środa, 26 sierpnia 2015

Warbringer – War Without End




Warbringer War Without End
2008, Century Media
Pierwszy pełny studyjny album grupy Warbringer był istną petardą – i jest nią nadal! Dźwięki jakie dobiegają z tego nagrania to prawdziwa rzeź i smak przesiąkniętej iperytem ziemi z okopów. Wściekłość jaka płynie z tych utworów jest niesamowita. 
W skład albumu weszły (obok nowych numerów) utwory, które pojawiły się już wcześniej na nagraniach Warbringer. I tak "Shoot To Kill", "Beneath the Waves", "Hell on Earth" oraz genialnie sprawdzający się w roli otwieracza "Total War" gościły już na epce "One By One, The Wicked Fall" z 2006 roku, a "Born of the Ruins" został wzięty z demówki o tej samej nazwie z 2005 roku. Te utwory zostały nagrane na nowo, a w niektórych zaszły zmiany kompozycyjno-aranżacyjne jednak raczej na dość kosmetycznym poziomie. Od razu słychać, że te kompozycje w lepszej i bardziej przestrzennej odsłonie produkcyjnej po prostu miażdżą. W dodatku kondycja wokali Johna Kevilla uległa znacznej poprawie. Dalej brzmi jak żywcem obdzierany ze skóry skazaniec, jednak jego zaśpiewy nabrały większego wyrazu i różnorodności. Na "Hell on Earth" Kevill brzmi niemal jak bardzo, ale to bardzo rozzłoszczony Mille Petrozza. Takiego skojarzenia nie uświadczy się słuchając wcześniej wersji tego utworu z "One By One...". 
Warbringer ani na chwilę nie stopuje swego rozpędzonego rydwanu śmierci i pożogi, jednak nie zatraca się w sztywnych ramach jednostajnej młócki. Thrash metal na "War Without End" jest nam serwowany w różnych formach i postaciach. Nie zapomniano także o płomiennych leadach i melodyjnych bridge'ach. Ba, nawet jadące black metalową piekielną siarką patenty się tutaj trafią. W "At the Crack of Doom" po skąpym, upiększającym całość intro na gitarze klasycznej, atakują nas blasty – ot, tak, bez pardonu. W dodatku cały utwór jest spójny, mimo różnych wpływów i naleciałości różnych stylów. Diabolika łączy się tutaj z kunsztownym artyzmem. 
Poprawie uległ także odbiór utworu "Beneath the Waves", który na "One By One..." nie zachwycał – tutaj za to już nie odstaje od reszty. Zabawne jest to, że w refrenie "Shoot To Kill" Kevill przez chwilę śpiewa niemalże jak Mille w "Pleasure To Kill". 
Album kończy się kopiącym po worze "Combat Shock". Oprócz niego na czarnym cedeku z pięknym czerwonym pentagramem znajdują się dwa dodatkowe utwory. Jednym z nich jest "Nightslasher", który znajduje się tylko na europejskim wydaniu tego albumu. Dzięki temu możemy w Polsce cieszyć uszy tym utworem, który stanowi jeden z lepszych wałków z tej sesji nagraniowej. Jest to piękna thrash metalowa psychodela w szybkim, no przecież nie inaczej, wydaniu. 
"War Without End" to najwyższa klasa. To nagranie wyniosło Warbringer na piedestał niosących żagiew prawdziwej thrash metalowej wojny. Niewiele zespołów thrash metalowych z tak zwanej Nowej Fali Thrash Metalu może się z nimi równać. Pokuszę się o stwierdzenie, że "War Without End" jest albumem, który spokojnie można stawiać niemalże na równi z thrash metalowymi klasykami z lat osiemdziesiątych. Nie mamy tutaj nudzącej siermięgi na jedno kopyto czy jaskrawej polerki gitar, tak znienawidzonej w nowszych produkcjach. Czas spędzony z tym albumem to niezapomniane chwile. Thrash metal prosto w ryj, a nie jakieś plastikowe havoki, toxic holocausty i inne pizdusiowate epigońskie stuleje.
Ocena: 5,8/6

Warbringer – One By One, The Wicked Fall




Warbringer – One By One, The Wicked Fall
2006
Warbringer od samego początku swego istnienia brzmiał jak nieujarzmiony thrash metalowy chaos z wokalistą, który jest opętany krwawym obłędem. Na debiutanckim mini albumie "One By One, The Wicked Fall" z 2006 roku nie jest inaczej. Przyobleczone w potwornie kiczowatą, a przy tym niezwykle widowiskową i dynamiczną, okładkę dzieło jest ucieleśnieniem czystej agresji i furii. Tyle się tu dzieje! Mimo prostej kreski, scena jaka została tutaj przedstawiona wręcz żyje własnym życiem. Tak też wygląda muzyka Warbringer. Prosta, lecz nie pozbawiony głębi, mrocznych zakamarków, dynamizmu oraz sprytnie zamaskowanej kompleksowości. Jest to muzyka, która nie odcina się od przeszłości. 
Czuć na tym nagraniu, że w Warbringerze drzemał nie lada potencjał i młodzieńczy gniew. W 2006 roku niechęć do istniejącego porządku na scenie thrash metalowej, która dopiero miała się odrodzić w bliskiej przyszłości, była ogromna. Erupcja takich nagrań zaczęła postępować lawinowo - z początku powoli i nieśmiało, a w końcu z coraz większym impetem. To wydawnictwo to zwycięstwo nad potworem stagnacji. 
W zawartość tego albumu wchodzi pięć utworów. Płyta zaczyna się klekotem perkusji, która brzmi niczym seria z ciężkiego karabinu maszynowego. Po tym motywie następuje wściekła kawalkada riffów wiedziona szatańskim tappingiem gitary prowadzącej. Tak z impetem wpada właśnie "Total War", kompozycja wspaniale zaaranżowana i ciekawie urozmaicona. Interesujące i ciekawe riffy, pełne agresji i zapalczywej nienawiści nie opuszczają nas także w dalszej części epki. "Shoot To Kill" oraz "Hell on Earth" gniotą do przodu czerpiąc garściami z Exodusa, Slayera oraz przy szybszych momentach z niemieckiego Kreatora. Perkusista gniecie co jakiś czas centrale podwójnymi stopkami aż miło - zwłaszcza, że nie robi tego cały czas, tylko w odpowiednich momentach. 
Wściekły późno exodusowy riff otwierający w Road Warrior pasuje jak rękawiczka do motywu autostradowych pojedynków rodem z filmów z serii Mad Max. Postapokaliptyczny piach i zapach rozgrzanego asfaltu promieniuje silnie z tej kompozycji. Znalazł się też tutaj świetny melodyjny motyw przed solówką. Przejścia i bridge'e w tym utworze to miód malina. 
Rysem kończącym jest "Beneath the Waves", który stanowi najsłabszą kompozycję z tej gromady. Nie jest to zły utwór, jednak nie posiada już on takiej dozy oryginalności jak pozostałe hiciory z tego wydawnictwa. 
Warto wspomnieć także o dość istotnym elemencie "One By One...", który może niestety dość negatywnie rzutować na odbiór całości. Minusem tego albumu jest jakość nagrania wokali. O ile produkcja bębnów i gitar jest zadowalająca o tyle technika zarejestrowania ścieżek wokalnych jest średnia. Jest to widoczne tym bardziej z powodu maniery śpiewania Johna Kevilla. Jego wokale są dość jednostajne i trzymają się uparcie jednego dźwięku. Sprawia to wrażenie, jakby jego wielką inspiracją była crossoverowa scena. Na szczęście John potrafi dobrze wrzasnąć i posiada odpowiednią dozę charyzmy, więc, koniec końców, tragicznie nie jest. Jak pokazało następne wydawnictwo Warbringera, czyli "War Without End", na którym znalazła się nagrana na nowo większość numerów z "One By One...", te utwory można zagrać lepiej i można do nich dołożyć lepsze wokale, co Warbringer w końcu uczynił. 
Ocena: 4,5/6

