Autopsy - Skull Grinder
2015, Peaceville Records
Z okazji premiery nowego materiału Autopsy,
postanowiłem się w końcu przeprosić z tym zespołem. Trochę się uprzedziłem do
nich, gdyż ich nowsze dzieła jakoś nie podchodziły mi zupełnie, dlatego
praktycznie wcale muzyka tej kapeli nie gościła na moich głośnikach. Może z
wyjątkiem "Macabre Eternal" z 2011, choć tutaj też byłem daleki od
jakiegoś szczególnego entuzjazmu. Na szczęście nowe wydawnictwo autorów klasyku
"Severed Survival" okazało się godnym dziełem.
Mamy tutaj do czynienia z muzyką prostą, acz
potężną. Zwłaszcza brzmienie instrumentów jest wręcz tytaniczne, choć nie
uświadczymy na tej płycie jakieś patologicznej masy przesteru na gitarach - jest
umiarkowanie - i jak się okazuje, także wystarczająco. Muzycznie mamy do
czynienia w kawałkach z thrash metalem - co jest na swój sposób nieco
zaskakujące. W końcu Autopsy bardziej obracało się w klimatach old-schoolowego
death metalu. Wiadomo, thrash zawsze był wymierną składową tego typu muzyki,
mimo to nie grał nigdy pierwszych skrzypiec. Jednak w istocie: na "Skull
Grinder" instrumentalnie mamy tutaj na ogół stu procentowy thrash, jakby
bękarcio wydarty z "Hell Awaits" Slayera. Na nim dopiero deathowego
zabarwienia dodają wymiociny z gardła z Chrisa Reiferta. Jakby zamiast niego
dać tutaj Toma Arayę, to otrzymalibyśmy świetny slayerowy album - coś, co
Slayer powinien wydać zamiast tego obrzydliwego "Repentless".
Jednak Autopsy w swej muzyce na "Skull
Grinderze" sięga dalej w muzykę niż tylko po brutalny old-schoolowy thrash
w stylu Hobbs' Angel of Death, Sodom, Morbid Saint czy Slayer. Dostaniemy tutaj
także doomowe i death/doomowe motywy, pełne chandry i żwiru. W "The Withering
Dead" zostaniemy za to potraktowani bluesowym groove'em. Nie jest więc aż
tak bezpośrednio, jak można byłoby się z początku spodziewać. Całość jednak
jest plugawa, prosta, naturalna i barbarzyńska.
Niestety, prócz smacznych kawałków pokroju
"Strang Up And Guttered" (cios!), "Children of the Filth" i
"Skull Grinder" - czyli praktycznie całej strony A krążka -
dostaniemy także trochę łyżek dziegciu. "The Withering Dead" i
ambientowy "Sanity Bleeds" są skrajnie beznadziejne. Oba wałki nużą i
strasznie męczą. Oba miały być chyba klimatyczne, jednak w ogóle nie płynie z
nich żadna doza interesującego artyzmu. O ile pierwsza strona winyla jawi się
jako plugawy pociąg z wagonami wypełnionymi mięsem, tak "The Withering
Dead" i "Sanity Bleeds" prezentują sobą pustkę i bladą niemoc.
Wieje przygnębieniem jak z oddziały intensywnej opieki medycznej na oddziale
geriatrycznym.
Pozostałe dwa kawałki ze strony B, czyli
"Waiting For The Screams" oraz instrumentalny "Return to the
Dead" to generalnie nic specjalnego. Nie ma tutaj takiego smęcenia jak w
"The Withering Dead" i "Sanity Bleeds", jednak pozbawiono
te kawałki także ognistej treści. Jest po prostu średnio.
