wtorek, 14 lipca 2015

Dark Angel – We Have Arrived




Dark Angel – We Have Arrived
1985/2007, Axe Killer Records
No i przybyli. Trochę trudno uwierzyć, że od tego skromnego albumu wszystko się zaczęło. Nic nie zwiastowało tego, że raptem rok później ten zespół dołoży do pieca jak mało kto. Jednak zanim scena metalowa została brutalnie potraktowana „Darkness Descends” Dark Angel dostarczyło dzieło mniej wybitne, jednak nadal całkiem smaczne. „We Have Arrived” to poprawnie zagrany thrash, który można spokojnie przyjąć z delikatnym zainteresowaniem, na siedząco i bez zbędnych owacji. Nie znaczy to bynajmniej, że jest to wydawnictwo nudne, średnie i nieciekawe! Niestety cień „Darkness Descends” rozciąga się nad nim grubą połacią, co może spowodować, że nie zainteresuje słuchacza tak bardzo jak rzeczona „dwójka” Amerykanów. 

Na „We Have Arrived”, jak zostało już wspomniane, mamy rzemieślniczy thrash z elementami speed metalowymi. Silne inspiracje „Show No Mercy” i „Fistful of Metal” są dobrze słyszalne. Płynne, proste riffy i niemiłosiernie gnająca do przodu perkusja stanowią bardzo udane połączenie. Brakuje temu wszystkiemu głębszej wyrazistości, która przykuła by uwagę na dłużej. Jednak w tej surowiźnie można znaleźć interesujące elementy. Znakomicie zagrane solówki i agresywny, zdarty wokal Dona Doty’ego wyznaczają przyszły szlak podbojów tej thrash metalowej kapeli. Zdumiewający „Falling From The Skies” rodzi bardzo pozytywne reakcje. Podobnie bardzo umiejętnie zagrane na klasycznej gitarze początkowe motywy do wyśmienitej „Vendetty” oraz „Hell on Its Knees”. Nieziemski klimat posiada także jeden z największych hitów zespołu, czyli „Merciless Death”, choć prawdziwe demoniczne piękno tej kompozycji zostanie z niej wydobyte dopiero na „Darkness Descends”. 

Samo "We Have Arrived" też było dziełem znacznym, będącym również źródłem inspiracji, co słychać na albumie „The Awakening” formacji Powerlord, który jest bardzo podobny brzmieniem i formą do debiutu Dark Angel, a motyw z „No Tomorrow” brzmi na stryjeczną wersję klimatu płyty „Doomsday For the Deceiver” Flotsam and Jetsam. 

Ogólnie nie jest to zły krążek, jednak zdecydowanie ustępujący przed tyrańskim majestatem wspaniałego „Darkness Descends”. „We Have Arrived” mimo całkiem pokaźnej ilości pomysłów i umiejętnie zagranego metalu, nie posiadał tej dominacyjnej natury, która powinna towarzyszyć agresywnemu thrash metalowi.

Dark Angel – Darkness Descends




Dark Angel – Darkness Descends
1986/2008, Century Media
Niewiele jest albumów tak spójnych i kompletnych jak wydany w 1986 roku „Darkness Descends”. Ten album jest wręcz podręcznikową kwintesencją thrash metalu. Jest też idealnym świadectwem muzyki spod tego znaku, granej w tamtym okresie. Mocny i agresywny thrash, pełny brutalnej energii, przywdzianej w brudne i plugawe łachmany surowej produkcji. 

Pierwsze skrzypce gra tutaj niezwykle szybka perkusja, narzucająca od początku do końca mordercze tempo, oraz piekielnie brzmiące gitary. Na tej płycie po raz pierwszy w składzie Dark Angel pojawia się niezmordowany perkusyjny niszczyciel, czyli nie kto inny niż sam Gene Hoglan. Dzięki jego świetnej i energicznej pracy za bębnami ten album bezsprzecznie zyskał dodatkowe pokłady bestialskiej mocy. 

Thrash metal w wykonaniu Dark Angel na „Darkness Descends” nie jest prosty. Została nam tutaj podana wykaligrafowana w litej stali plugawa mantra ku chwale sczerniałych odmętów wiecznej czeluści. Riffy mają pewną dozę technicznych połamańców, jednak nie przerywają one biegu trwania utworów. Wręcz przeciwne, dodają jeszcze więcej mięsa do monolitu gitarowej ściany brzmienia kompozycji. Siedem suto doprawionych thrashowych oberków stanowi jazdę szybką i brutalną. 