Lost Society - Fast Loud Death




Lost Society - Fast Loud Death
2013, Nuclear Blast

Jest ostro - takie osobistości jak liderzy Kreatora i Destruction, w materiałach marketingowych reklamujących debiutanckie dzieło Lost Society, po prostu nie szczędzą pochwał. Sypią peanami tak, że aż się niedobrze robi. Zwłaszcza, że ten album to niezłe kupsko. Szczerze powiem, że nie wiem dlaczego Mille Petrozza razem ze Schmierem rozmieniają się na drobne. Może się starzeją, może są przygłusi, a może po prostu wytwórnia im kazała propsować to gówno. Bowiem wbrew ich zapewnieniom, muzyka Lost Society na debiutanckim krążku nie jest ani świeża, ani wyjątkowa, ani oszałamiająca. Nie zgodzę się też z tezą, że scena thrash metalowa potrzebuje więcej takich zespołów. Zgodzę się za to zupełnie ze stwierdzeniem, że twórczość Lost Society przywodzi na myśl surowiznę lat osiemdziesiątych. Przywodzi, w formie spleśniałego, odgrzewanego kotleta. Nie jestem znawcą kuchennych machinacji, ale wiem, że jedzenie można odgrzać tak, żeby było całkiem smaczne, a nawet żeby dobrze imitowało świeżą potrawę. Nie wiem dlaczego ten zespół próbuje się reklamować jako objawienie. Toż to miernota kiepskich lotów. 

Najpierw skupmy się jednak na plusach - kwartet nieopierzonych fińskich buntowników jest bardzo gniewny i gra szybko. I w sumie tyle w tym temacie. Choć jakaś tam przebojowość i melodyjność się znajdzie, jeżeli się dobrze poszuka po kątach, jednak trudno oprzeć na niej jakąkolwiek konstruktywną obronę tego albumu. Szybka gra solowa, choć ściga się z prędkością dźwięku, nie jest ani płomienna, ani porywająca. Jest po prostu mdła i losowa do bólu. Ja wiem, że gitarzyści Slayera (a głównie Kerry Krul) na swym debiutanckim "Show No Mercy" grali solówki na chybił trafił, nie w tonacji i dużo bawili się wajchami, jednak ich muzyka miała duszę i rozpierającą energię. Szarpidructwo Finów tego nie ma. Zdarzają się lekkie wyjątki. Solówka na "Bitch, Out' My Way" ma, na ten przykład, swoje momenty. I w sumie to by było na tyle.

Wokalista jest tak prześmiewczym wydrzyjmordą, że nawet standardy thrashowe nie mogą tego udźwignąć. Ta scena znosi dużo, naprawdę dużo, ale to już jest przesada. Jego głos jest zwyczajnie irytujący. Śpiewać w thrashu można wysoko, i owszem, oraz gniewnie, a jak! Ale to nie są synonimy wokali piskliwych i agresywnych na poziomie zagrożenia życia ze strony chomika polnego w godzinach szczytu na ulicach zatłoczonej metropolii.No błagam!

Teksty pisał ktoś kto posiada charyzmę pełzacza ścierwojada i polot uschniętego listka dębu koreańskiego. No, żesz do jasnej niespodziewanej - ile można słuchać wykrzykiwanych szczylowo-gówniarskich pogróżek względem całego świata. Ja wiem, że wygrażanie otoczeniu chudą piąstką jest takie rebelianckie, gdy ma się na twarzy więcej pryszczy niż rude grzdyle piegów, no ale proszę nam tego nie wciskać jako objawienie na scenie metalowej, firmując to pochlebstwami Schmiera i Petrozzy! Poziom kreatywności godny dynamicznej paprotki doniczkowej. Wytrwali niech sobie policzą ile razy pada słowo "Fuck" na tym albumie. 

Inspiracje amerykańską sceną są aż nazbyt słyszalne. Momentami Finowie czerpią aż zbyt zagorzale z twórczości thrashowych tuzów zza Atlantyku. W "N.W.L." słychać Anthrax, "Bitch, Out' My Way" silnie kojarzy się z Exodus, "Fast Loud Death" ma riffy jak z "The Electric Age" Overkilla, "This Is Me" przywodzi na myśl mariaże Sacred Reich z Panterą. Wszędzie słyszy się crossoverowe motywy z D.R.I., S.O.D. bądź Suicidal Tendencies ("Lead Through The Head"...). A gdzie swój własny styl, ja się pytam? No przecież to ma być świeże, fajowskie i w ogóle takie wizjonerskie odkrycie na młodej scenie. Może i w thrash metalu zagrano już wszystko, słyszy się ten slogan już od kilku dekad - nawet w latach osiemdziesiątych wielu sceptyków tak mówiło. Jednak co i rusz jakaś kapela pokazuje, że można jeszcze dołożyć świeżyzny do pieca i niespodziewanie narobić dymu. To są właśnie te rzeczone objawienia. To są wartościowe zespoły, a nie jakieś piąte wody po kisielu czy siedmiotysięczna wariacja na temat Bay Area. 

Ta płyta nie jest najgorsza. Są dużo gorsze, choć muszę przyznać, jest ich niewiele. Pomijam fakt, że jakoś tak w połowie albumu zaczyna wiać nudą i ewidentnym brakiem pomysłu na siebie. To wydawnictwo jest tak złe, że nawet egipska reprezentacja w drużynowych skokach narciarskich wydaje się być przy nim apoteozą kunsztu i umiejętności. "Fast Death Loud" to jakieś wrzaski, jakieś zrzynki, jakieś hałasy. Ominąć i zaorać. Dla pewności lekko szturchnąć butem czy się nie rusza. 

