę „Dead End”. Ten album jest także bardzo ciekawą bazą różnych wariacji na temat thrashu, w których na szczęście uniknięto zatracenia się w przeroście formy nad treścią. Mamy tu bardzo smaczny „Agent Orange” i „Just Another Scar”, amerykanizujące „Dead End” i „Inside” oraz mocno wpadający w klimaty Risk „The Blade Is Back”. Napotkamy też utwory, które w bardzo ciekawy sposób łączą przeróżne motywy. Przykładem na to jest między innymi „Total Control”, który rozpoczyna się motywem bardzo mocno zainspirowanym… Iron Maiden, by następnie przejść w teutońską thrashową młóckę, a ostatecznie wyewoluować w thrash w stylu Testament z Sacred Reich. Nie jest to jedyny utwór, który tak umiejętnie operuje zmianami klimatu, gdyż takie zabiegi można spotkać praktycznie w każdej kompozycji na „Dead End” w mniejszym lub większym natężeniu. W „Unlock the Morgue” dość monotonny początek w średnim tempie przechodzi nagle w agresywne tremola. Ciekawostką jest swoisty żart muzyczny w postaci „Train Raid”, którego zawartość brzmieniową można opisać z przymrużeniem oka jako thrashabilly. Żaden zespół crossoverowy nie zbliży się nawet na milę do tego komiczno-thrashowego geniuszu. 
Ponieważ mamy do czynienia z reedycją wydaną sumptem Divebomb Records nie mogło też zabraknąć dobroci w booklecie oraz dużej dawki bonusowych ścieżek. Są to utwory z jedynej epki zespołu wydanej w 1990 roku oraz nagrania demo ścieżek, które potem zostały nagrane jako trzeci studyjny album Niemców, zatytułowany „Nothing Is Sacred”. Dzięki temu na jednej płycie mamy ponad osiemdziesiąt minut oryginalnego thrashu spod znaku Grinder, choć muszę przyznać, że twórczość tego zespołu po 1989 (zaprezentowana na tym wydawnictwie poprzez utwory bonusowe) poszła w takim kierunku, z którego nie trafia do mnie już tak dobrze, jak oryginalne utwory z „Dead End” czy z debiutanckiego krążka.