Ostre pazury tej śmiercionośnej maszynie doprawiają dzikie wokale Dona Doty’ego, które idealnie się wpasowują w impulsywny wydźwięk materiału na tym albumie. „Darkness Descends” nie ma słabych punktów. To płyta-definicja, płyta-monument, płyta-pomnik agresywnego thrash metalu. Zuchwała kwintesencja wszystkiego, co dobre w tej muzyce. Od samego złowieszczego początku utworu tytułowego, otwierającego płytę, po pełne agonii ostatnie riffy „Perished In Flames”, towarzyszy nam bezlitosna thrashowa młockarnia. 

Obok znakomitych, zróżnicowanych kompozycji, które pełne są ostrych riffów, świetnych przejść oraz genialnych solówek, pojawia się także utwór „Merciless Death”, który wcześniej był obecny na poprzednim wydawnictwie grupy, czyli na „We Have Arrived”. „Merciless Death” zawiera jedno z najlepszych i mocno klimatycznych wstępów basowych w historii muzyki metalowej. Ponury, mroczny bas stanowi świetne interludium do nagłej, gwałtownej thrashowej nawałnicy, która następuje chwilę później. 

Dark Angel na „Darkness Descends” podrzyna gardła, podpala związane niemowlęta i nie bierze absolutnie żadnych jeńców. To bezczeszcząca wszelkie konwenanse metalowa furia. Takie torpedy jak rzeczony utwór tytułowy, „Perished In Flames”, „Merciless Death”, a także „Death Is Certain (Life Is Not)”, „Hunger of the Undead” i “The Burning of Sodom” to hity, które praktycznie po dziś dzień nie zostały przez nikogo przebite. Tu trzeba nadmienić, że choć uznaje się „Reign In Blood” za jeden z najważniejszych, jak nie najważniejszy, album dla thrash metalu, to jednak nie można nie odnieść wrażenia, że Slayer to potulne baranki przy sile gniewu i agresji „Darkness Descends”. Niby ten sam rok, a jednak Dark Angel pokazuje o wiele potężniejsze uderzenie niż poczciwy Seler.

Surowa szarża ognistych riffów Dark Angel po dziś dzień jest nie do zatrzymania. Płyta była wznawiana wielokrotnie i dzięki przewadze pojemności srebrnego krążka nad czarnym, do wznowień często były dodawane bonusy. Zwykle są to nagrania na żywo utworów z tego albumu, ale dzięki nim można doświadczyć jak ten materiał niszczycielsko brzmi również w wydaniu scenicznym.

Dark Angel – Leave Scars




Dark Angel – Leave Scars
1989/2010, Back on Black
Dark Angel nigdy nie udało się pobić absolutnych wyżyn brutalnego thrash metalu jaki zaserwowali na „Darkness Descends”. Nie oznacza to jednak, że następny ich album, zatytułowany przyjaźnie „Leave Scars”, nie jest dziełem wybitnym. Wręcz przeciwnie, ten album obfituje w wulgarną pochwałę agresji i bezkompromisowej energii. 

Numer tytułowy, a także „The Promise of Agony”, „Never To Rise Again” oraz interesujący cover Led Zeppelinów wręcz błyszczą, a to nie są wszystkie interesujące momenty z tego wydawnictwa. Całość materiału zgromadzonego na Leave Scars nie stawia na kompromisy i ugładzone pomysły. 

Nie wszystko jednak prezentuje się z taką bajeczną nienawiścią jak na poprzednim albumie Dark Angel. Ściana dźwięku, która tak dobrze się sprawdziła przy „Darkness Descends”, na „Leave Scars” nie koreluje już tak dobrze z kompozycjami zawartymi na tym albumie. Dodatkowym mankamentem są solówki. Ich ogólny poziom dalej stoi na wysokim poziomie, jednak zdarzają się słabsze leady, jak przykładowo ten w „Never To Rise Again”, który brzmi jakby został odbębniony po łebkach bez zbytniego zaangażowania. Jak część utworu, która musiała się w nim znaleźć, ale na którą za bardzo nie było pomysłu. Jest to niezmiernie irytujące, gdyż pod względem wokali i riffów jest to jeden z najlepszych utworów na płycie, a płaska solówka stanowi w tej kompozycji nie lada szkopuł. 