Ocena: 2/6

Toranaga - wywiad




NIE DĄŻYMY DO PODPORZĄDKOWYWANIA SIĘ JAKIMKOLWIEK TRENDOM
Mroźne wichry przeminą, śniegi stopnieją, kontynenty się przemieszczą, a thrash metal będzie trwał nadal. Wracamy do was z kolejną old-choolową kapelą z Wielkiej Brytanii, która stworzyła w latach 80tych dwa przezacne dzieła. Śmiało można rzec, że rzeczone „Bastard Ballads” i „God’s Gift” powinny wpędzić w kompleksy wszystkich fałszywych knurów nowoczesnych odmian thrashu. Toranaga wraca. Po świetnym koncercie na festiwalu Keep It True oczekiwania względem tej kapeli nie opadają, a wręcz przeciwnie – rosną i to bardzo szybko.
Minęło całkiem sporo czasu od momenty, gdy wydaliście poprzedni album studyjny. Czego możemy się w takim razie spodziewać na waszym najnowszym wydawnictwie? Co udało wam się osiągnąć na „Righteous Retribution”?
Andrew Burton: Muzyka na płycie jest w podobnym stylu do tej z „God’s Gift” jednak z nieporównywalnie lepszą produkcją. Ma bardzo widocznie zarysowany thrashowy klimat, który połączyliśmy z ciężkością i złowieszczym doomem poszczególnych sekcji. To jest bardzo heavy metalowy album!
Jak uważacie, czy odbiór płyty będzie zadowalający? Czy celujecie bardziej w to by zadowolić starszych fanów czy też w pozyskanie zupełnie nowych?
Zagorzali fani naszej kapeli domagają się kolejnego albumu od bardzo dawna. Na pewno będą podekscytowani i zadowoleni. Nowe wydawnictwo jest także przeznaczone dla nowych odbiorców naszej muzyki. Jest dla każdego, który odnajduje się w prawdziwym ostrym metalu!
Kiedy dokładnie została założona Toranaga? Niektóry źródła podają rok 1985, jednak na waszej oficjalnej stronie figuruje 1988…
Toranaga wystartowała w 1985. To jest rok założenia zespołu. W roku 1988 został skompletowany skład, z którym został nagrany „Bastard Ballds” i „Gods Gift”.
Dlaczego w 2010 roku zespół zreaktywował się pod nową nazwą? Czy teraz oficjalną nazwą zespołu jest The Bastard Son of Toranaga?
Chcieliśmy w jakiś sposób odróżnić ten okres działalności zespołu od poprzedniego. Mamy teraz dwóch nowych gitarzystów na pokładzie, co też zasługuje na wyróżnienie. Oficjalnie zespół nazywa się Toranaga (TBSO), jednak ludzie, którzy organizują koncerty, fani, prasa, słowem wszyscy – dalej nazywają nas Toranagą.
Dlaczego umieściliście w nazwie tę przyległość „The Bastard Son”?
Jest to koncepcja na to, by jednocześnie posługiwać się „starą” nazwą i zaznaczyć, że mamy do czynienia z po części nowym tworem.
Czy nawa kapeli w latach osiemdziesiątych została zainspirowana postacią z powieści „Szogun” Jamesa Clavella?
Tak, nazwa pochodzi właśnie z tej książki. Postać o której mowa to oczywiście siogun Toranaga.
Poza nazwą zespołu zmieniło się także logo. Dlaczego zrezygnowaliście z tego klasycznego? Było bardzo charakterystyczne – to wielkie G i wężowate T robiło naprawdę wielkie wrażenie. Nowe jest bardzo surowe i wygląda jak komputerowa czcionka!
Powód zmiany logo jest bardzo prozaiczny. Nasz poprzedni gitarzysta, który teraz mieszka w Australii [najprawdopodobniej chodzi o Andy’ego Mitchella – przyp.red.] zastrzegł je. Jest teraz jedynym legalnym posiadaczem praw do niego i nie pozwolił nam na jego używanie! Nowe logo też na swój sposób, tak jak zmiana nazwy, obrazuje nowy rozdział w historii zespołu. Dzięki temu możemy oznaczyć nowy okres w działalności zespołu. Poza tym łatwiej jest je teraz przeczytać.
Czy dość industrialny wygląd nowego logo ma też sugerować, że zamierzacie w swej muzyce poruszyć także pewne nowoczesne i specyficzne sektory muzyki metalowej?
Nie było żadnego świadomego parcia na dodawanie do naszej muzyki żadnych wpływów nowszych odłamów metalu. Starych zresztą też. Nie dążymy jako zespół do podporządkowywania się jakimkolwiek trendom. Wiadomo, że to czego doświadczamy, to czego słuchamy i co oglądamy, ma wpływ na naszą twórczość. Wszyscy tak mają, my nie jesteśmy wyjątkiem.
We wrześniu 2004 rozpoczęliście prace nad nagraniem nowego albumu, jednak nigdy nie został on ukończony. Podobno powstało tylko kilka niedokończonych utworów. Jak to się stało, że sesja została porzucona? Co stanęło na przeszkodzie przed ukończeniem płyty.
Seria zdarzeń spowodowała to, że w 2004 roku nie udało nam się nagrać albumu. Najpierw odszedł od nas perkusista, który postanowił poświęcić się całkowicie szkole muzycznej. Zostaliśmy z siedmioma utworami, w których były nagrane wyłącznie gary i bas oraz kilka pociętych partii gitarowych i wokalnych do niektórych z nich. Nadal mieliśmy w planach dokończenie sesji nagraniowej i ukończenie albumu. Niestety Andy Mitchell zostawił nas na lodzie, gdyż zupełnie stracił zainteresowanie albumem. Patrząc wstecz, myślę że to dobrze, że album nie został ukończony. Zupełnie nie brzmiał jak Toranaga i był zdecydowanie gorszy od „Righteous Retribution”.
Czy to co udało wam się skomponować w tamtym czasie zostało ponownie użyte na „Cynical Eyes” lub „Righteous Retribution”?
Cała sesja z 2004 roku i wszystkie pomysły z tamtego okresu zostały porzucone. Mark Duffy użył tekstów z pięciu utworów na albumie z 2010 roku w swoim pobocznym projekcie Face The Unknown.
Co na was wpływa podczas dobierania utworów na setlisty koncertowe? Czy posiadacie stały spis utworów które wykonujecie na żywo?
Wybieramy utwory, które według nas sprawdzą się na żywo. Nie zmieniamy listy w zależności od tego gdzie gramy lub dla kogo gramy. Niektóre utwory zawsze znajdą się w naszym secie, niektóre pojawiają się w nim co jakiś czas. Teraz, gdy mamy nowy materiał, będziemy musieli gruntownie przemyśleć, które utwory będziemy grali na koncertach.
Pytam się, gdyż na waszym solidnym występie na Keep It True w 2013 roku bardzo mi zabrakło prześwietnego „Food of the Gods”.
Na koncertach zawsze mamy określony czas występu. Każdy zespół, który ma dużo fajnych utworów, musi się borykać z problemem dotyczącym tego co zagrać podczas swego występu. Nie da się niestety zagrać wszystkich swoich najlepszych kompozycji! Zwłaszcza, ze zauważyliśmy, że poszczególni fani mają bardzo zróżnicowane typy, jeżeli chodzi o to, które nasze utwory podobają im się najbardziej!
Brytyjski thrash metal zawsze miał smak undergroundu. Jak myślisz, jak to się dzieje, że np. brytyjski rock lub NWOBHM były, i nadal są, bardziej popularne niż brytyjski thrash?
Większość metalu w Wielkiej Brytanii jest traktowana jako muzyka niszowa. Kilku kapelom z różnych podgatunków metalu udało się przebić, jednak przecież jest to zaledwie garstka. Dużo ludzi lubi muzykę undergroundową, gdyż ta jest ponoć najbardziej twórcza i kreatywna. Niestety, małym i mniej znanym zespołom jest o wiele trudniej funkcjonować. Scena brytyjska jest o wiele mniejsza i mniej znacząca od, powiedzmy, niemieckiej czy amerykańskiej. Metalowy mainstream traktuje thrash metal jako domenę Amerykanów. Dlatego kapele z innych krajów są eliminowane w przedbiegach.
Skoro jesteśmy przy brytyjskim thrash metalu… takie nazwy jak Sabbat albo Xentrix są dość dobrze znane metalowym maniakom jednak już Deathwish, Toranaga, Virus, D.A.M. i tak dalej, nie były już tak rozpoznawalne. Jednak wydaje się, że powoli ulega to zmianie, nie uważasz?
Tak, mi też się wydaję, że obserwujemy pewną zmianę. W Europie, na kontynencie, zostaliśmy zapamiętani jako członkowie old-schoolu z Anglii i wielu młodych fanów dzięki temu odkrywa naszą muzykę, poszukując właśnie starych kapel z zamierzchłych lat. To jakie przyjęcie zostało nam zgotowane na Keep It True doskonale pokazuje, że cieszymy się całkiem sporą popularnością wśród starszych i młodszych fanów metalu.
Wznowienie „God’s Gift” na pewno było trafionym przedsięwzięciem. Czyim pomysłem, było ponowne wydanie zremasterowanego materiału z tej płyty?
To świetne wydawnictwo, które wyszło w bardzo odpowiednim czasie. Goście z Tribunal Records są totalnie zakręceni na punkcie muzyki, zwłaszcza tej nieco zapomnianej z lat 80tych. To oni się do nas odezwali w sprawie wznowienia. Wszystko załatwili i odwalili kawał dobrej roboty!
Co zamierzacie po wydaniu „Righteous Retribution”? Czy wystartujecie z jakąś serią koncertów?
Już zaczęliśmy koncertować! Zagraliśmy kilka gigów w Anglii z Evile, Onslaught i Aura Noir. Zamierzamy grać tak często, jak tylko się da. Odwiedzimy też Europę na kilku koncertach w 2014 roku. W planach mamy także parę koncertów w Stanach. Mamy poczucie, że nagraliśmy na „Righteous Retribution” nasz najlepszy materiał dotychczas. Dlatego zamierzamy go grać na żywo!