Szkoda, że występuje taki dualizm na tym
albumie - strona A jest znakomita, lecz strona B już zawiera słabsze utwory i
wypełniacze. Uważam, jednak że ta bardziej wartościowa część "Skull
Grinder" jest w stanie ponieść to wydawnictwo. Mimo iż kreatywność i
produktywność Chrisa Reiferta i spółki skumulowała się na pierwszych trzech
utworach z siedmiu, to nadal "Skull Grinder" - jako całość -
prezentuje się zadowalająco. Wahadło z kosą, choć zgrzyta, to jednak
nieubłaganie tnie tkankę torturowanej ofiary.
Ocena: 4/6
Power
From Hell - Devil's Whorehouse
2015,
Hells Headbangers Records
Power From Hell zawsze było bezpośrednim
spojrzeniem na black/speed. Utwory tego zespołu, a raczej powinienem rzec
projektu muzycznego, zawsze były niemalże dosłownym odzwierciedleniem sloganu
"trzy akordy, darcie mordy". Praktycznie nie uświadczymy tutaj tych
wszystkich fajnych przejść czy rock'n'rollowych riffów, które serwują nam inne
black/speedowe kapele pokroju Midnight, Old, Cruel Force, Speedwolf,
Shitfucker, Witchtrap i tak dalej. O takich tuzach jak Sarcofago i Vulcano to
nawet nie wspominam, bo to jednak nie ta liga. Power From Hell to ten rodzaj
muzyki, który jest okaleczony właściwie ze wszystkich możliwych ozdobników -
bas gra podkład, gitara gra podkład, perkusja gra podkład, a wokal... wokal w
sumie to też podkład, a co! Całość brzmi jak maksymalnie surowy wyziew z
czeluści piekielnych i jebanie trupa stryprałym kutaczem. Ja wiem, że to ma być
hołd dla wczesnego Celtic Frost, Sodom, Hellhammer i Bathory, ale nawet tej
klasyce toto nie dorasta do pięt. Nie zmienia to faktu, że taka stylistyka ma
swoich oddanych fanów. Ja jednak jestem zdania, że Power From Hell jest jednym
ze słabszych zespołów black/thrashowych ostatnich lat. Nowy album tylko to
potwierdza. Ciekawe, że w sumie jest to najlepszy album Power From Hell. Co
prawda na innych albumach, tak samo jak na tym, gdy człowiek się już otrzaska
ze straszną siermięgą, znajdzie się parę kawałków, które są naprawdę dobre (np.
"Nucleos of Evil" i whiplashowy "Bestial Times" z debiutu),
lecz jest ich raptem kilka. A szkoda.
Kolejną rzeczą, która psuje odbiór całości to
fakt, że Power From Hell wyraźnie zjada własny ogon. Kawałki są nie dość, że do
siebie bliźniaczo podobne (jak zresztą zwykle na płytach Power From Hell), to
jeszcze wyraźnie przypominają starsze kompozycje tego zespołu. I tak
"Armageddon" brzmi łudząco podobnie do "29 Fuck". "Old
Metal" brzmi jak "Prostitute of Satan" z fajniejszym intro.
Takich przykładów można wskazać co najmniej kilka.
No i produkcja. Produkcja płyt Power From
Hell zawsze była tak surowa i siermiężna jak tylko się da. No ile można. Bardzo
lubię old-schoolowe brzmienie, także to, jakie pokazywały wczesne Bathory czy
Celtic Frost, ale to już zakrawa na śmieszność. Ujmę to tak - empetrójki Power
From Hell brzmią tak samo jak ich winyle. Wszystko brzmi jakby przepuszczono
całość najpierw przez stary domofon, a dopiero potem zarejestrowano i to jakimś
kalkulatorem czy czymś w tym stylu. Rachityczną produkcję też trzeba umieć
robić, by miała swój pierwotny urok. Tutaj tego nie ma. Fakt faktem, że jest to
najlepiej brzmiąca płyta Power From Hell. No i ma lepsze wokale niż ostatni
album "Lust and Violence".