Dużą pomyłką jest wolny i monotonny początek do „No One Answers”, przechodzący w riff, który jest niemal lustrzanym odzwierciedleniem tytułowego utworu z „Darkness Descends”. Niestety utwory, które trwają tu ponad siedem minut w dużej mierze straszliwie nużą, a jest ich na tym albumie aż pięć! Dotychczas jedyną ponad siedmiominutową kompozycją Dark Angel był solidny „Black Prophecies”. Sama długość trwania utworu nigdy nie jest wadą kompozycji, zwłaszcza gdy utwór porywa swą mocą, pomysłowością i muzykalnością. Jak zaczyna wiać nudą, wtedy dopiero utwory zaczynają się dłużyć i męczyć słuchacza. Na „Leave Scars” z dłuższych kompozycji wytrwale i nieustępliwie broni się jedynie „Older Than Time Itself”. „Cauterization” i „The Promise of Agony” mają swoje momenty i zostały w nich umieszczone znakomite pomysły, jednak same utwory sprawiają wrażenie sztucznie i niepotrzebnie przedłużonych. Na szczęście na następnym swym wydawnictwie Dark Angel nie powtórzył już tych błędów

Dość niejednoznaczną częścią brzmienia Dark Angel na „Leave Scars” jest głos Rona Rineharta, który zastąpił dotychczasowego wokalistę Dona Doty’ego. O ile głos Rineharta nie jest gorszy od ostrych zaśpiewów Dona, to zdecydowanie mniej pasuje do muzyki Dark Angel. Jego rozlazła i monotonna barwa nie polepsza kondycji zgromadzonych na „Leave Scars” kompozycji. Jest to naturalnie uogólnienie, gdyż na płycie są utwory, do który głos Rineharta pasuje jak ulał, na przykład „The Promise of Agony”. Nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że z Dotym ten numer brzmiałby jeszcze lepiej. 

Przez to wszystko trzeci album Kalifornijczyków jawi się jako wymuszona pogoń za brutalnością, klimatem i brzmieniem „Darkness Descends”. Całość nie trybi już tak dobrze i zawodzi na niektórych frontach. Ten album ustępuje „Darkness Descends” pod każdym względem, a nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że przyjemniej się także słucha „We Have Arrived”, mimo dużej różnicy w brzmieniu i kształcie kompozycji między albumami. Nadal jednak mamy do czynienia z solidnym thrashem, który można spokojnie stawiać na wysokiej półce.

Dark Angel – Time Does Not Heal




Dark Angel – Time Does Not Heal
1991/2010, Back on Black
“9 utworów, 67 minut, 246 riffów!” – takim hasłem promowany był ostatni, na tę chwilę, album Dark Angel. Nie wiem czy ktokolwiek liczył czy liczba riffów została podana poprawnie, jednak słychać, że na swym czwartym albumie Dark Angel gra tak samo różnorodnie jak czynił to na swym znakomitym „Darkness Descends”. 

Mimo absencji Jima Durkina, jednego z filarów zespołu, kapela potrafiła dostarczyć przedniej jakości bezkompromisowy thrash. Rinehart dalej nie powala zasięgiem swych zaśpiewów, jednak tym razem brzmi o wiele bardziej profesjonalnie. Słychać, że w końcu wdrożył się w styl Dark Angel i jego wokale nie odstają już tak bardzo jak na „Leave Scars”. Perkusja Hoglana dudni niczym pierwotne bębny po bezkresnym stepie. Jego świetne, ultraszybkie triplety stopami świetnie komponują się kompozycyjnie z pozostałymi sekcjami instrumentalnymi. Gra bębnów nie jest monotonna, w końcu mamy do czynienia z absolutnym mistrzem perkusyjnym, i poszerza spektrum wymiarowe utworów. 

Produkcja jest chyba najlepiej dopracowana ze wszystkich albumów Dark Angel. Dobrze, że kapela poszła z duchem czasu w tej kwestii. Nie oznacza to, że brzmienie jest wypolerowane i sztuczne, jak w przypadku wielu albumów z początku lat 90tych. To nie jest przecież przecukrzone granie dla męskich piczek. Patyna brudu i warstwa mięsa zostały zachowane. Brzmienie jest po prostu bardziej selektywne niż na „Darkness Descends” czy „Leave Scars”. O ile na tym pierwszym surowa produkcja i ściana dźwięku była zaletą wydawnictwa, o tyle produkcja „Leave Scars” pozostawiła już wiele do życzenia. 

