Vampire - Cimmerian Shade
2015, Century Media
Debiutancka płyta Vampire z 2014 roku była
całkiem ciekawym wyziewem death/thrashu z elementami black/thrashowymi. Ten
zespół ma bardzo ciekawe spojrzenie na taka stylistykę i dobrze się w niej
odnajduje. Podobnie jest na kolejnym wydawnictwie wydanym sumptem Century Media
- EP "Cimmerian Shade".
Vampire nie gra bezładnej młócki czy jadącej
siarką rzeźni. Ich kompozycje niosą w sobie dozę poetyckości i niesamowitego
klimatu. Czuć to zwłaszcza na pierwszej stronie EP, na której panoszy się
podniosły pean "Pyre of the Harvest Queen" z niesamowitymi
black/thrashowymi melodiami oraz refleksyjny instrumental "Sleeper in the
Deep". Wyciszenie, które ze sobą niesie jednak nie stanowi ugrzecznienia i
głaskania po pleckach – to prawdziwy oniryczny hymn. Uspokojenie, które
wprowadził zostaje wkrótce rozerwane na kawałki piorunującym kilerem jakim jest
"Night Hunter". Black/thrashowe tremola, melodyjność i płomienne
solówki w pełni akcentują popisowość tego dzieła. Kończący płytę
"Hexahedron" stanowi bardzo dosadne zwieńczenie tego dzieła.
Energetyczny wałek, łączący w sobie prędkość, atmosferę, melodie i mięso.
Fajerwerki gitar umiejętnie połączono z charyzmatycznym chropowatym wokalem
Larsa Martinssona w upiornym crescendo mrocznego kunsztu. No nie powiem - robi
to wrażenie. Trochę strzyka w płaszczyźnie brzmienia gitar, jednak nie jest to
bynajmniej jakiś większy szkopuł.
Vampire na "Cimmerian Shade" pozbył
się większości swych deathowych naleciałości, grając brudny black/thrash z
przemyślanymi patentami. Kompozycje nie są szybkie, jednak zostały utrzymane w
raczej żwawej prędkości. Wyjątkiem jest melancholijne zwolnienie w postaci
instrumentalnego "Sleeper in the Deep", który nadaje głębi i dodaje
pikanterii niewymownemu klimatowi tego wydawnictwa. Na tym wydawnictwie zdjęto
też sporo przesteru z gitar, jednak nadal czuć prawdziwą moc. Pozostaje czekać
na długograja.
ps. Ten artwork!
Ocena: 4,5/6
Cauldron
- In Ruin
2016,
High Roller Records
Dobra, będzie krótko, bo niestety szkoda trochę
tracić czasu na tak słabą płytę. A takie niestety jest nowe wydawnictwo
Cauldron - zwyczajnie słabe. Znajdziemy na nim miałki, średni staroszkolny
heavy metal, starający się usilnie nawiązać do Diamond Head i Angelwitch,
jednak będący przy tym niemalże do szczętu wyprany z ognia, mocy i energii. Już
nawet pomijam fakt, że ten album nuży niemiłosiernie. Zwłaszcza na początku. W
ogóle najgorszy, najbardziej ospały i najbardziej prostacki utwór został
ustawiony jako otwieracz - super pomysł! Pod koniec co prawda znajdziemy ze dwa
numery, które mają jakie-takie swoje momenty i prezentują się o wiele lepiej od
reszty - co siłą rzeczy podnosi ten album z mułu rynsztoka, jednak nie maskuje
ogólnej cienizny "In Ruin".
Cauldron nigdy nie prezentował jakiegoś
powalającego podejścia do klasycznego heavy metalu - ot, takie miękkie granie
dla dziewczyn. Ich albumy były generalnie słabe, ale fakt faktem, zdarzyło się
tej kapeli czasem złożyć w miarę fajnego hiciora. Daleko jednak temu
wszystkiemu było od rewelacji. Tak też jest i tym razem. Ponadto, tak jak na
poprzednich albumach - dużo złego robią tutaj monotonne i nudne wokale. Trudno
docenić tak ugrzeczniony wokal z wyrwanymi pazurami. A ten anemiczny werbel to
już w ogóle zbrodnia przeciwko muzyce.