niedziela, 16 sierpnia 2015

Warbringer - wywiad

 
STARAMY SIĘ WSZYSTKO POSKŁADAĆ DO KUPY
Amerykański Warbringer, choć relatywnie jest młodym zespołem na thrash metalowej scenie, to już nieźle zdołał na niej namieszać, będąc przy tym jednym z pierwszych ważniejszych (i oryginalniejszych) kapel Nowej Fali Thrashu. Na szczęście, w przeciwieństwie do przerażającej większości młodych kapelek thrash metalowych, Warbringer był w stanie zachować swoją odrębność brzmieniową i stylistyczną, jednoznacznie udowadniając, że thrash metal nie jest gatunkiem kompletnym i nadal można w nim coś ciekawego i oryginalnego stworzyć. Każdy kolejny album tych asów ostrych riffów i klimatycznych kompozycji obfitował w agresję i ciężką nawałnicę upiornych brzmień. Dlatego nie ma co się oglądać na inne thrash metalowe zespoły z ostatnich paru(nastu) lat, gdyż Warbringer wybija się na poziom stratosfery ponad resztę thrash metalowych świeżaków. Ostatnio tę wyśmienitą kapelę nawiedziły pewne niepokojące perturbację, które niczym ciemnie chmury, mrocznie zawisły nad przyszłością zespołu.
Zacznijmy może od najważniejszej kwestii – aktualnej sytuacji zespołu. Zaskoczyłeś nas nieco swym postem na Facebooku z 10 maja [2014], w którym oznajmiłeś, że masz poważne wątpliwości czy Warbringer będzie kontynuował swoją działalność. Jak więc teraz wygląda sytuacja? Czy Warbringer nadal funkcjonuje?
John Kevill: Ledwo. Odejście Carlosa Cruza i Johna Laux z zespołu stanowiło spory problem. Mieliśmy świadomość tego, że może się stać coś nieprzyjemnego w zespole zanim w ogóle wyszedłby nasz ostatni album. Było nam bardzo przykro, gdyż zespół się rozpadał, a przez to nasz czwarty krążek nigdy nie dostałby szansy zaistnieć w takiej odsłonie w jakiej powinien. Kapela jednak nadal daje oznaki życia. Staramy się wszystko poskładać do kupy.
Jak prezentuje się aktualny skład grupy? Umieściłeś na Facebooku ogłoszenie dotyczące poszukiwania perkusisty. Czy udało się już kogoś znaleźć na to miejsce? Czy odbyły się już jakieś przesłuchania?
W tym momencie Warbringer to ja, Adam Carroll i prawdopodobnie Ben Mottsman na basie. Nie jestem nawet tego w zupełności pewien, tak po prawdzie. Zrobiliśmy kilka przesłuchań i znaleźliśmy jedną odpowiednią osobę, jednak oficjalne ogłoszenie nowego członka kapeli nastąpi dopiero, gdy wszystkie z tym związane sprawy będą gotowe i kiedy będziemy w stu procentach pewni, że dysponujemy kompletnym funkcjonującym składem.
Na ostatniej trasie z Iced Earth wspierał was za bębnami Blake Anderson z Vektor. Dlaczego nie zamierzacie pociągnąć tej współpracy trochę dalej?
Trasa z Blakiem była świetna. Dogadywaliśmy się bardzo dobrze, a on sam jest cholernie dobrym perkusistą. Rozmawiałem z nim o takim rozwiązaniu, jednak to nie wypali z dwóch powodów. Po pierwsze, Vektor zbyt pochłania Blake’a aby ten miał czas na drugą kapelę. Po drugie, Blake mieszka w Philadelphii, a my w Los Angeles, na kompletnie drugim krańcu kraju.
Dlaczego Jeff Potts, John Laux i Carlos Cruz opuścili szeregi zespołu? Jakie powody za tym stały?
Cóż, mimo tego, że odnieśliśmy sukces pod wieloma względami, ten zespół nigdy nie przyniósł żadnemu z nas żadnych korzyści finansowych. Żaden z nas nie mógł sobie pozwolić na to, by żyć z muzyki. Ciągnięcie kapeli do przodu zawsze było swoistą walką, jaką każdy z nas musiał prowadzić. Przy tym jak teraz wygląda biznes muzyczny, zespoły muszą się borykać z naprawdę wieloma ciężkimi trudnościami. Mimo wszystko, odnoszę wrażenie, że przy czwartej premierze nowego albumu było wiele kroków, które mogliśmy podjąć, by „wejść na poziom wyżej” jako profesjonalna kapela, dzięki czemu ta cała ciężka praca, w końcu by się jakoś opłaciła. Zespół jednak borykał się wtedy z upadkiem wiary i nadziei na dalszą przyszłość. Jeff opuścił zespół, ponieważ wydawało mu się, że John zamierza odejść z kapeli. Następnie John powiedział nam, że myślał o odejściu od dłuższego czasu i zamierza nas opuścić, bo nie podoba mu się jak nie potrafimy utrzymać stałego składu, czego przejawem było odejście Jeffa. Następnie Carlos stwierdził, że skoro Jeff i John odeszli, to co on jeszcze tutaj w ogóle robi! Myślę, że negatywne nastawienie poszczególnych członków kapeli udzielało się wszystkim po kolei. Nałożyły się na to też inne aspekty, ale nie będę się zagłębiał w osobiste kwestie wszystkich zainteresowanych. Myślę, że jednak one też tutaj miały swój udział, co mnie smuci wielce.