Kompozycje są świetnie wyważone. Szybkie partie i te w średnim tempie nie nużą, a wręcz przeciwnie, łączą się ze sobą w szaleńczym tańcu potępieńczego orania stulejarskiego pozerstwa. Utwory, zarówno kompozycyjnie jak i brzmieniowo, zarzynają swą brutalnością. Niezwykle kreatywne podejście do sprawy pozwoliło uniknąć przydługich i nudnych kompozycji, jakie znalazły się na „Leave Scars”. Jest to o tyle świetna sprawa, że „Time Does Not Heal” składa się niemal wyłącznie z długich, ponad siedmiominutowych kawałków. Najkrótszy numer trwa ponad pięć minut! To, co było jedną z wad „Leave Scars” na „Time Does Not Heal” jest bardzo silną zaletą i mocnym atutem. Nie zabrakło też świetnych pomysłów i wykonania godnego światowej klasy.

Tu nawet nie ma czego wyróżniać, gdyż wszystkie kawałki prezentują równy, godny poziom. Technika została w nich zgrabnie połączona z brutalnością i prawdziwą kawalkadą ostrych riffów. Prawdziwy pomnik zniszczenia!

Grand Magus - wywiad II

 
TĘTENT ZŁOTYCH KOPYT
Nowy album szwedzkiego Grand Magus może nie podejść niektórym fanom zespołu, jednak bez wątpienia jest kawałem solidnego metalu z subtelnym dodatkiem doomu i sporej dawki klimatów rodem z najznamienitszych epic heavy metalowych nazw. To trio chyba nie potrafi zawieść oczekiwań, gdyż każda następna płyta prezentuje materiał odmienny jednak nadal zwarty, spójny, konkretny i przede wszystkim genialny. Przy tej muzyce nie sposób się dobrze nie bawić. Motywy muzyczne są niezwykle dopracowane, a tematyka utworów jest także zacna i interesująca, co widać już na pierwszy rzut oka.

Znów mamy przyjemność rozmawiać na temat waszego nowego dzieła. Minęły dwa lata od czasu świetnie przyjętego przez fanów "The Hunt". Widać, że nie zasypiacie gruszek w popiele i dostarczacie nam kolejny świetny album. Ciekawą rzeczą jest fakt, że każde kolejne wydawnictwo Grand Magus jest nieco inne i "Triumph and Power" to potwierdza.

JB Christoffersson: Tym razem chcieliśmy stworzyć coś naprawdę ciężkiego i majestatycznego zarazem. Poza tym mieliśmy w głowach tytuły utworów jeszcze zanim zabraliśmy się do komponowania warstwy muzycznej. Wszystko zaczyna się od analizy naszego nastroju i dopiero potem przechodzimy dalej z tworzeniem. Naszymi inspiracjami nadal jest piękno i potęga sił przyrody, a także nordycka tradycja, która jest z nią nierozerwalnie połączona

Kompozycje są bardzo zróżnicowane, jednak tym razem trzeba przyznać, że są o wiele bardziej epickie niż kiedykolwiek wcześniej. Nie obawialiście się reakcji waszych najstarszych stażem fanów, że rezultat jaki osiągnęliście na tym albumie, może im nie przypaść do gustu?

Zawsze istnieje takie ryzyko, jednak moja pewność w stosunku do naszych nowych utworów jest niezachwiana. Jeżeli jesteś fanem metalu, to spodoba ci się to, co stworzyliśmy. Koniec końców, podążamy za głosem naszych serc, gdy piszemy muzykę. Zawsze tak było. Nigdy nie podążaliśmy jakimś wyznaczonym trendem, nie pompowaliśmy sztucznie naszej twórczości, nie byliśmy elementem żadnego ruchu muzycznego i tak dalej. Dla nas istnieje tylko jedna droga - pozostać prawdziwymi względem nas samych. "Triumph and Power" jest właśnie tym, co chcieliśmy zrobić akurat w tym momencie.

Co jest motywem przewodnim tekstu do "On Hooves of Gold"? Co jest tematyką tego utworu i kto jest jego protagonistą?