Generalnie nie polecam, chyba że jesteś
laską, która chcę iść w klasyczny metal, jarasz się Enforcerem i Vanderbuystem,
a jeszcze dwa lata temu sikałaś po nogach na dźwięk takich nazw jak Guns 'n
Roses czy Skid Row. Takie kapele jak Amulet, Natur czy nawet High Spirit
prezentują bardzo podobne podejście do grania jak Cauldron, a mimo to robią to
o wiele lepiej, no i brzmią o wiele lepiej. A z Cauldronów lepiej wybrać
Cauldron Born.
Ocena: 2/6
High
Power - High Power
1983/2015,
Shadow Kingdom Records
Shadow Kingdom wydało ostatnio reedycję
starego debiutanckiego albumu francuskiego High Power. No, muszę przyznać, że
nie spodziewałem się ujrzeć wznowienia tego - bagatela! ponad
trzydziestoletniego nagrania. A tu proszę! Nawet charakterystyczna okładka
została zachowana w pierwotnej wersji, dodano tylko to lepsze logo, które
pojawiło się na "dwójce" Francuzów. Na pierwotnym wydaniu "High
Power" było po prostu napisane nieklimatyczną zwykłą czcionką.
Muzyka High Power to klasyczny heavy metal z
lat osiemdziesiątych w duchu Accept, Judas Priest, Ostrogoth, Riot - czyli
klasyczna stara szkoła z zadziornymi riffami, speed metalowym feelingiem,
dobrze dobranymi nieprzesłodzonymi melodiami, płomiennymi solówkami i wysokimi,
chropowatymi zaśpiewami. Wówczas we Francji było trochę kapel grających w tym
stylu i robiących to na wyśmienitym poziomie. Takie nazwy jak Sortilège,
Blaspheme, ADX, Vulcain czy Steel Angel nie powinny być obce maniakom heavy
metalu. Tak samo debiut High Power z 1983 roku.
Dostaniemy tu wszystko to, co powinno się
znaleźć na heavy metalowym albumie i to w dodatku przyobleczone w dobre,
staroszkolne brzmienie. Dobre wrażenie robią akrobatyki wokalne, potrafiące uderzyć
w wysokie rejestry, a także w chrapliwą zadziorność. Barwa głosu nieżyjącego
już niestety Patricka Malbosa jest bardzo ciepła i - co jest dość istotne przy
wysokich zaśpiewach - nie irytuje. Jedyne, co może komuś nie pasować, to fakt,
że teksty są po francusku. Jednak, tak samo jak w przypadku ADX, szybko okazuje
się, że brzmienie orleańskiego narzecza dobrze pasuje do tego typu muzyki i
przyjemnie się z nią komponuje.
Poszczególny utwory zostały ciekawie zaaranżowane.
I tak dostaniemy tutaj szybkie ścigacze (a mamy rok 1983!), mocarne heavy
metalowe utwory, a także klimatyczne i pełne nastroju złowrogiej niesamowitości
kompozycje - jak genialny "Offrande Charnelle". Zresztą to, co się
dzieje w tym utworze, to przechodzi ludzkie pojęcie. Umiejętne operowanie
klimatem, to powszechny zabieg na "High Power". Prym w tej dziedzinie
wiodą gitary, nie stroniące od power chordów, często z rock'n'rollowo obciętą
prymą. Z wioseł zresztą zostało wykrzesane wszystko to, co powinno - zarówno
riffy jak leady i solówki.
Na "High Power" właściwie
znajdziemy wszystko to, co chcielibyśmy znaleźć na klasycznej płycie z lat
osiemdziesiątych, włącznie z dobrym, nieprzeterminowanym brzmieniem. Swoją
drogą, dobrze że przy nim nikt nie grzebał na reedycji. Trochę szkoda, że do
wznowienia nie dołączono żadnego bonusa w postaci demówek czy nagrań live. Z
drugiej strony, nie jestem jakimś szczególnym entuzjastą tego typu dodatków (a
raczej ich przerostu), zwłaszcza że w tym przypadku sama płyta stanowi świetny
materiał, którego nie trzeba w żaden sposób upiększać czy też zasłaniać
bonusami. A "High Power" miażdży cewę niemiłosiernie!
Ocena: 5,2/6