Wrócę do bieżących spraw wkrótce, jednak po drodze chciałbym zadać parę pytań o historię Warbringera. Zespół rozpoczął swoją działalność w 2004 roku pod szyldem Onslaught, który szybko zmieniliście na Warbringer. Czytałem kilka wywiadów, w których dziennikarze pytali się was jak to się stało, że nie byliście świadomi istnienia legendarnej thrash metalowej kapeli o tej samej nazwie. Chciałbym jednak zadać w tym temacie trochę inne pytanie. Jak wyglądała sytuacja, w której się po raz pierwszy zorientowaliście, że istnieje już taki zespół jak Onslaught i to od całkiem sporego kawałka czasu?
Ach, nienawidzę tego pytania i żałuję, że kiedykolwiek powiedziałem jak się na początku nazywała nasza kapela. Ludzie robią z tego jakąś wielką sprawę i ciągle słyszę głupie teksty w stylu „Jak mogliście o nich nie wiedzieć!”. Każda kapela potrzebuje nazwy. Chcieliśmy by nasz zespół miał taką, która brzmi bardzo metalowo. Byliśmy jeszcze dzieciakami, które nie słuchały długo muzyki metalowej, raptem może kilka lat. Zespoły takie jak Megadeth i Slayer były dla nas ciągle czymś nowym, więc nie, nie wiedzieliśmy nic o istnieniu Onslaught. Nazywaliśmy nasz zespół tak może przez miesiąc. Nigdy pod tą nazwą nic nie nagraliśmy, ani nie zagraliśmy żadnego koncertu. Mieliśmy może napisane ze dwa kawałki, sklecone podczas prób w garażu Johna Laux. Kogo powinno obchodzić jak nazywają się dzieciaki grające w jakimś zapyziałym garażu? Następnie spotkaliśmy Ryana Batesa, perkusistę, który z nami potem nagrał „War Without End”. Siedział w thrashu o wiele dłużej od nas i wiedział o brytyjskim Onslaught. Wtedy też zrozumieliśmy, że nie moglibyśmy używać dalej tej nazwy. A teraz zabawna sprawa z tym związana. Graliśmy kilka koncertów z Onslaught w Anglii. Pewnego wieczoru siedzieliśmy i waliliśmy browary (naprawdę spoko goście!) i powiedzieliśmy im, że wcześniej nazywaliśmy się Onslaught i teraz z tego powodu co i rusz ktoś wylewa na nas pomyje, a oni wtedy na to: „Ta? To zabawne, bo my podpierdzieliliśmy tę nazwę jakieś punkowej kapeli”. I to tyle w tym temacie. Mam nadzieję, że możemy już porzucić ten głupi wątek raz na zawsze?
Dlaczego wybraliście na nazwę słowo Warbringer? Jakieś inne typy też były brane pod uwagę?
O, żeby tylko parę. Z tą kwestią nie jest związana żadna zapadająca w pamięć historia. Staraliśmy się znaleźć jakąś nazwę, która nie byłaby już zajęta przez jakiś zespół, więc zrobiliśmy sobie burzę mózgów podczas próby. Rzucaliśmy milionami nazw, aż w końcu ktoś, bodajże Andy Laux, powiedział „Warbringer”. Stwierdziliśmy, że brzmi to świetnie, całkiem epicko, niczym jakiś wielki i potężny siewca zniszczenia. Brzmiało to na dokoksaną metalową nazwę. Z czasem uznałem, że nazwa nabrała znaczenia dzięki tematom, które poruszaliśmy w naszych utworach i w rezultacie pomogła zdefiniować nasz zespół.
Kto jest twórcą waszych logotypów, zwłaszcza tego klasycznego logo, które pojawia się po raz pierwszy na „War Without End”?
Mieliśmy w sumie trzy rodzaje logo. Pierwsze, które pojawiło się tylko na demku „Born of the Ruins” (można je sobie podejrzeć na metal-archives) stworzył w sumie Adam Caroll. Drugie, które widnieje na EP „One By One, The Wicked Fall” stworzył Sierra [Lewis –przyp.red.], osoba, która jest też autorem okładki na tym wydawnictwie. Bieżące logo jest autorstwa Desmonda Roota, artysty, który namalował okładkę do „War Without End”. To jego logo pojawia się na następnych płytach.
We wkładce do „War Without End” pojawia się także fota twojego poprzedniego zespołu Zombie. Co ona robi wewnątrz albumu Warbringera?
Zombie nie jest mym poprzednim zespołem! Przed założeniem Warbringer nie byłem wcześniej w żadnej kapeli. Adam Carroll zaczął z nami grać jako bębniarz, gdyż potrzebowaliśmy wtedy takiej osoby, Adam jednak jest gitarzystą, więc poznał mnie z Ryanem Batesem, pałkerem z którym jammował sobie w Zombie. Zaśpiewałem u nich na kilku próbach, bo to byli moi kumple, z którymi często się spotykałem. Idziemy dalej, skoro ja, Ryan oraz Adam byliśmy także członkami Warbringera, to obie kapele były ze sobą bardzo blisko powiązane. Wszyscy byliśmy kumplami. Nagraliśmy także pod szyldem Warbringera dwa utwory Zombie – „Nightslasher” i „Humans To Kill”. „Nightslasher” wypadł świetnie z tym ognistym solo Adama. Możecie obczaić ten kawałek na Youtube!