Taki Nifelheim, Deathhammer, Cruel Force czy
Midnight pokazały wyraźnie, że można tworzyć plugawą rzeźnię, smolistą niczym
sam spust Belzebuba, a która nie będzie się zlewać w jedną nieczytelną masę i w
której da się wychwycić poszczególne utwory i lepsze momenty. Możliwe, że
przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że większość kawałków jest zagrana na
jedno kopyto, a dobre solówki praktycznie nie występują. Uproszczenie na maksa,
ale jakoś tak bez czegoś w zamian. Naturalnie jest kilka wyjątków, jednak nie
ratują one całości twórczości Power From Hell, ani nowego albumu. Nie zmienia
to jednak faktu, że koncertowo ten materiał to zapewne rytualny mord i idealny
rozpierdol. Taki "Old Metal" na żywo podejrzewam nieźle kopie dupsko.
Niestety, studyjnie już tak nie jest.
A no i dodam, że oprawa graficzna w środeczku
jest naprawdę smaczna - w końcu to Hells Headbangers. Tu nie uświadczymy lipy.
Ocena: 2,5/6
Biotoxic Warfare - Lobotomized
2015, Slaney Records
Zapewne niewielu z was słyszało, przynajmniej
na tę chwilę, o Biotoxic Warfare. Nic dziwnego, w końcu zespół powstał raptem
trzy lata temu i dopiero teraz mamy możliwość posłuchania ich debiutanckiego
albumu. Chłopaki pochodzą z Krety, jednak mimo wyspiarskich korzeni, ich thrash
metal ma wszelkie znamiona Nowej Fali Thrashu pochodzącej z Grecji
kontynentalnej. Mianowicie - jest nudny i średni. Spokojnie można go postawić
obok Chronosphere, Exarsis, Suicidal Angels i Bio-Cancer (z czego akurat
studyjnie Bio-Cancer w tym zestawieniu wypada najlepiej). Innymi słowy,
kwintesencja mało ciekawego grania, które choć zawiera wszystko to, co powinien
zawierać thrash metal, plus dobry warsztat instrumentalny, to jednak nie jara
tak jak powinno, jawiąc się jako sztuczna breja robiona "na siłę".
"Lobotomized" to album niezwykle
nudny. Zadziwiające swoją drogą - gdyż skill muzyczny muzyków, zwłaszcza
perkusisty, stoi na bardzo wysokim poziomie. I co z tego, jak dostajemy nudne
wymęczone wokale na nudnych i mało kreatywnych riffach gitarowych, połączone w
nudnych kompozycjach. Same utwory, nawet te bardzo szybkie, mają irytującą
tendencje do zwalniania w sposób tak bardzo wypierający je z energii i ciężaru,
że aż szok. Jest po prostu straszliwie nijako i bezbarwnie.
Swoją drogą, ciekawym jest fakt jak na
początek wita nas "Freezing Moon" połączony z perkusją z
"Criminally Insane". Trzeba być nie lada odważnym albo aroganckim, by
wstawiać coś takiego na początek albumu. W każdym razie, choć potem Biotoxic
Warfare już tak nie przedstawia otwarcie swych inspiracji, to i tak nie jest lepiej.
Zwłaszcza ze sposobu w jaki są pisane riffy. Albo są skomplikowane albo
prostackie do bólu, a najczęściej mają irytującą tendencje tego metalcore'owego
skakania z pustej grubej struny w jakiś wysoki dźwięk na strunie A lub D. I to
wszystko jest połączone z wokalami, które brzmią jakby ktoś defekował podczas
anginy.
Grecki thrash ostatnimi laty nie jest
miejscem, w którym należy szukać ciekawej muzyki - nieważne czy chodzi nam o
pionierskie i świeże podejście do zagadnienia czy też fajne odtworzenie
stylistyki dawnych lat. To nie są czasy takich zespołów jak Flames czy
Crucifix. Biotoxic Warfare zdaje się to tylko potwierdzać swoim przeciętnym
startem. Szkoda, bo ewidentnie słychać, że z tego dałoby się ukręcić o wiele
lepszy materiał...
Ocena: 2,5/6