W tym kawałku znajduje się kilka różnych motywów. Jednym z nich jest dystans do przyrody, który został rozwinięty przez zachodnią kulturę i społeczeństwo oraz brak szacunku i poszanowania natury, który się z tym wiąże. Protagonistą jest siła przyrody.

Czy w "Steel Versus Steel" pojawia się Elryk z Melnibone, bohater powieści Jamesa Moorcocka? Dlaczego zdecydowaliście się użyć tej konkretnej postaci literackiej? Powstało już całkiem sporo utworów o nim.

Zgadza się, ten utwór jest o Elryku. Czytałem powieści Moorcocka, gdy byłem nastolatkiem i wywarły one na mnie niemały wpływ. Ostatnio znowu do nich wróciłem, na krótko przed tym jak zaczęliśmy tworzyć materiał na "Triumph and Power". Zawsze chciałem stworzyć utwór oparty na historii Elryka. Riff w "Steel Versus Steel" zdawał się idealnie panować do tej tematyki. Z tego, co wiem w sumie nie jest za wiele utworów o Elryku. Znam te nagrane przez Blue Oyster Cult, Hawkwind i Cirith Ungol... [nie zapominajmy między innymi o Skelator, Wolfbane, Salem's Lot, Dawn the Plague i pewnie paru(nastu?) innych kapelach - przyp.red.]

Słuchając utworu zaryzykuję stwierdzenie, że nie czytałeś jedynie pierwszej części sagi, lecz także jej późniejsze kontynuacje.

"Steel Versus Steel" jest miksem różnych koncepcji, które pojawiły się w różnych częściach sagi o Elryku. Nie jest to wierny opis od początku do końca. To po prostu luźna interpretacja. Przeczytałem wszystkie książki Moorcocka o Elryku, jednak nie zagłębiałem się w inne jego dzieła, nawet jeżeli w jakiś sposób łączyły się z Elrykiem [Moorcock bardzo często bawił się światami, które stworzył i bardzo często uniwersa z różnych jego serii przenikały się ze sobą - przyp.red.]. Jak cykl Jerry'ego Corneliusa czy Eternal Champion.

Nie zabrakło także odniesień do tradycji i kultury wikingów, jak widać po, na przykład, "Holmgang". Co cię skłoniło do napisania utworu o tym staromodnym pojedynku jeden na jednego?

Uważałem to za świetny pomysł na utwór i przy okazji bardzo interesujący koncept z historycznego punktu widzenia. Taki pojedynek był paradoksalnie bardzo sprawiedliwym i uczciwym sposobem rozwiązania dużych konfliktów. To dobra alternatywa zamiast wojny, przez którą pośrednio i bezpośrednio ucierpiałoby wielu ludzi, no nie?

Czy mógłbyś nam powiedzieć co nieco o dwóch niezmiernie klimatycznych instrumentalach - "Arv" oraz "Ymer"? Co się kryję za nimi, co miały reprezentować?

Oba utwory, a zwłaszcza "Arv", są zainspirowaną skandynawską muzyką ludową. Razem z Foxem dorastaliśmy w małym miasteczku w Dalarnie w Szwecji, gdzie tradycyjna muzyka ludowa była bardzo silnie zakorzeniona. Nic dziwnego, że wywarła na nas duży wpływ. Motywy folklorystyczne rozwijaliśmy już w wielu utworach w przeszłości. Za to "Ymer" jest muzycznym urzeczywistnieniem koncepcji giganta, którego ciała bogowie użyli do zbudowania świata.

Kto jest tytułowym dominatorem z "Dominatora"?

Może nim być każdy dyktator tak naprawdę. Rozwinęliśmy tutaj myśl, że jeżeli używasz tych samych metod jak ci, których chcesz się pozbyć, możesz się potem stać dokładnie tym samym.

Produkcją albumu zajął się Nicolas Elgstrand. Czy trudno było mu znaleźć czas przy tym całym zamieszaniu w Entombed?

(śmiech) Nie, nie. Mieliśmy zaplanowaną sesję nagraniową już od bardzo dawna.

Brzmienie waszego nowego albumu jest bardzo potężne, epickie i wzniosłe. Bardzo dobrze pasuje do kompozycji, które na nim nagraliście. Czy zarejestrowaliście utwory w tym samym studiu co "The Hunt"?

Tak, można tak powiedzieć, mniej więcej przynajmniej. Musieliśmy zmienić miejscówę, gdy doszło do nagrywania moich wokali i solówek, jednak nie miało to wpływu na końcowe brzmienie. Poza tym daleko się nie przenieśliśmy, dalej byliśmy w tym samym budynku.