Kiedy Zombie przestało funkcjonować?
Może z rok przed nagraniem „War Without End”? Skład zespołu z tej płyty to w gruncie rzeczy wymieszany wczesny Warbringer z chłopakami z Zombie. Chciałem, by Adam grał w Warbingerze na gitarze, gdyż zdawałem sobie sprawę jaki jest z niego utalentowany wioślarz, w końcu byłem na kilku próbach Zombie. Stwierdziłem, że byłby świetnym elementem naszego składu.
Album „War Without End” to było prawdziwe zabójstwo. To nadal jest prawdziwe zabójstwo. Jakie były pierwsze opinie jakie usłyszeliście od fanów, po wydaniu tej płyty? Pierwszy studyjny album długogrający to poważny krok w życiu każdej kapeli. Jakie uczucia cię nawiedzały, gdy musiałeś się zmierzyć z pierwszymi opiniami na temat tej płyty?
Byłem niezwykle podekscytowany, gdy ten album ujrzał światło dzienne. Opinie jakie do nas docierały były praktycznie super pozytywne. To był czas, gdy młody zespół grający old-schoolowy thrash był czymś zupełnie nowym na scenie muzycznej. Udało nam się załapać na pierwszy front powoli rosnącej fali. Wydawało mi się, i nadal mi się tak wydaję, że ludzie zbyt uporczywie starają się porównywać tę płytę do starszych zespołów, zamiast po prostu na czysto spojrzeć na album i poszczególne utwory. Pamiętam jak wyczytałem w jakieś recenzji, że moje wokale przypominają zaśpiewy Joeya Belladonny, co jest niesamowitym nonsensem. Fajnie jest mimo wszystko wiedzieć, że ludzie pisali o muzyce, którą stworzyłem wspólnie z chłopakami. To było naprawdę genialne uczucie!
Dlaczego „Nightslasher” trafił jako bonusowy materiał na płytę zamiast pełnoprawny kawałek?
Dlatego, bo to utwór Zombie, a nie Warbringer! W sumie najlepszy utwór Zombie, według mojej opinii. Ta wersja z „War Without End” jest najlepszym nagranym materiałem tej kapeli jaki istnieje.
Jako drugi bonusowy utwór pojawia się także ukryty utwór. Dlaczego postanowiliście zastosować taki zabieg na „War Without End”?
Chcieliśmy mieć melodyjne epickie solo na albumie. Nie mogliśmy na nie znaleźć miejsca między tymi wszystkimi brutalnymi i szybkimi riffami, więc dodaliśmy je na sam koniec jako taki ukryty bonus.
Mogę w końcu dowiedzieć się z pierwszej ręki jak ten utwór się nazywa. Spotkałem się z nazwą „Epicus Maximus” jednak są pewne źródła, które twierdzą, że jego nazwa to po prostu „XII”, jako że był umieszczony jako dwunasta ścieżka na europejskim wydaniu „War Without End”. To jak w końcu jest?
Nazywaliśmy go „Epicus Maximus”. To ukryty, instrumentalny utwór, więc w sumie jego nazwa nie jest istotna.
Dość interesującym jest fakt, że główny wers w „Shoot To Kill” śpiewasz w podobnym klimacie jak Mille Petrozza krzyczy „Pleasure To Kill” w znanym Kreatorowym hiciorze. Ciekawi mnie czy choć trochę było to tym zainspirowane?
Nie! Znaczy, ta część z „to kill” jest rzeczywiście podobna. Można uznać, że brzmią podobnie, oba te zakrzyknięcia zostały użyte jako końcówka refrenu. „Pleasure To Kill” to jednak prędkość piły mechanicznej, podczas gdy „Shoot To Kill” to łomot w średnim tempie. Po prostu „Pleasure To Kill” to jeden z tych utworów na których uczyłem się thrashowego stylu śpiewania, darłem się z tym hitem w mym samochodzie cały czas. Dalej tak czasem robię! Więc pewnie można się tu doszukać jakiegoś wpływu, jednak nie była to zamierzona inspiracja. Ciekawostką jest fakt, że jakiś czas temu odkryłem, że refren w Kreatorowym „Total Death” brzmi niemalże identycznie do tego z Exodusowego „Strike of the Beast”. Spytałem się nawet o to Millego, gdy mieliśmy z nim trasę w 2009 roku. Uśmiał się i powiedział „Tak, <<inspirowaliśmy>> się tym utworem”. Każdy muzyk ma w głowie muzykę, którą zna i kocha!

Nagraliście ponownie kilka utworów z waszego demo na pierwszym albumie studyjnym. Były to „Hell on Earth”, świetny otwieracz „Total War”, „Shoot To Kill” oraz „Beneath The Waves”. Dlaczego akurat te utwory, a nie “The Road Warrior”, “Unseen Terror”, “Onslaught” i “Screaming For Blood”? Żeby było jeszcze ciekawiej – nagrany ponownie “The Road Warrior” trafił jako bonus do waszego drugiego studyjnego albumu zatytułowanego “Waking Into Nightmares”.
Cóż, uznaliśmy po prostu, że te były najlepsze. Nagraliśmy także „Onslaught” (znowu ta nazwa!) jako bonus do „War Without End”, jestem tego prawie pewien. Jednak to było brzmienie z wczesnego okresu rozwoju kapeli, graliśmy bardziej power/speed/thrash metalowo, a potem dopiero przeszliśmy w kierunku cięższych, bardziej dzikich thrashowych brzmień. W gruncie rzeczy, zwyczajnie nie uważaliśmy, że te starsze utwory są wystarczająco dobre. Wielu nas ciągle dopytywało o „The Road Warrior”, więc ulegliśmy namowom i dodaliśmy go do następnego wydawnictwa. Gary Holt dorzucił do tego utworu swoją solówkę na albumie!
Na okładce „Born of the Ruins”, “One By One, The Wicked Fall” oraz “War Without End” pojawia się pewna postać – szkielet w rogatym hełmie. Dlaczego nie jest on już obecny na późniejszych wydawnictwach?
Nie nadaliśmy nigdy temu typkowi oficjalnego imienia. Ryan Bates mówił o nim per „Motherfucker”, więc można przyjąć, że tak się ta postać nazywa. Motyw szkieletu w rogatym hełmie nie pasował do całokształtu okładki „Waking Into Nightmares”, więc zdecydowaliśmy się zarzucić ten pomysł. Szkielet nie jest na tyle wyróżniającym się motywem, by robić z niego maskotkę. Można go jednak powiązać z pewnym okresem twórczości naszego zespołu. Kto wie, może pojawi się jeszcze gdzieś w przyszłości, nigdy nic nie wiadomo!
Każdy kolejny album był wyraźnym dowodem na to, że wasza muzyka ciągle ewoluuje i ulega nieprzerwanym modyfikacjom. Ponadto, ciągle widać, że robi to w dobrym i pożądanym kierunku. W jaki sposób udawało wam się osiągnąć taki efekt? Odróżnia was to znacząco od pozostałych młodych thrashowych zespołów, które łoją nudną papkę na jedno kopyto.
Cóż, zawsze mieliśmy na względzie fakt, by nie sprowadzać się do kopiowania starego thrashu, lecz by tworzyć naprawdę dobry i interesujący thrash metal, który jednoznacznie z nami będzie kojarzony. Nie mogę powiedzieć by był na to jakiś określony sposób. Zawsze patrzyliśmy wstecz na to, co już udało nam się zrobić, jako punkt odniesienia, z którego możemy przejść gdzie indziej. Od „War…” do „Waking…” koncentrowaliśmy się głównie na brutalności i ekstremie, z coraz to bardziej technicznie zaawansowanymi gitarami rytmicznymi. Od „Waking…” do „Worlds…” skupialiśmy się na tworzeniu chwytliwych i spójnych utworów, które łatwo będzie od siebie odróżnić. Na „Empires…” chcieliśmy pokazać bardziej zróżnicowane i progresywne strony naszego zespołu, przy jednoczesnym wywróceniu wszystkim trzewi ciężarem naszej muzy.
Jak myślisz, czy jeżeli będziecie nagrywać kolejne albumy (oby), to uda wam się zachować na nich analogicznie wysoki poziom muzyczny?
W momencie, gdy dojdziemy do wniosku, że nie jesteśmy w stanie utrzymać wysokiego poziomu jakości naszych utworów, to przestaniemy tworzyć nowy materiał. Jeżeli zobaczysz następny album Warbringera, będzie to oznaczać, że wszyscy ludzie w kapeli włożyli w niego olbrzymie pokłady wysiłku i kreatywności, i że stoją za nim murem, w pełni przekonani, że jest tak samo dobry lub lepszy niż wszystko to, co dotychczas zrobili. Nasze nastawienie jasno precyzuje fakt, że jeżeli nie ma kierunku, w którym możemy podążyć, to nie ma już sensu by dalej to ciągnąć. Dalej mamy w głowie mnóstwo pomysłów, które chcemy urzeczywistnić. Mamy też zarysowany w głowach kształt naszego przyszłego albumu.