Czy nagrałeś swoje partię znowu na Gibsonie Les Paulu Juniorze, a Fox na Sandbergu Jazz? Coś zmienialiście ostatnio w sprzęcie, który używacie?

Fox nadal gra na swoim Sandbergu, którego używa od czasu sesji do "Hammer of the North". Ja tym razem postanowiłem nie używać w ogóle Juniora. Partie rytmiczne zagrałem na customowym Gibsonie Les Paulu podłączonym do głowy Marshalla JVM 100W oraz na Fenderze Stratocasterze podłączonym do Marshalla JMP 50 1972. Do solówek główne używałem mojego Gibsona Flying V 98', ale także od czasu do czasu którejś z tych dwóch wymienionych wcześniej gitar.

Okładka została stworzona przez Tony'ego Robertsa. Co nam możesz opowiedzieć o pracy z nim oraz o samej okładce?

Zanim zaczęły się pracę nad nią, miałem w głowie kilka luźnych pomysłów, które chciałem na niej zawrzeć. Całokształt to jednak pomysł Anthony'ego. Okładka naprawdę mu się udała. Uważam, że naprawdę dodaje ona klimatu i kolejnego wymiaru kompozycjom z albumu. Gość jest niezwykle utalentowany. To jest prawdziwy triumf i moc!

Widzę, że macie już zaplanowaną trasę po Europie Zachodniej w marcu. Co nas czeka w następnych nadchodzących miesiącach?

Wszystko jest nadal w fazie ustaleń i planów, jednak dalsza część trasy nabiera kształtów nawet teraz, gdy ze sobą korespondujemy. Powiem też, że zamierzamy grać na wielu letnich festiwalach.

Gdzie chcielibyście zagrać, a nigdy nie mieliście ku temu okazji?

Japonia, Stany, Ameryka Południowa, Węgry, Rosja... jest jeszcze tyle miejsc, których nie odwiedziliśmy.

Jeżeli nie jest to jakąś wielką tajemnicą, to czy moglibyście nam zdradzić, które kawałki z najnowszego albumu będą grane na żywo?

Nadal staramy się stworzyć rozpiskę koncertową na nadchodzące trasy, więc trudno mi jest teraz powiedzieć, co konkretnie będziemy grać. Mogę zapewnić, że na pewno będzie to przynajmniej "Steel Versus Steel" i "Triumph and Power"!
Przeprowadzono: luty 2014

Grand Magus - wywiad



POLOWANIE CZAS ZACZĄĆ

Przy okazji premiery najnowszego albumu tej szwedzkiej formacji, zatytułowanego „The Hunt”, mamy okazję porozmawiać z frotmanem tego coraz bardziej znanego trio. Nie ma co owijać w bawełnę – robi się o nich coraz bardziej głośno. I słusznie, bo ciężar i mięcho jakie leje się z głośników, gdy puszcza się ostatnie płyty zespołu Grand Magus są samym w sobie metalowym świadectwem, że w Skandynawii nie gra się jedynie death metalu lub remizowych klimatów na klawiszach.

Niedawno ukazał się wasz szósty album zatytułowany „The Hunt”. Z jakimi opiniami się spotkaliście do tej pory, odnośnie waszego nowego wydawnictwa?

JB Christoffersson: Odbiór naszej najnowszej płyty jest wręcz fantastyczny. Myślę, że żaden inny nasz album nie był tak pozytywnie recenzowany. Wydaję mi się także, że nasi fani, którzy są z nami od jakiegoś czasu, również są z niego zadowoleni. „The Hunt” był dla nas trochę większym wyzwaniem niż inne albumy, które nagrywaliśmy w przeszłości. Jestem przekonany, że jednak będzie to nasz znak firmowy na długie lata.

Od niedawna macie nowego garowego w składzie. Jak uważasz, czy Ludwig Witt dobrze się wpasował do zespołu?

Wpasował się jak ulał niczym rękawiczka. Zmiana jest jednak dostrzegalna. Pomimo tego, że Seb i Ludwig wywodzą się z tego samego perkusyjnego światka, ich style trochę się różnią. Każdy z nich ma swój niepowtarzalny sposób gry na bębnach.