Zawsze pokazywaliście różne oblicza thrash metalu, wszystkie jego niuanse i różnorakie motywy. Czy dalej uważacie się za thrash metalowy zespół starej szkoły czy też staracie się nie ograniczać się, by wasze kompozycje, były w większym stopniu wolne od old-schoolowych wpływów?
Jesteśmy zespołem thrash metalowym. Niekoniecznie siedzącym w old-schoolu, jednak stara szkoła zawsze była kwintesencją naszego stylu. W naszej muzyce są echa wpływów heavy metalowych, death metalowych, speed metalowych, black metalowych, a nawet po części epic power metalowych, co można poznać po paru gitarowych harmoniach. Czasem też wybrzmiewa w naszej twórczości naleciałość starego rocka. Jądro zespołu pozostaje jednak niezmienne – agresja i niszczący zew wysokoenergetycznej muzyki.
Wasz ostatni album, „IV: Empires Collapse” wzbudził niemało kontrowersji wśród fanów. Zdawaliście sobie z tego sprawę przed wydaniem, że ta płyta może wzbudzić różnorakie emocje? Czy obawialiście się tego jak album zostanie przyjęty?
Obawiać się to może się nie obawialiśmy, ale zawsze wydawało nam się, że bez względu na to jak się nasza muzyka rozwijała, ludzie ciągle mówili i pisali to samo o naszych albumach. Nie zwracali uwagi na to jak daleko zaszliśmy, albo jak wiele zmienialiśmy w swoim brzmieniu. Dlatego na „Empires…” złamaliśmy praktycznie każdą konwencję obowiązującą w naszym stylu gry i dodaliśmy naprawdę wiele nowych elementów do naszego brzmienia. Chcieliśmy naprawdę pokazać ludziom, że nie ma drugiego takiego zespołu jak Warbringer i nigdy takiego nie było. Ponieważ tak się właśnie czujemy, gdy tworzymy naszą muzykę.
I myślisz, że się udało?
Wydaję mi się, że tak – że właśnie to osiągnęliśmy. Trochę poeksperymentowaliśmy na tym albumie, jednak nadal jest na nim prawdziwie dziki thrash. Jest bardziej melodyjnie, jednak jest to melodyka z dużą dozą agresji, a „Towers of the Serpent” z tego albumu jest moją najbardziej ulubioną kompozycją jaką kiedykolwiek napisałem. Szkoda mi, że umieściliśmy te „IV” w tytule. Patrząc na to z perspektywy czasu, to było trochę głupie i niepotrzebne.
Nawet okładka „Empires…” była dość niepokojąca. Porzuciliście swoje ostre logo na rzecz zwykłej czcionki. Skąd taki ruch? W ogóle skąd pomysł na taką okładkę? Jest zupełnie inna niż jakakolwiek grafika, która pojawiła się na waszym albumie. Cholera, jest zupełnie inna niż jakakolwiek grafika, którą można zobaczyć na thrash metalowych płytach, nowych czy starych!
Chcieliśmy, by okładka wyglądała jak naprawdę stare malowidło. Trochę jak malunek w starej średniowiecznej księdze. Ten pomysł nie idzie w parze z wielkim szpiczastym logo. Ono nie pasuje zupełnie do takiego konceptu. Nadal używamy naszej logówki, nie zmieniliśmy jej. Poza tym pojawia się w środku bookletu na „Empires…”. Po prostu nie pasowało na okładkę.
Czytałem gdzieś, że „Leviathan” miał być swoistym hołdem w stronę Metalliki…
To pewnie wypowiedź Carlosa Cruza. Był prawdziwym fanem Metalliki i to on jest autorem tego utworu. Niektóre części zwrotki oraz intro przypominają mi tę trochę wolniejszą twórczość Metalliki, w stylu „Thing That Should Not Be” czy czegoś takiego. Mimo wszystko, wydaję mi się, że „Leviathan” jest całkiem wyjątkową kompozycją. Napisałem do niego całą warstwę liryczną, po tym jak została napisana muzyka. Po samej warstwie muzycznej ma się wrażenie, że się spogląda na jakąś zaginioną atlantycką świątynię lub coś w ten deseń. Dlatego też taki kierunek obrałem przy pisaniu tekstu.
Na ostatnim albumie jest pełno wyróżniających się charakterystycznych kompozycji. Te utwory to pewnego rodzaju symbole waszego ciągłego rozwoju. Część z utworów jednak nadal ma w sobie ten klimat, który był obecny na „Waking Into Nightmares”. Na przykład „Towers of the Serpent”. Tak wyszło naturalnie czy po prostu chcieliście pozostawić jakąś widoczną nić, łączącą nowy album z pozostałymi waszymi płytami?
Tak po prostu wyszło! Ale też trzeba przyznać, że nigdy nie chcieliśmy opuścić naszej przeszłości. Duch zespołu musi przechodzić przez wszystkie nasze utwory, jestem nieugięty pod tym względem. „Towers…”, jak już wspomniałem, to mój ulubiony wałek jaki kiedykolwiek nagraliśmy. I rzeczywiście, jest on podobny do stylu utworów z „Waking Into Nightmares”, aż do swej końcowej części, w której pojawia się bardzo epicka konkluzja. Za zakończenia tego typu nie chwytaliśmy się aż do materiału z „Worlds Torn Asunder”. Myślę, że dodaje to kolejnego wymiaru temu utworowi, sprawiając, że staje się on bardziej podróżą niż kompozycją, nadając równocześnie majestatycznego rysu na koniec albumu.