Ludwiga Witta znałeś wcześniej ze Spiritual Beggars, w którym śpiewałeś. Czy po odejściu Seba Sippoli poszedłeś z propozycją grania w Grand Magus prosto do Ludwiga?

Tak, pierwsze co zrobiliśmy po odejściu Seba, to właśnie było skontaktowanie się z Ludwigiem Wittem. Według mojej opinii, tylko on był w stanie wykonać swoją robotę, tak jak powinna zostać wykonana. Nie ma, wbrew pozorom, tak wielu perkusistów tego kalibru. Nam chodziło o kogoś, kto potrafi grać dobrze zarówno w stylu hard rockowym jak i szybką podwójną stopą. Poza tym, wiedziałem, że Ludwig jest osobą na której można polegać, a to jest równie ważne jak umiejętności. Gdy jest nas tylko trzech, każdy musi być idealnie dopasowany do reszty, inaczej wszystko się rypnie.

Nie powiem, byłem trochę zaskoczony faktem, że perkusista grający w heavy/doom metalowych zespołach udziela się także w depressive black metalowym projekcie. Jak do tego doszło?

Cóż, Ludwig ma bardzo szerokie zainteresowania. W sumie tak samo jak ja i Fox. Wiesz, death, black, i tak dalej. Poza tym Shining, o którym wspomniałeś w pytaniu, ma w swojej muzyce bardzo wiele elementów heavy metalowych, a nie tylko szalone blasty i ultraszybkie tempo. Ludwig gra wiele ciekawych rzeczy w Shining, a i reszta zespołu również.

Ludwig potwierdził swoją dobrą formę nie tylko na waszym ostatnim wydawnictwie, lecz także na żywo. Widać to było na waszym występie na polskiej edycji Metalfestu w Jaworznie. O ile się nie mylę, był to także wasz pierwszy występ na naszej ziemi. Jak wam się spodobała polska publiczność?

O, byli wspaniali. Prawdziwi metalowcy, a to dokładnie taki rodzaj publiczności jaki każdy chciałby zobaczyć pod sceną. Świetnie się bawiliśmy i nie możemy się doczekać, by do was wrócić.

Szkoda, że dostaliście tak mało czasu na występ…

Też tak uważam. Jak powiedziałem, chcielibyśmy tu wrócić, gdyż mogę śmiało powiedzieć, że ci maniacy, których widzieliśmy u was, kochają metal z właściwych i szczerych powodów.
Skupmy się przez chwilę na sprawach dotyczących wytwórni. Wasze pierwsze cztery albumy zostały wydane przez Rise Above Records. Dlaczego nie byliście zainteresowani dalszą współpracą z nimi?

Po prostu Rise Above było zbyt małą wytwórnią wtedy. Żeby się rozwijać potrzebowaliśmy czegoś większego za naszymi plecami. Będę jednak zawsze wdzięczny, Lee oraz Willowi z Rise Above. Byli dla nas wspaniali i zawsze nas wspierali.

Następnie mieliście krótki epizod z Roadrunner Records, którego owocem był świetny „Hammer of the North”. Co się stało, że wydaliście pod ich szyldem tylko jedną płytę?

Cóż, Roadrunner Records jako taki właściwie przestał już istnieć. Już w zeszłym roku czuliśmy, że coś się święci. Tak czy owak, chcieli wprowadzić niekorzystne zmiany do naszego kontraktu, na które się nie zgodziliśmy i daliśmy sobie z nimi spokój. I to rychło w czas, haha! Chciałbym jednak podkreślić, że ludzie z niemieckiego biura Roadrunner Records byli w porządku i nie żałuję krótkiego epizodu współpracy z nimi. Bycie pod skrzydłami istniejącego jeszcze wtedy Roadrunnera dało naszej kapeli trochę rozgłosu.

Teraz jesteście częścią Nuclear Blast. Jak na razie się czujecie, będąc w tej wielkiej wytwórni?

Nuclear Blast to prawdziwi mistrzowie, że tak to ujmę. Są profesjonalni, aż do bólu. Nie mogło nam się trafić lepiej. Naprawdę doskonale wspierają nasz nowy album. Promocja stoi na najwyższym poziomie. Myślę, że trafiliśmy do nich w idealnym momencie.

Jakiego sprzętu używacie?