Muzyka Warbringer jest wyjątkowa i ma wyraźnie swój własny styl. Powiedz nam, czy często jesteście porównywani do starych thrash metalowych zespołów z lat osiemdziesiątych? Czy irytuje was takie porównywanie?
Tak i nie. Z jednej strony, gdy już jesteśmy porównywani, to zwykle jesteśmy zestawieni z naprawdę dobrymi zespołami z tamtego okresu, co jest prawdziwym zaszczytem. Z drugiej strony, myślę że leniwe dziennikarzyny na tych porównaniach się zatrzymują i nie dostrzegają wyraźnych różnic. Na naszych płytach, zwłaszcza na tych nagranych po naszym debiucie, jest pełno elementów, których się zwyczajnie nie znajdzie w thrash metalu z lat osiemdziesiątych, ponieważ pochodzą z zupełnie innego miejsca. Irytuje mnie, gdy ludzie nie zauważają całej naszej pracy jaką wkładamy w naszą muzykę, by brzmiała wyjątkowo i oryginalnie.
Który wasz album jest według ciebie waszym najlepszym wydawnictwem?
To będzie albo „Worlds…” albo „Empires…” jeżeli chodzi o mnie. „Worlds…” jest bardziej spójny i bardziej agresywny, biorąc pod uwagę całokształt płyty , ale „Empires…” jest bardziej zróżnicowanym wydawnictwem, na którym jest kilka naprawdę mocnych punktów. „Waking…” jest naprawdę niezły i mógłby być moim ulubionym wydawnictwem, lecz mam wrażenie, że moje wokale na „Worlds…” brzmią o niebo lepiej. Podoba mi się to jak teraz brzmi mój głos, o wiele bardziej niż parę lat temu. Pracuję nad nim od lat i myślę, że wykształciłem swój własny styl, dzięki czemu jestem jeszcze silniejszym metalowym wokalistą.
Jakie cele przyświecały wam przy tworzeniu poszczególnych albumów? Jak bardzo zmieniało się wasze podejście od „War Without End” po „IV: Empires Collapse”?
Zarejestrowanie „War Without End” było po prostu naszą pierwszą próbą nagrania albumu długogrającego. Chcieliśmy grać najszybciej jak się tylko dało, tak by zdmuchnąć wszystkim czerepy z karku. Czysta młodzieńcza energia. Na nagranie „Waking Into Nightmares” mieliśmy bardzo mało czasu, jednak chcieliśmy się nadal rozwijać. Wydaję mi się, że prawie nagraliśmy album death/thrashowy. Na pewno jest to nasze najbardziej rozwścieczone i najcięższe dzieło. To jak Nic Ritter gra na bębnach, sprawiło, że ten album kręci się bardziej wokół rytmiczno-technicznych elementów niż jakikolwiek inne nasze wydawnictwo. Przy „Worlds Torn Asunder” wydaję mi się, że chcieliśmy w pewien sposób skonsolidować styl naszych dwóch poprzednich albumów, jednak zdecydowanie poprawić model pisania utworów, by kompozycje bardziej zapadały w pamięć. Na przykład „Living Weapon” było naszą próbą napisania takiego „Total War” w wersji 2.0, co według mnie się nam powiodło! Z drugiej strony „Shattered Like Glass” ma w sobie ten klimat utworów z drugiej płyty. „Empires Collapse” emanuje naszą chęcią poszerzenia naszego brzmienia i ukazania bardziej progresywnej strony naszego zespołu. Jest to naprawdę zróżnicowany album. Dzięki temu chcieliśmy pokazać raz na zawsze wszystkim, że nie jesteśmy zespołem, który kopiuje starą muzykę – że mamy coś swojego do powiedzenia w tym temacie.
Jak byś opisał różnorodność jaka pojawia się na „Empires…”, biorąc pod uwagę poszczególne utwory z tego krążka?
„Horizon” ma bardzo progresywną strukturę, a jest przy tym niezwykle szybki. „Turning of the Gears” był moją próbą skrzyżowania średnio szybkiego thrashu z czymś bardziej mechanicznym, brzmiącym jak Ministry. „One Dimension” and „Scars Remain” pokazują punkowe wpływy jakie wibrują w grze Johna Laux. „Iron City” to szybki i fajny hit, i tak dalej i tak dalej. Na tym albumie pojawia się też więcej harmonii gitar prowadzących, co wyszło zupełnie spontanicznie, a co jest w mojej opinii świetnym dodatkiem do całokształtu albumu.
Co z tekstami? Czy możesz nam powiedzieć co nieco o nich? Co motywuje cię do pisania tekstów? Możesz też nam powiedzieć jak się zmieniały twoje inspiracje od czasu wczesnych albumów Warbringera.
Cóż, teksty utworów rozwinęły się u nas z czasem. Na „War Without End” chciałem po prostu, by były maksymalnie twardzielskie i chwytliwe jak tylko się da. Te dwie cechy nadal pozostają w użyciu, ale przeszedłem długą drogę jako pisarz i wydaję mi się, że sporo utworów z dwóch ostatnich albumów mogą być całkiem interesujące pod względem tekstowym. Swoją inspirację czerpię z wydarzeń bieżących i historycznych, z filmów, z książek, z rozmów i tak dalej. Zawsze staram się, by warstwa tekstowa pasowała do muzyki i ją uatrakcyjniała. Za każdym tekstem stoi pewna historia. Na „Worlds…” każdy utwór jest w booklecie opatrzony krótką notką, mówiącą o koncepcie stojącym za nim. Historie, z których powstają nasze teksty są dla mnie bardzo ważne. Zacząłem robić bloga „Song of the Day” na Facebookowej stronie Warbringera, w którym opisuje to, jak powstawał utwór, co było inspiracją dla tekstu i wszystko to, co się przez niego przewinęło. Na razie przerobiłem na nim „Enemies of the State”, który był zainspirowany opowiadaniem „Jeden dzień Iwana Denisowicza” i gułagami w stalinowskiej Rosji.
Jak ważne jest dla ciebie, by ludzie skupiali swoją uwagę także na tekstach, a nie tylko na samej muzyce?
Jest to dla mnie bardzo ważne, bez dwóch zdań. W pewnej recenzji ktoś nas opisał jako thrasherów od opowiadania historii. Z albumu na album tak to u nas wygląda. Nie gram w zespole na żadnym instrumencie, więc całą swoją kreatywność wkładam w rzeźbienie pomysłów i tekstów do muzyki. Jest to dla mnie niezmiernie ważne, by nasze utwory miały interesujące teksty i fajne pomysły w nich zawarte, co stanowi także o sile naszego zespołu i naszych nagrań.
Co zwykle jest pierwsze – muzyka czy tekst?
W 90 procentach to muzyka powstaje najpierw. Pomysły na tekst zwykle są dopasowywane tak, by pasowały klimatem do warstwy muzycznej. Jest to bardzo ważne, by te dwa elementy do siebie pasowały. Zawsze do opisu tej zależności używam przykładu „Aces High” Iron Maiden. Tekst w tym utworze dotyczy powietrznej walki, a muzyka brzmi niczym latanie w przestworzach. Tekst i muzyka razem tworzą prawdziwą muzyczno-ideologiczną synergię.


Krążyliśmy opłotkami wokół tematu waszego kolejnego albumu, więc czas zapytać wprost – czy macie już przygotowany jakiś materiał na następną płytę Warbringera? Jakie są wasze plany dotyczące kolejnego wydawnictwa?
Mamy napisany i tekst i muzykę, nie wszystko jeszcze, co prawda, jednak jestem bardzo podekscytowany tym, co już mamy. Na razie chcemy przywrócić zespół do działania, żadnych konkretnych planów ponad to póki co nie mamy.
Pamiętam jak podczas waszego występu na Headbangers Open Air w 2012 roku miałeś na sobie koszulkę Manilla Road. Fakt o tyle łatwy do zapamiętania, że tego samego dnia mój kolega miał identycznego t-shirta na sobie. Fajnie, że nie ograniczacie się jedynie do thrash metalu i dajecie temu wyraz. Czego słuchasz ostatnimi dniami?
Słucham głównie różnorakiego metalu i rocka, jednak nie tylko to przewija się u mnie przez głośniki, słucham wszystkiego co wydaje mi się dobrze napisane. Czasem nawet trafi się jakiś bzdurny pop od czasu do czasu. Jednak w przeważającej ilości jest to rock i metal. Uwielbiam brzmienie elektrycznych gitar. Przez większość czasu jest to raczej stary heavy metal i NWOBHM niż cokolwiek innego. No i kurewsko uwielbiam Manilla Road, to jest prawdziwie czarodziejska muza.
To by było na tyle. Wielkie dzięki, że zdecydowałeś się poświęcić nam swój czas i mam nadzieję, że cię zbytnio nie wymęczyłem. Chcesz jeszcze coś dodać na koniec dla naszych czytelników?
Dzięki za wasze ciągłe wsparcie! Mam nadzieję, że będzie nam dane jeszcze raz odwiedzić Polskę i mam nadzieję, że będziecie mogli usłyszeć nową muzykę spod znaku Warbringer. Nieście pochodnie, nie pozwólcie zgasnąć płomieniowi!
przeprowadzono: lipiec 2014