Fox używa głównie dwóch basów. Pierwszy to Sandberg Jazz, którego użył do nagrania wszystkich swoich partii na „The Hunt”. Na żywo to też głównie na nim gra. Drugim jego wiosłem jest ośmiostrunowy Rickenbacker, lecz założył na niego tylko cztery struny. Jego używał na nagraniach do „Iron Will” oraz „Wolf’s Return”. Jego wzmak to zwykle Ampeg SVT. Ja używam na żywo japońskiego Edwards flying V podłączonego zwykle do Marshalla 900, 800 lub Peaveya 5150. W czasie nagrywania moich partii do ostatniego albumu miałem w rękach Gibsona Les Paula Juniora. Użyłem go zarówno do partii rytmicznych jak i solowych. Kiedyś to była moja gitara, jednak sprzedałem go Nico Elgstrandowi, producentowi płyty, wiele lat temu. Niezbyt trafiona decyzja, bo to jedna z najlepszych gitar na której kiedykolwiek grałem, haha!

Jedną z rzeczy, które podobają mi się w Grand Magusie to teksty utworów i motywy się w nich przewijające. Skąd czerpiecie inspiracje przy pisaniu?

Teksty zawsze były dla nas czymś bardzo ważnym. To one przekazują emocje oraz przesłania, które chcę wyrazić. To nie są proste teksty o imrpezowaniu i o metalu. Wlewam w nie swoją duszę. I to właśnie z niej, z mego wewnętrznego ja, czerpię swoją inspirację. Tematyka naszej starodawnej szwedzkiej kultury,  połączenia człowieka i natury po prostu płynie w mojej krwi.

W kawałku „Son of Last Breath” jest wyśmienita partia grana przez wiolonczelę. To naprawdę Fox ją gra?

Tak, tak! Grał na wiolonczeli w orkiestrze przez wiele lat, gdy był młodszy. Nie gra na niej aktywnie już od jakiegoś czasu, ale nie zapomniał jeszcze jak to się robi. Bądź co bądź, sam byłem pod wrażeniem! Nie wiedziałem, że jest aż tak dobry, haha!

Warstwa liryczna tego epickiego kawałka dotyczy nordyckiej mitologii?

Trochę tak, ale głównie chodzi o wewnętrzną walkę ze zwierzęcą stroną jaźni człowieka.

Czemu wybraliście „Starlight Slaughter” jako otwieracz na „The Hunt”? Ten utwór znacząco odbiega od tego, co możemy znaleźć na tym albumie. Jest bardziej lżejszy od reszty.

To było trochę śmiałe posunięcie, z tym się zgodzę. Nie wydaję mi się jednak, by był to lżejszy kawałek. Ma po prostu trochę więcej rockowego feelingu i mniej mroku niż pozostałe utwory. Razem stwierdziliśmy, że jest to najbardziej chwytliwy utwór, który zainteresuje słuchacza na początku albumu. Również pod względem lirycznym, jest tak jakby punktem początkowym dla całej płyty.

Innymi słowy album należy odbierać jako spójną całość?

Dokładnie tak, tę płytę należy przesłuchać od początku do końca. Głośno. W końcu została stworzona do tego by słuchać jej głośno.

Zawsze występowaliście jako trio. Nigdy nie myślałeś o dołączeniu drugiej gitary?

Tacy zawsze byliśmy. Granie w trójkę zawsze nam odpowiadało od samego początku. Po co mielibyśmy to zmieniać, nawet teraz? Wpłynęłoby to na całą istotę zespołu, muzycznie i nie tylko. No, i ostatnią rzeczą jaką chciałbym widzieć w naszym zespole, to dołączanie muzyków sesyjnych do występów na żywo.

W styczniu zagraliście kilka koncertów z dwoma szwedzkimi młodymi zespołami – Bullet oraz Steelwing. Jak ci się podoba ich muzyka?

Bullet to nasi starzy przyjaciele i w dodatku jeden z lepszych zespołów istniejących dziś na scenie. Steelwing też są w porządku, a ich show i ich oddanie dla metalu też mi przypadło do gustu.

Jakie są w ogóle twoje ulubione zespoły ze Szwecji?

Wolf, wcześniej wspomniany Bullet, Watain, Unleashed, Entombed, Nifelheim… i tak mógłbym wymieniać i wymieniać.

Wielkie dzięki za wywiad. Oby szczęście sprzyjało wam w przyszłości!

Dzięki. Heavy Metal is the law!

Przeprowadzono: Lipiec 2012